Dziecko przyszło na świat dokładnie o północy, właśnie w tej chwili, gdy elektroniczny zegar na sali porodowej, mrugając zielonym światłem, przeskoczył z 23:59 na 00:00.

polregion.pl 5 godzin temu

Dziecko przyszło na świat dokładnie o północy. Właśnie wtedy, kiedy elektroniczny zegar na sali porodowej mrugnął zielonym światłem i zamiast 23:59 wyświetlił 00:00.
Lekarz i położna wymienili niepewne spojrzenia, a czujna neonatolog podbiegła, łapiąc bezwładne, sine ciałko, gwałtownie przeniosła je na przewijak i natychmiast sięgnęła po ssak. Noworodek nie oddychał. Rodząca, Zofia, lekko odwracając głowę, patrzyła obojętnie na poczynania lekarza.
Może on już nie żyje? Nie płacze myślała, jej umysł wciąż przeszywał ból, jeszcze chwilę temu pochłaniający ją bez reszty.

W końcu noworodek wydał z siebie cichy, prawie niesłyszalny jęk, który powoli przerodził się w donośny płacz, niosący się daleko po cichych, nocnych korytarzach warszawskiego szpitala. Lekarz, położna i neonatolog stali obok dziecka i w skupieniu mu się przyglądali.
To dziecko było inne. Jego kręgosłup tuż pod łopatkami wyginał się w taki sposób, iż tworzył dwa niemal symetryczne, pociągłe garby, sięgające aż do połowy klatki piersiowej.

Jak to możliwe? szeptała neonatolog z niedowierzaniem. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Przecież to niemożliwe Naprawdę niemożliwe

Rano, gdy lekarz przyszedł do Zofii, by wyjaśnić szczegóły dotyczące nowo narodzonego synka, ta skrzywiła lekko pełne wargi z niesmakiem.
To on jeszcze do tego kaleką jest? No przecież warknęła ze złością.
Nie chcę go, naprawdę Równie dobrze mogłabym nie przyjąć zdrowego, a co dopiero takiego Przynieście mi papiery, napiszę zrzeczenie się praw.
I rzeczywiście, po określonym czasie Zofia wyszła ze szpitala, lekka, obojętna, niczym nieobarczona. Jej syn został tam nieświadomy, iż został zdradzony przez tę, od której powinien otrzymać najwięcej miłości.

W Domu Dziecka nadano mu imię Wiktorek. Tak, Wiktorek i żadne inne. Opiekunki zakładały mu szerokie, za duże koszulki, żeby jego deformacja nie rzucała się tak w oczy.
A jednak, choćby jeżeli jego sylwetka byłaby najdoskonalsza, i tak wyróżniałby się spośród innych: popiskujących, rozkrzyczanych, bijących się i bez przerwy o coś rywalizujących dzieci.
W jego błękitnych oczach, obramowanych długimi, czarnymi rzęsami, kryła się jakaś dorosła powaga.
Często, zapatrzony w okno, coś w sobie słuchał, wsłuchiwał się uporczywie, próbując zrozumieć to, czego nie potrafił jeszcze nazwać.

Stało się to pewnego dnia, gdy szeregiem szły parami dwulatki: dreptały niezgrabnie, potykając się o własne nóżki w drodze na jakieś zajęcia.
Wiktorek wtedy USŁYSZAŁ TO.
Z lekko uchylonych drzwi gabinetu dyrektorki dobiegały dźwięki muzyki.
Nie była to żadna z dziecięcych piosenek, do których przywykł na lekcjach rytmiki, gdzie wszyscy maszerowali jak żołnierze, wymachując drobnymi rączkami i z wysiłkiem podnosząc jeszcze niepewne nóżki
Ta muzyka przypominała wiatr. Ciepły, kojący wiatr, który delikatnie unosi ponad ziemią, kołysze i utula
Nie było w niej słów, ale była w niej dusza żywa dusza, która tuliła Wiktorka, opowiadając mu coś, czego nikt inny nigdy się nie domyśli, co ważne jest tylko dla niego
I Wiktorek zatrzymał się w korytarzu, zatrzymując cały pochód i kołysał się do rytmu, nie zwracając uwagi na potykające się o niego dzieci ani na bezradne próby opiekunek, by go ruszyć.

