Jak zacząłem odbierać telefon od Nory, wiedziałem, iż znowu chodzi o ten regał. Ósmy dzień z rzędu. Siedziałem w warsztacie przy Kolejowej, ręce miałem całe w smarze, bo akurat grzebałem przy gaźniku starej hondy, a telefon wibrował w kieszeni kombinezonu jak natrętna osa.
— Marcin, no powiedz mi w końcu, kiedy ta kobieta zapłaci — Nora nie witała się, od razu wchodziła z buta. — Bo ja już mam dość.
Powinienem tu od razu wyjaśnić, kim jestem w tej historii, bo z zewnątrz pewnie wyglądam jak ten zły zięć, co zabrał teściowej meble za friko. Mam trzydzieści dwa lata, mieszkam w Gliwicach, prowadzę mały warsztat samochodowy po ojcu, a żona moja, Patrycja, jest córką Nory Wesołowskiej. Mieszkamy razem z Norą od dwóch lat — w jej czteropokojowym mieszkaniu na Zabrzańskiej, bo kredyt na własne M jeszcze przed nami, a dzieci już są dwoje: Oliwka ma sześć lat, Tymek cztery. Teściowa jest wdową, ma sześćdziesiąt jeden lat, pracowała w spółdzielni mieszkaniowej jako księgowa, teraz na emeryturze, ale co tydzień coś sprzedaje na OLX, żeby mieć na drobne wydatki.
Tamtego regału Patrycji żal było szczególnie — to były meble po jej ojcu, po moim teściu, który zmarł cztery lata temu. Duży narożny regał z ciemnego dębu, komplet z biurkiem, kupiony kiedyś w sklepie meblowym w Opolu za grube pieniądze, bo teść lubił rzeczy solidne. Nora postanowiła go sprzedać, bo robiliśmy w końcu remont pokoju dla dzieci, a regał zajmował połowę powierzchni.
Ogłoszenie wystawiła za osiemset złotych. Zgłosiła się kobieta, przedstawiła się jako Ilona, powiedziała, iż ma czworo dzieci, mąż pracuje na budowie, a ona chce urządzić pokój dla najstarszych. Pytała o wszystko: czy są odpryski, czy szuflady się nie zacinają, czy można przywieźć metr i zmierzyć każdą półkę. Nora, cierpliwa jak zawsze, fotografowała regał ze wszystkich stron, choćby przy świetle dziennym osobno.
Potem przyszła prośba o zniżkę. Czworo dzieci, jedna pensja w domu — Nora spuściła sto pięćdziesiąt złotych, bez mrugnięcia okiem. Umówili się na sobotę, szóstą wieczorem.
Ja akurat byłem w domu, bo sobota, mecz Śląska się kończył. Ilona przyjechała z mężem — facet w moro, w gumiakach, od razu zaczął szukać wad. Rysa tu, plama tam, zawiasy skrzypią. Nora tłumaczyła spokojnie, iż to usłojenie drewna, iż meble mają piętnaście lat i są w świetnym stanie. Facet, jak się później okazało — nazywał się Robert — w końcu machnął ręką: biorę, ale wy zapewniacie transport, bo przecież "wielodzietna rodzina, nie ma pieniędzy na tragarzy".
Wyszedłem wtedy z kuchni z kubkiem herbaty i powiedziałem, iż w ogłoszeniu jasno napisane: transport po stronie kupującego. Robert spojrzał na mnie jak na coś, co przeszkadza mu w negocjacjach.
— A ty w ogóle kim jesteś?
— Zięciem. I to są meble mojego teścia, świętej pamięci.
Ilona złapała męża za rękaw, powiedziała coś uspokajająco, poprosiła o mój numer "na wszelki wypadek, gdyby trzeba było coś rozkręcić, bo Robert ma dwie lewe ręce". Dałem numer, bo wydawało mi się to zwyczajną uprzejmością. Umówili się na jutro, niedzielę, na jedenastą rano, z gotówką.
Niedziela. Jedenasta, dwunasta, trzynasta — nikt nie przyjechał. Nora dzwoniła, telefon się rozłączał. Ja dzwoniłem — to samo. Napisaliśmy SMS-a: przeczytane, bez odpowiedzi. I tak zaczął się ten tydzień, który pamiętam chyba najdokładniej z całego roku.
W poniedziałek wieczorem, kiedy akurat smażyłem dzieciom naleśniki — Oliwka uparła się, iż chce z dżemem truskawkowym, Tymek krzyczał, iż z nutellą — zadzwoniła Ilona. Powiedziała, iż "mają sytuację", iż Robert stracił robotę, iż muszą jeszcze trochę poczekać z odbiorem, ale regał mają już zarezerwowany, prawda? Nie będziecie go nikomu innemu sprzedawać?
