Dziecko dla przyjaciółki
Gdy Kinga przechodziła ostatnie tygodnie swojej ciąży, jej młodszy brat wyjechał do pracy do Niemiec, ojciec z dnia na dzień zaczął pić, a życie Kingi zamieniło się w przedziwny, szary koszmar.
Każdego poranka Kinga otwierała na oścież okna, zbierała puste butelki spod stołu, i czekała, aż ojciec się wyśpi.
Tato, lekarz mówił, iż nie wolno ci pić. Ledwo przeżyłeś udar powtarzała cicho.
Chcę i piję. Życie boli mniej, córko.
Co ci tak boli, tato?
To, iż nikomu nie jestem już potrzebny… choćby tobie. A ty przecież tylko przez ze mnie masz takie życie. Zmarnowałem wszystko i waszą matkę, i ciebie, i Janka. Dzieci odziedziczyły po mnie tylko biedę i słabe charaktery Wszystko na nic. Lepiej pić.
Kingę ogarniało przytłoczenie i złość.
Nic nie jest na nic, tato. Inni mają gorzej.
Gdzie gorzej, córko? Dorastałaś bez matki. Znowu chcesz rodzić dziecko, które będzie żyło w nędzy i bez ojca.
Przestań, tato. Świat jest pełen zmian, wszystko może się odwrócić z dnia na dzień.
Kinga wspomniała z żalem, jak niedawno była szczęśliwa, planując ślub z Marcinem. Świat się zachwiał, życie jednak biegło dalej.
Tego dnia jej ojciec znowu się upił. Kinga głośno krzyknęła:
Naprawdę przepiłeś te pieniądze, które odkładałam na czarną godzinę? Jak je znalazłeś? Przeszukałeś cały dom? Grzebałeś w moich rzeczach?!
Wszystko w tym domu należy do mnie oznajmił ojciec. choćby emerytura, którą przede mną chowasz! Moja emerytura.
I wszystko przepiłeś? A o tym, z czego przeżyjemy, nie pomyślałeś?
A czemu miałbym myśleć? Jestem chory. Dorosłaś, teraz ty się mną zajmuj!
Kinga przetrząsnęła wszystkie szafki.
Wczoraj były jeszcze dwie paczki makaronu i kostka masła teraz pustki! Czym mamy zjeść na kolację?
Kinga usiadła zrezygnowana. Przyciskała dłonie do twarzy.
Skąd miała wiedzieć, iż ciotka Teresa zaczęła częściej ich odwiedzać pod jej nieobecność, upijała ojca i wynosiła jedzenie?
Długim cieniem i sykiem wkradła się do ich domu, robiąc wszystko, by rozbić rodzinę.
Noc minęła Kindze we łzach. Leżała w łóżku, zmęczona, głodna i przygnębiona.
Rankiem rozległo się pukanie. Do domu weszła Teresa, elegancka, w modnym płaszczu i wysokich kozakach, choćby nie zdjęła butów.
Cześć. Słyszałam od znajomej z gminy, iż macie długi i zaraz odetną wam prąd. Co tu się dzieje, Kinga? Zaparzysz herbatę?
Nie czekając na odpowiedź, Teresa zajrzała do lodówki i szafek.
Sama zrobię herbatę, ty jesteś w ciąży, jak moja Zosia. Hmm, choćby cukru i herbaty nie ma. W sumie nie ma tu niczego. Chodź, pójdziemy razem do sklepu.
Kinga unikała jej wzroku.
Ciociu, nie dam rady dziś gościć. Lepiej wyjdź.
Ale Teresa nie zamierzała odejść.
Masz kłopoty, widzę to. Przecież mówiłam, przeprowadź się do mnie. Teraz już nie proszę, tylko nalegam zabieraj rzeczy, zamieszkaj u mnie. Tu nie ma warunków dla dziecka, ojciec chleje, nie masz co jeść, nie masz witamin… Pakuj się, pojedziemy razem.
Kinga z trudem usiadła, bo wir w głowie nie pozwalał jej ustać. Po policzkach popłynęły łzy. Teresa ją objęła:
Wiem, masz do mnie żal. Moja córka odbiła ci narzeczonego. Ale nie jestem potworem, nie mogę patrzeć, jak się tu męczysz. Chcesz czy nie, zajmę się tobą.
Reszta wydarzyła się jakby przez zupę mgły czy lusterko w łazience: Teresa spakowała Kingę i zamówiła taksówkę.
***
W dzień narodzin córeczki Teresa nie odeszła od Kingi ani na krok.