W jego malutkiej główce wszystko wskoczyło na adekwatne miejsce. To, czego nasłuchiwał w krzykach rówieśników, w szumie wiatru i buczeniu rur w łazience to była ona: jego Muzyka

Agnieszka i Tomasz odwiedzili już wszystkie pobliskie domy dziecka.
Wrodzona wada nie pozwalała Agnieszce mieć własnych dzieci.
Podjęli więc decyzję, by adoptować malucha z Domu Dziecka.
Ale trudny wybór przed nimi Jaki miałby być ICH synek?
W końcu, dzieci własnych się nie wybiera, kocha się je takie, jakie są, a tutaj patrzyli w setki dziecięcych oczu i nie znajdowali wśród setek dzieci pozbawionych matczynego ciepła tego swojego dziecka
Trzymając się za ręce, podeszli do ogrodzenia warszawskiego domu dziecka. W piaskownicy krzątały się dzieci, dziewczynki przewoziły lalki we wózkach, typowy harmider i śmiech.
Tylko jeden malec, w długiej, niedopasowanej kurtce, stał i w skupieniu wsłuchiwał się w świergoczącego na gałęzi wróbla.
I właśnie w tym momencie Agnieszce zadzwonił telefon
Mozart Agnieszka kochała muzykę poważną. A Wiktorek drgnął jego oczy rozbłysły, jakby zapalono w nich światło, po czym zaczął się kołysać z boku na bok, w idealnym rytmie, czując temp muzyki, a oni, Agnieszka i Tomasz stali nieruchomo, niewidzący reszty świata, zapatrzeni tylko w niego.

ZOBACZYLI GO. Ich syna. Rodzinną duszę, rozświetlającą jego spojrzenie

Tak, wiem, iż to dziecko chore, iż ma niepełnosprawność Tak, jestem gotowa wziąć odpowiedzialność Rehabilitacja? Oczywiście

Agnieszka przez godzinę odpowiadała ze zmęczeniem na pytania dyrektorki, która wciąż próbowała przekonać ją, by wybrała inne, zdrowe dziecko. Dzieci się nie wybiera tłumaczyła jej Wezmę go, choćby nie wiem co

Mamo? Wiktorek odszedł od pianina i wtulił główkę w rękaw Agnieszki. A dlaczego ja jestem taki? Dlaczego inny niż wszyscy?

Agnieszka pogładziła go czułym ruchem po zdeformowanych plecach:
Widzisz, synku, wszyscy jesteśmy inni i w środku, i na zewnątrz I ty, i ja, i tata
A twoje plecy przecież mówiłam ci, iż są tam skrzydła, jak u anioła. Tylko jeszcze się nie rozwinęły, ale rozwiną się, na pewno

I obejmuje go najmocniej na świecie, całuje ciepłą główkę, a potem siada z nim przy pianinie, i grają razem a Wiktorek gra tak, iż nie każdy dorosły, poważny muzyk zdołałby tak zagrać.
I wtedy naprawdę! za jego plecami rozpościerają się skrzydła, choć widzi je tylko Mama, Tata i Anioł Stróż Wiktorka, ten stojący cicho obok i uśmiechający się, gdy muzyka płynie, szeroko jak Wisła, niosąc szczęśliwego Wiktorka na swoich falachOd tego dnia, za każdym razem, gdy rozlegały się pierwsze dźwięki fortepianu, jasne światło zalewało pokój, a Wiktorek uśmiechał się do samego siebie. Muzyka rosła czasem spokojna jak ciepły, letni deszcz, czasem szalona i radosna jak rozbrykane wróble na gałęziach Dłonie chłopca biegały po klawiszach swobodnie, bez śladu nieporadności, a Agnieszka i Tomasz patrzyli na siebie, na swoje dziecko i wiedzieli, iż ich dom jest wreszcie pełen.

Z każdym kolejnym utworem Wiktorek stawał się coraz bardziej pewny siebie; dzieci w przedszkolu już nie dokuczały mu tak jak na początku, zaczęły prosić, by grał im do tańca lub śpiewu. A kiedy raz nauczycielka zapytała, skąd potrafi tyle melodii, odpowiedział z ufnością:
Mam skrzydła w sercu, pani. Jak anioł.

Wieczorami wśród cicho płonących lamp Agnieszka czytała mu bajki o niezwykłych bohaterach. Czasem przyciskał się do niej mocniej i szeptał:
Wiesz, mamo ja czuję, iż potrafię latać, kiedy gramy razem

I rzeczywiście: w tej muzyce, w miłości, którą dostał, Wiktorek wzlatywał wyżej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać aż po samo niebo, niewidzialne, rozłożyste skrzydła niosły go lekko przez każdy trudniejszy dzień.
A kiedy zamykał oczy, słyszał już tylko muzykę cichą, dobrą, jego własną i czuł, iż jest na swoim miejscu, kochany, potrzebny, dokładnie taki, jaki jest.

Idź do oryginalnego materiału