Dziennik osobisty: Droga do nowego życia po trudnych doświadczeniach
Mam 45 lat i nie sądziłam, iż życie potrafi aż tak bardzo uderzyć. Mój mąż odszedł, zabierając ze sobą nie tylko nasze wspólne plany, ale także opowiadał naszemu synowi same złe rzeczy na mój temat. Zostałam sama w Warszawie, bez żadnej bliskiej osoby obok, z poczuciem pustki tak wielkim, iż trudno to opisać. jeżeli chciałam przetrwać, musiałam przyjąć jakąkolwiek pracę, dlatego zatrudniłam się jako sprzątaczka w pobliskiej szkole podstawowej. W ten sposób zarabiałam na mieszkanie ledwo, ledwo, ale przynajmniej dach nad głową był.
Jednak stres związany z rozwodem i niekończącymi się rozprawami sądowymi wyczerpywał mnie do reszty. Nie mogłam się skupić, wszystko wypadało mi z rąk, a po kilku miesiącach zostałam zwolniona. Zostałam bez pracy, pozbawiona resztek pewności siebie i poczucia wartości. Spacerując samotnie po ulicach Ochoty, czułam się absolutnie nikim, niepotrzebnym śmieciem, którym wcześniej sprzątałam korytarze.
Pewnego wieczoru, gdy wracałam zamyślona do domu, nagle oślepiło mnie światło, usłyszałam pisk hamulców i zobaczyłam samochód pędzący w moją stronę. Zamarłam ze strachu kierowca zatrzymał się tuż przede mną. Z auta wysiadł wysoki mężczyzna w odzieży roboczej, z zaskakująco dobrymi oczami: Czy pani rozumie, iż mogłoby panią nie być na tym świecie? zawołał, wyraźnie zmartwiony. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa, tylko przytaknęłam. Widział, iż jestem roztrzęsiona, więc zaproponował, iż mnie odprowadzi, tłumacząc, iż nie powinnam chodzić sama w takim stanie po okolicy.
Nagle obok pojawiła się starsza pani prowadząca kundelka spojrzała na niego z dezaprobatą i powiedziała miękko: Może pani potrzebuje wsparcia, nie bądź pan taki szorstki. Te słowa rozgrzały mi serce. Ta krótka wymiana sprawiła, iż coś we mnie pękło i otworzyło się na pomoc z zewnątrz.
Z czasem poznałam panią Martę, nauczycielkę, która sama przeszła przez wiele rodzinnych kryzysów. Zaoferowała mi dorywczą pracę w schronisku dla bezdomnych, gdzie od dawna działała jako wolontariuszka. Tam poznałam pana Andrzeja, kiedyś psychologa, który teraz wspierał osoby po życiowych załamaniach. Jego spokojne podejście i zrozumienie pomogły mi się otworzyć. Stał się moim przewodnikiem, a z czasem przyjacielem.
Za jego namową zaczęłam chodzić na darmowe grupy wsparcia i próbowałam różnych form arteterapii. Stopniowo zaczęłam dostrzegać, iż jest we mnie wartość, iż inni ufają mi na nowo. Przestałam czuć się jak ktoś z bagażem błędów, który zasługuje tylko na samotność.
Na tym trudnym etapie życia mój syn Piotrek również zaczął przechodzić przemianę. Dzięki rozmowom z psychologiem i wspólnym dialogom zaczął rozumieć, iż w naszym rozstaniu nie była winna tylko jedna osoba, i powoli otwierał się na odbudowę naszej relacji.
Po kilku miesiącach dostałam pracę w bibliotece na Żoliborzu. Tam spotkałam kobiety, które również przeszły przez kryzys. Wspierałyśmy się, wymieniałyśmy doświadczeniami i uczyłyśmy nowych umiejętności od robótek ręcznych do pisania wierszy. Moje życie zaczęło odzyskiwać sens i kolor.
Z czasem poznałam Olgę młodą, energiczną kobietę walczącą o prawa kobiet. Zauważyła moją determinację i zaprosiła do współpracy w jej projektach, pomagających kobietom w potrzebie. Siła do zmiany jest w tobie, powtarzała mi. Pod jej skrzydłami poczułam, iż mogą być z nas pożytek dla innych.