Nora, dobra dusza, powiedziała, iż poczeka. Minął tydzień. Potem drugi. Za każdym razem to samo: "jeszcze trochę", "męża zwolnili", "proszę nie sprzedawać innym, my naprawdę bierzemy". A regał stał w rozgrzebanym pokoju, bo malarze czekali, tapeta czekała, a dzieci spały na materacach w salonie, bo ich pokój przerobiony był w połowie na magazyn mebli po teściu.
Trzeci tydzień zaczął się od telefonu ode mnie do Ilony — tym razem odebrała.
— Pani Ilono, dobrze rozumiem, iż regał państwo biorą?
— No tak, tylko… wie pan, sytuacja jest trudna.
— Rozumiem sytuację, naprawdę. Ale my mamy remont stanięty od miesiąca przez ten mebel. Albo przyjeżdżacie w tym tygodniu, albo wystawiamy ogłoszenie od nowa.
Cisza w słuchawce trwała z dziesięć sekund, a potem usłyszałem w tle Roberta, jak krzyczy coś o "chamstwie bogaczy, co ludziom biednym pomóc nie chcą". Ilona rzuciła coś w stylu "dobrze, dobrze, damy znać" i się rozłączyła.
Tego samego wieczoru Nora usiadła przy stole kuchennym, rozłożyła przed sobą kalendarz z notatkami — ile razy dzwoniła, co jej odpowiadali, kiedy obiecywali przyjechać — i powiedziała do mnie i Patrycji:
— Dość tego teatru. Jutro wystawiam od nowa. A jak przyjadą z pretensjami, niech przyjeżdżają.
I rzeczywiście, we wtorek rano zrobiła nowe zdjęcia, wrzuciła ogłoszenie, tym razem na pełną cenę, osiemset złotych, bez żadnych zniżek. W ciągu czterech godzin zgłosiło się małżeństwo z Zabrza, obejrzeli regał tego samego dnia po pracy, zapłacili gotówką na miejscu — sześćset pięćdziesiąt złotych po krótkich, ale uczciwych negocjacjach — i zabrali meble własnym busem, bez jednego słowa pretensji o rysę czy skrzypiące zawiasy.
W środę, dzień po tym jak regał pojechał do nowych właścicieli, zadzwoniła Ilona. Powiedziała, iż Robert znalazł robotę, iż mają pieniądze, iż przyjeżdżają w sobotę po regał.
Nora wzięła telefon spokojnie, bez cienia triumfu w głosie.
— Pani Ilono, regał sprzedany we wtorek. Czekaliśmy trzy tygodnie, dzwoniliśmy, pisaliśmy — nikt nie odpowiadał. Musiałam zarabiać na to, żeby skończyć remont dzieciom.
W słuchawce zapadła cisza, a potem wybuch — Robert wyrwał telefon żonie i zaczął krzyczeć, iż to był ich regał, iż się umówili, iż tak się nie robi ludziom w trudnej sytuacji. Nora, trzymając słuchawkę z dala od ucha, odczekała, aż skończy, i powiedziała tylko jedno zdanie, które zapamiętam do końca życia, bo powiedziała je bez cienia złości, czystym, zwyczajnym tonem, jakby mówiła o pogodzie:
— Panie Robercie, ja nikomu nic nie jestem winna. Pan obiecywał trzy tygodnie. Ja obiecałam dzieciom pokój do piątego września. Rozłączam się.
I się rozłączyła.
W piątek wieczorem skończyliśmy malowanie. Oliwka wybrała kolor jasnożółty, Tymek upierał się przy niebieskim, więc jedna ściana wyszła w pasy — kompromis rodzinny. Nowy regał, mniejszy, z Ikei, kupiony za pieniądze od sprzedaży starego, stanął w kącie z książeczkami dla dzieci. Na biurku po teściu, które zresztą zostawiliśmy sobie, bo Robert i Ilona nigdy po nie nie zapytali, Nora postawiła zdjęcie męża w drewnianej ramce.
W sobotę rano, kiedy piłem kawę na balkonie i patrzyłem, jak sąsiadka z dołu wybija dywan przez barierkę, przyszedł SMS od nieznanego numeru. Napisałem "kto to?", odpisali: Ilona. Treść brzmiała: "Mogliście poczekać jeszcze tydzień. Teraz musimy szukać od nowa, a Robert się wścieka."
Pokazałem SMS-a Norze. Przeczytała, oddała mi telefon i wróciła do krojenia jabłek na szarlotkę.
— Niech szuka — powiedziała. — My już znaleźliśmy.














