Dorastałam, starając się nie zawieść mojej mamy – i nie zauważyłam, jak zaczęłam tracić własne małże…

polregion.pl 1 dzień temu

Dorastałam, próbując za wszelką cenę nie zawieść mojej mamy i niepostrzeżenie zaczęłam przez to tracić własne małżeństwo.

Moja mama zawsze wydawała się wiedzieć, co jest adekwatne. Przynajmniej ja tak to wtedy widziałam. choćby jako mała dziewczynka nauczyłam się czytać jej nastroje po głosie, po tym, jak zamykała drzwi czy po ciszy, którą wokół siebie roztaczała. Gdy była zadowolona świat wydawał się w porządku. Gdy nie czułam, iż to przeze mnie.

Nie chcę dużo mówiła. Chcę tylko, żebyś mnie nie rozczarowała.

To tylko ciążyło mi bardziej niż wszystkie zakazy i nakazy razem wzięte.

Gdy dorosłam i wyszłam za mąż, przez chwilę miałam wrażenie, iż w końcu mogę zacząć żyć po swojemu. Mój mąż, Piotr, był człowiekiem spokojnym, cierpliwym, unikającym konfliktów. Na początku mama go polubiła. Z czasem jednak zaczęła mieć zdanie na każdy temat.

Czemu tak późno wracasz do domu?
Nie przesadzasz trochę z pracą?
On chyba za mało ci pomaga.

Początkowo się śmiałam. Mówiłam Piotrowi, iż mama się zwyczajnie martwi. Potem zaczęłam się tłumaczyć. W końcu zaczęłam się podporządkowywać.

I nim się zorientowałam, zaczęłam żyć wewnątrz dwóch głosów.

Jeden był głosem mojego męża cichym, rozsądnym, czekającym bliskości. Drugi mojej mamy, stanowczym i wymagającym.

Kiedy Piotr chciał, byśmy pojechali gdzieś razem, mama zaczynała nagle chorować. Kiedy mieliśmy wspólne plany, ona akurat potrzebowała mnie najbardziej. Gdy Piotr mówił mi, jak bardzo za mną tęskni, odpowiadałam:

Zrozum, nie mogę jej zostawić samej.

On rozumiał. Długo.

Aż pewnego wieczoru powiedział coś, co przestraszyło mnie bardziej niż jakakolwiek awantura:

Mam wrażenie, iż jestem trzeci w tym naszym małżeństwie.

Odpowiedziałam ostro. Broniłam mamy. Broniłam siebie. Twierdziłam, iż przesadza, iż to niesprawiedliwe stawiać mnie przed takim wyborem. Prawda była jednak taka, iż ja już dawno dokonałam wyboru. Tylko nigdy się do tego nie przyznałam.

Przestaliśmy rozmawiać. Zasypialiśmy do siebie plecami. Rozmawialiśmy jedynie o codziennych sprawach, unikając rozmów o sobie i o nas. A kiedy się kłóciliśmy, mama zawsze jakoś o tym wiedziała.

A nie mówiłam powtarzała. Mężczyźni tacy są.

I wierzyłam jej. Z przyzwyczajenia.

Aż któregoś dnia wróciłam do domu, a Piotra już nie było. Nie odszedł z hukiem. Zostawił tylko klucze i kartkę:

Kocham cię, ale nie wiem, jak dalej żyć, mając twoją mamę między nami.

Usiadłam na łóżku nie potrafiąc zdecydować, do kogo się odezwać do mamy czy do niego.

Zadzwoniłam do mamy.

No i czego się spodziewałaś? powiedziała. Przecież ci mówiłam…

Wtedy coś we mnie pękło.

Dotarło do mnie, iż całe życie bałam się ją rozczarować i przez to straciłam przy sobie kogoś, kto pragnął jedynie mojej obecności.

Nie obwiniam mamy całkowicie. Kochała mnie tak, jak potrafiła. To ja nie umiałam postawić granicy. To ja pomyliłam obowiązek z miłością.

Dziś uczę się czegoś, co powinnam była pojąć dawno temu: iż bycie dzieckiem nie oznacza pozostania malutkim na zawsze. I iż w małżeństwie nie ma miejsca na trzeci głos.

A ty? Czy zdarzyło ci się kiedyś wybierać pomiędzy nie rozczarować rodzica, a uratować swoją rodzinę?

Idź do oryginalnego materiału