Rozpoczęłam również studia z psychologii na Uniwersytecie Warszawskim i powoli zgłębiałam tajniki pracy z ludźmi w kryzysie. W trakcie zajęć zaprzyjaźniłam się z Agnieszką, dojrzałą kobietą, która stała się moją mentorką. To ona nauczyła mnie szanować siebie i bronić własnych granic, a przede wszystkim nie bać się zmieniać swojego życia.
Z Piotrkiem odnowiliśmy więź. Stał się samodzielnym, otwartym na innych młodym mężczyzną. Zaczęliśmy wychodzić razem do zoo, kina, na spacery do Łazienek w końcu czułam, iż znów mamy rodzinę, w której bliskość i wsparcie są najważniejsze.
Pewnego dnia zgłosiłam się do wolontariatu pomagającego dzieciom z rodzin zagrożonych wykluczeniem. Sama kiedyś potrzebowałam wsparcia, a teraz mogłam zaoferować je dzieciom, na które nikt nie zwraca uwagi. Zaangażowałam się całym sercem.
Praca w fundacji i coraz liczniejsze spotkania z kobietami po przejściach dały mi poczucie sensu. Wspólnie z Olgą i Agnieszką stworzyłyśmy grupę wsparcia: spotykałyśmy się w każdą środę, dzieliłyśmy swoimi historiami, uczyłyśmy się nowych rzeczy, pomagałyśmy sobie wzajemnie podnosić się po upadkach.
Pewnego dnia przyszedł do mnie młody chłopak, Jarek, który również miał za sobą trudną przeszłość. Marzył, żeby zostać nauczycielem dla dzieci, które nie miały szczęścia w życiu. Dostrzegłam w nim nadzieję i zaczęłam mu pomagać jako mentorka, przekazując wiedzę i dzieląc się doświadczeniem.
Moją codzienność zaczęła wypełniać pozytywna energia. Pisałam artykuły do lokalnych gazet, opowiadałam swoją historię na spotkaniach, prowadziłam warsztaty w domach kultury. Moje słowa i postawa dodawały odwagi innym kobietom, które czuły się zagubione.
Mój syn Piotrek obserwował moje działania i sam zapragnął coś osiągnąć zdał maturę z wyróżnieniem i dostał się na ekonomię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Bardzo się wspieraliśmy, robiliśmy plany na przyszłość, byliśmy dla siebie opoką.
Z czasem wciągnęłam się w kolejne inicjatywy dedykowane kobietom w kryzysie i samotnym matkom. Organizowałam warsztaty, motywowałam, tłumaczyłam, jak znaleźć swoją własną drogę do lepszego życia.
Pewnego dnia poproszono mnie, bym wystąpiła na dużym wydarzeniu poświęconym sprawiedliwości społecznej mówiłam o trudnych doświadczeniach kobiet i sile, która rodzi się z upadku. Był to przełomowy moment uświadomiłam sobie, iż to co robię, ma sens i znaczenie dla setek kobiet nie tylko w Warszawie.
Relacje rodzinne z Piotrkiem nabierały głębi i zaufania. Wspólne wycieczki do Gdańska, rowerowe wypady nad Wisłę i codzienne rozmowy sprawiały, iż uczyłam się euforii na nowo. Zrozumiałam wtedy, iż istotą życia jest miłość do dziecka, do siebie i do ludzi wokół.
Z czasem zaczęłam pisać najpierw artykuły do prasy kobiecej, potem krótkie opowiadania. Chciałam zostawić trwały ślad po swojej drodze i dawać innym kobietom wiarę, iż z każdej trudnej sytuacji można się podnieść, choćby jeżeli wydaje się to niemożliwe.
Najważniejsze, co zrozumiałam: każdy, choćby najbardziej bolesny etap, jest krokiem do bycia silniejszą, do nowej nadziei i miłości. Trzeba umieć docenić własną trasę, patrzeć przed siebie i wierzyć w to, iż dobro w końcu wraca.
Tak oto moje życie stało się drogą przez doświadczenia, które nauczyły mnie siły, wiary w siebie i odwagi. Za każde z nich czuję wdzięczność, bo to one uformowały mnie na nowo. A przede mną wciąż nowe wyzwania, możliwości i spotkania. Najważniejsze żyć każdą chwilą i nie bać się jutra.