Słuchaj mnie dobrze, Kinga. Już powiedziałam pielęgniarkom, iż po urodzeniu zrzekasz się dziecka. Więc gdy urodzisz, nie bierz jej na ręce, nie przykładaj do piersi. W ogóle nie patrz.
Kinga krztusiła się bólem:
Cokolwiek, ciociu Tereso Byle szybciej
Pamiętaj, to dla twojego dobra. Znalazłam już rodzinę, którzy chcą adoptować twoje dziecko choćby dziś.
Po kilku godzinach na świat przyszła dziewczynka.
Waży trzy kilo trzysta, zdrowa, silna rzekła położna, zabrała niemowlę nie pokazując go Kindze.
Lekarka spojrzała surowo na młodą matkę:
O co tu chodzi? Piękna, zdrowa córeczka, a pani choćby nie spojrzy? Pani Marysiu, przynieście dziecko, niech chociaż przytuli.
Kinga pokręciła głową:
Nie chcę. Nie mam na życie, nie chciałam rodzić… Są ludzie, którzy bardziej jej potrzebują. Napiszę zrzeczenie się…
Niech pani nie szaleje, choć raz spojrzy na maleństwo.
Kinga zacisnęła powieki, ale poczuła miękkie, maleńkie rączki na dłoni.
Położna położyła niemowlę obok niej; dziecko kwiliło, szukało ustami piersi, dotykało jej dłoni. Kinga wreszcie otworzyła oczy.
Bezbronna istotka patrzyła do góry, z lekko zmrużonymi oczkami, bełkocąc cichutko i wyciągała miniaturowe rączki.
No i mama? Czas nakarmić powiedziała z uśmiechem pediatra. Radośnie patrzyła, jak Kingę ogarnia wzruszenie.
Piękna dziewczynka, pani jest jej potrzebna, nie żadni obcy dorzuciła.
Kinga rozpłakała się, przytulając córeczkę.
Przez kolejne godziny odpoczywała po porodzie obok małej, nie mogąc oderwać wzroku.
Tak obudził się jej matczyny instynkt.
To jest sens mojego życia moja córka.
Nieważne, czy Marcin odszedł, czy ojciec jest alkoholikiem Jestem tu potrzebna, zostaję z nią.
***
Kinga zerwała się słysząc głos Teresy.
Ciotka Tereska, narzuciwszy szlafrok, pojawiła się w drzwiach.
Zapomniałaś, na co się umawiałyśmy? zagadnęła cicho. Miałaś oddać dziecko. Ludzie czekają, mogą od razu zabrać małą.
Pani Tereso, zmieniłam zdanie. Nie oddam jej.
Przecież choćby nie masz pieniędzy, jesteś praktycznie bezdomna. Gdzie zaniesiesz dziecko?
Do domu. Nie będę was już więcej obciążać. Poradzę sobie.
Kinga zobaczyła, jak twarz Teresy wykrzywia się w coś upiornego.
Zgłupiałaś?! Nie masz grosza! Z czego przeżyjesz? Będziesz żebrać?!
Płacz, który wzbudził krzyk Teresy, obudził dziewczynkę. Kinga podeszła do łóżeczka.
Nie, proszę nie dotykać! To moje dziecko, ja ją wykarmię. Powiem lekarzom, iż nie mam mleka? Chyba żartuje pani!
Kinga stanowczo pokiwała głową:
To moja córka. Powiedziałam NIE oddam jej!
Nie możesz! Obiecałaś! Teresa otwierała usta jak ryba bezradnie.
Proszę wyjść.
Teresa wyszła. Cicha współlokatorka z sali podniosła głowę:
Kim ona jest?
Moja ciotka.
Ale przykra sprawa. Dobrze zrobiłaś, niczego jej nie dawaj. Jestem Iwona, jeżeli coś trzeba, pomogę.
Kinga.
Cześć, Kinga. Wiesz, jak patrzyłam, to wyglądała, jakby chciała porwać twoją córeczkę. Bardzo dziwna kobieta.
***
Przed wypisem Kingę odwiedziła kolejna osoba. Nie wpuszczono jej do pokoju, więc spotkały się na korytarzu.
Dawna przyjaciółka Zosia, z pokaźnym już brzuchem, stała, przygryzała wargi.
Cześć.
Kinga przysiadła na ławce, z dystansem.
Słyszałam, iż urodziłaś?
Tak, córeczkę.
Zosia kręciła oczami.
Kinga, słuchaj. Wiesz, iż mama znalazła kogoś bogatego, kto chce adoptować twoje dziecko?
I?
Oni są naprawdę dobrzy. Mają pieniądze, oddali by wszystko za córeczkę. No i zaproponowali milion złotych, wiesz? Za twoją córkę. Za taki milion możesz kupić pokój, może mieszkanie nawet.
