Dzisiaj znowu siedzę na tej ławce przed domem. Słońce grzeje, a w powietrzu już czuć wiosnę. Boże, jak ja tę zimę przeżyłam?
„Kolejnej już nie przetrwam” pomyślałam i westchnęłam z ulgą. Nie bałam się już odejścia. Wręcz czekałam na ten moment. Pieniądze na pogrzeb dawno odłożyłam, ubranie przygotowane.
Nic mnie już na tym świecie nie trzymało.
***
Kiedyś miałam wielką rodzinę męża, Franciszka, wysokiego, silnego mężczyznę, i czwórkę dzieci: trzech chłopców i dziewczynkę. Żyliśmy zgodnie, rzadko się kłóciliśmy. Dzieci rosły, a potem rozleciały się po świecie.
Dwaj starsi synowie poszli na studia, a potem rozjechali się do różnych miast do pracy. Średni nigdy nie był pilnym uczniem, ale za to zajął się biznesem i wyjechał za granicę, gdzie został na dobre. Córka też nie została w rodzinnej wsi poleciała do Warszawy i gwałtownie wyszła za mąż.
Na początku dzieci często nas odwiedzały. Pisały listy, a gdy pojawiły się telefony, dzwoniły. Potem przyszły wnuki. Ja, Maria, pakowałam swoją starą walizkę i jechałam pomagać w opiece.
Ale wnuki też wyrosły. Coraz rzadziej mnie prosili o pomoc, coraz rzadziej dzwonili. A o przyjeździe w odwiedziny zupełnie zapomnieli praca, rodzina, ich własne dorastające dzieci.
Ostatni raz wszyscy się zebrali na pogrzebie Franciszka. Wydawało się, iż taki silny mężczyzna dożyje setki, ale los chciał inaczej.
Po pogrzebie dzieci znów się rozjechały. Najpierw dzwonili, ale z czasem i te rozmowy ucichły. Próbowałam dzwonić sama, ale gwałtownie zrozumiałam, iż jestem im już tylko ciężarem. Tak minęło ostatnie dziesięć lat.
***
„Dzień dobry, ciociu Mario!” usłyszałam nagle za płotem.
Zmrużyłam oczy. Młody mężczyzna uśmiechał się radośnie.
„Krzysiek?! To ty?”
„Tak, ciociu!” zawołał i wszedł do ogrodu.
Krzysiek był synem sąsiadów, którzy nie potrafili żyć bez awantur. Zawsze głodny, zawsze w podartym ubraniu. Często go dokarmiałam, dawałam ubrania po moich dzieciach, pozwalałam spać, gdy jego rodzice znów się upijali.
Nie trwało to długo rodzice Krzysztofa odeszli. Chłopca zabrano do domu dziecka, a potem słuch po nim zaginął.
„Gdzie ty byłeś przez te wszystkie lata?” zapytałam z radością.
„W domu dziecka, potem wojsko, a później technikum. Teraz wróciłem do rodzinnej wsi. Chcę ją odbudować!”
„Co tu już odbudowywać?” machnęłam ręką. „Wszyscy wyjechali.”
„Nic nie szkodzi! Jakoś to będzie!”
I tak zaczęło się moje nowe życie. Krzysiek zatrudnił się u Kowalskiego, największego rolnika we wsi. W wolnych chwilach remontował swoją starą chałupę po rodzicach i pomagał mi w gospodarstwie. Nazywałam go „synkiem”. Tak minęły trzy lata.
„Wyjeżdżam, ciociu” powiedział pewnego dnia z wyrzutem w głosie. „Kowalski każe harować, a płaci grosze. Jadę na zachód, do pracy.”
„Jedź z Bogiem, Krzyśku. Nic ci do mnie.”
Znów zostałam sama. Czasem chciało mi się płakać z samotności. Tak mijały dni, w oczekiwaniu na koniec. Ale coś jednak trzymało mnie przy życiu.
***
„Dzień dobry, ciociu Mario!” usłyszałam nagle znajomy głos.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam Krzysztofa za płotem.
„Krzyśku?! To ty?”
„Ja, ciociu!” wysoki, dobrze ubrany mężczyzna wszedł do ogrodu. „Wróciłem. Na stałe!”
„O, radość!” zakrzątałam się. „Wejdź, zaraz zrobię herbatę!”
„Herbata to dobry pomysł!” roześmiał się. „Tylko najpierw wpadnę do domu. Nie spodziewałem się, iż cię zastanę, nie wziąłem prezentów!”
Pół godziny później siedzieliśmy w kuchni, piliśmy herbatę z porcelanowych filiżanek i nie mogliśmy się nagadać.
„Już się pakowałam na tamten świat, Krzyśku” otarłam łzę.
„Oj, ciociu, choćby nie myśl!” pogroził palcem. „Teraz będziemy żyć jak królowie! Zarobiłem trochę pieniędzy, założę własne gospodarstwo. Dla ciebie jeszcze czas!”
„N