Naprawdę? Milion? To może ty im oddaj swoje dziecko, jak tak ci zależy Kinga odparła spokojnie.
Zosia aż nadęła usta, ale nie puściła ręki Kingi.
Zaczekaj, Kinga. Oddaj mi to dziecko. Przecież to córeczka Marcina, będę o nią dbać.
Myślisz, iż dasz radę z dwójką dzieci?
Nic nie rozumiesz! Moje małżeństwo się wali!
Kinga wstała z ławki, chcąc odejść. Zosia łapała ją kurczowo za rękaw; jej spojrzenie przywoływało na myśl upiorną lalkę.
Potrzebuję tej dziewczynki, Kinga!
Puść mnie.
…Po kilku godzinach do sali wpadł Marcin, cały roztrzęsiony.
Urodziłaś? Mogę zobaczyć?
Nie możesz! niedługo Zosia ci urodzi, tam sobie zobacz!
Musimy pogadać. Od twojego porodu nie mam spokoju. Chcę zabrać córeczkę do siebie. Oddaj ją, natychmiast ją zaadoptuję.
Kinga pokręciła głową:
Nie jestem jak wy. Nie oddam nikogo, komu jestem potrzebna. Daruj, ale nie oddam dziecka!
Marcin nie chciał ustąpić.
Oddaj! Nie miałaś prawa rodzić je beze mnie! I tak je odbiorę to moje dziecko!
A ty? Synuś mamusi? Najpierw zapytaj o zgodę swojej mamy!
Kinga wyminęła byłego narzeczonego, wzięła córeczkę i udała się na dyżurkę.
Proszę nikogo do mnie nie wpuszczać. Nie chcę odwiedzin, dość mam tu cyrku.
Epilog
W dzień wypisu Kinga trzymała córeczkę mocno przy sobie. Obok niej była Iwona, sięgającą po walizkę, podjechał jej mąż i matka.
Na schodach Kinga dostrzegła samochód rodziców Marcina. Z auta wysiadła jego matka, Alicja, spojrzała na Kingę z zawiścią, wyginając usta w drapieżny uśmiech. Kingę przeszedł dreszcz.
Niedoszła teściowa patrzyła jak wilczyca.
Kto to? spytała Iwona.
Rodzice Marcina.
Wygląda, jakby czekała na moment, żeby ci dziecko wyrwać. Powiadam ci, coś tu jest nie tak. Wciąż cię osaczają. A mówiłam, iż masz u nas pokój jedźcie z nami do domu.
Kinga kiwnęła głową. W sercu narastała dziwna, nieuchwytna trwoga.
***
Pod dachem nowych przyjaciół Kinga nieoczekiwanie odnalazła miłość: brat Iwony, stary kawaler Tomek, zaczął się nią opiekować.
Tomek był porządnym człowiekiem nie tylko poślubił Kingę i przyjął malutką jak swoją, ale też wspierał jej ojca, pomagając mu wyjść z nałogu.
Co stało się z Zosią i Marcinem? Ich związek się rozpadł.
Okazało się bowiem, iż Zosia przez miesiące symulowała ciążę, chodząc z poduszką pod płaszczem, wodząc wszystkich za nos.
Ciotka Teresa, próbując chronić córkę, sama powiedziała zięciowi, iż Zosia poroniła na początku. Jednocześnie zaproponowała, by oddali dziecko Kingi im pod opiekę, żeby zrobić wszystkim dobrze.
Marcinku, zięciu, nie gniewaj się na Zosię, nie wyszło, ale przecież masz dziecko z Kingą. Możemy adoptować malutką, a do rodziców nic nie mówić. Udawać, iż Zosia urodziła. Kiedy Kinga urodzi, zabierzemy niemowlę, powiemy, iż to córka Zosi.
Marcin zgodził się na plan.
Wszystko szło po ich myśli, dopóki Kinga nie odmówiła oddania dziecka. Plan się posypał, Zosia popadła w rozpacz, a jej matka rozłożyła ręce.
Matka Marcina była rozczarowana kłamstwami i kategorycznie kazała synowi rozwieść się z Zosią.
W snach Kingi wszyscy bohaterowie zamieniali się miejscami; dzieci nie miały twarzy, okna stawały się rzeką, a jej córeczka rosła w ramionach aż zasłaniała całe niebo nad Warszawą. Wirowały nad nią anioły z głowami rodziny, a z butelek po wódce wysypywały się monety, jakby chciały pokryć całą podłogę domu. Tylko córeczka była prawdziwa ciepła, pachnąca, bezpieczna w jej objęciach. I to ona Kinga była jej całym światem.
