Dziecko przyszło na świat dokładnie o północy – właśnie wtedy, gdy elektroniczny zegar na sali porodowej, mrugając zielonym światłem, przeskoczył z 23:59 na 00:00.

polregion.pl 4 godzin temu

Mały Staś przyszedł na świat dokładnie o północy, dokładnie wtedy, gdy cyfrowy zegar na sali porodowej, mrugnąwszy zielonym światłem, przeskoczył z 23:59 na 00:00. Lekarz i położna spojrzeli po sobie z zaskoczeniem, a dyżurująca neonatolog gwałtownie złapała nieruchome, sine ciałko, przełożyła je na przewijak i natychmiast zabrała się za odciąganie śluzu. Maluch nie oddychał. Mama Stasia, Zofia, odwróciła głowę na bok i bez większych emocji patrzyła, co robi personel.

„Może umarł? Cicho jest…” powtarzało się gdzieś w jej myślach, jeszcze przytłumionych niedawnym bólem porodowym. W końcu noworodek wydał z siebie ledwo słyszalny pisk, który z każdym ułamkiem sekundy robił się coraz donośniejszy, aż w końcu rozległ się płacz, który poniósł się echem po cichych, nocnych korytarzach szpitala położniczego. A lekarz, położna i neonatolog stali wokół niego, w milczeniu, wpatrując się w malucha z nieskrywanym zdziwieniem.

Bo Staś był inny niż wszystkie noworodki… Jego kręgosłup, dochodząc do wysokości łopatek, wyginał się w tak nietypowy sposób, iż tworzył dwa niemal symetryczne, wydłużone garby, sięgające aż do połowy klatki piersiowej.

„Jak to w ogóle możliwe? mruczał pod nosem zdziwiony neonatolog. Nigdy, nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem… To niemożliwe, absolutnie niemożliwe…”

Rano do Zofii przyszła lekarka, by wytłumaczyć jej, co takiego szczególnego jest w jej synku. Zosia skrzywiła się z niesmakiem, patrząc gdzieś w bok. Taki jeszcze… połamany… Tego brakowało…

Nie, ja nie chcę takiego dziecka. Jak miałabym się nim zająć? Proszę przynieść mi dokumenty, chcę podpisać rezygnację… powiedziała beznamiętnie. I rzeczywiście, po kilku dniach wyszła ze szpitala lekka, spokojna, bez zobowiązań. A Staś został, choćby nieświadomy zdrady tej, która powinna być dla niego najważniejsza.

W domu dziecka nazwano go Stasiem. Nic, tylko Staś tak po prostu, po polsku. Opiekunki wkładały mu luźne, za duże koszulki, żeby ta jego wada nie rzucała się aż tak w oczy.

Ale choćby gdyby miał idealną sylwetkę, i tak odróżniałby się od reszty dzieciaków rozkrzyczanych, czasem awanturujących się, zawsze podzielonych czymś na grupki. W jasnoniebieskich oczach Stasia kryła się dziecięca powaga, taka jaka rzadko spotyka się u kilkulatków, a długie, ciemne rzęsy jeszcze bardziej ją podkreślały.

Często Staś, patrząc przez okno, wsłuchiwał się w coś wewnątrz siebie jakby bardzo chciał pojąć coś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.

I wydarzyło się to pewnego razu, gdy grupka dwulatków, poszarpanych przez życie, szła parami na jakąś zabawę w świetlicy. Wtedy właśnie Staś usłyszał TO. Z lekko uchylonych drzwi gabinetu dyrektorki płynęła muzyka. Ona nie przypominała tych wszystkich piosenek, które puszczano dzieciom na zajęciach, do których marszowali „jak żołnierze”, machając malutkimi rączkami. Ta muzyka była jak… wiatr. Taki ciepły, delikatny wiatr, który unosi cię nad ziemię, kołysze, uspokaja…

Ta melodia była bez słów, ale czuło się w niej żywą duszę, która obejmowała Stasia, opowiadając mu o czymś, czego nikt inny nie zrozumie i nie musi rozumieć tylko on, Staś…

Stanął wtedy pośrodku korytarza, w samym środku tej dziecięcej hałastry, i zaczął się kołysać w rytm tej muzyki, kompletnie nie zwracając uwagi na potrącające go dzieci czy usiłujące go przestawić opiekunki.

Wtedy wszystko w jego głowie ułożyło się na adekwatnych miejscach. To, co każdorazowo starał się wychwycić w ryku kolegów, w szumie wiatru czy w buczeniu rur łazienki to była jego Muzyka…

Ola i Michał odwiedzili już chyba wszystkie domy dziecka w okolicy Krakowa. Ola z powodu wrodzonej choroby nie mogła mieć dzieci. Razem więc podjęli decyzję, by przygarnąć malucha. Kursy dla rodziców zastępczych zaliczone, papiery gotowe, a przed nimi stanęło najtrudniejsze: WYBÓR. Jaki powinien być ICH synek? Przecież dzieci własnych się nie wybiera, po prostu się je kocha a tu?

Trzymając się za ręce, stanęli pod ogrodzeniem domu dziecka. W piaskownicy bawiły się dzieci, dziewczynki woziły lalki, wszędzie śmiech, bieganina, prawdziwe dziecięce życie.

Ale tylko jeden chłopiec, w za dużej, znoszonej kurtce, stał z boku i wsłuchiwał się w śpiew wróbla.

I akurat wtedy Oli zadzwonił telefon… Mozart! Ola uwielbiała klasykę. A Staś… wyraźnie drgnął, jego oczy się roziskrzyły, jakby ktoś zapalił lampkę w środku, i zaczął się powoli, całkowicie zgodnie z muzyką, kołysać w rytm. Ola i Michał patrzyli na niego jak zaczarowani. Telefon dzwonił, a oni stali, patrząc na Stasia.

Właśnie wtedy zobaczyli SWOJEGO syna bratnią duszę, błyszczącą w jego oczach…

Tak, wiem, iż to chore dziecko, niepełnosprawne odpowiadała Ola niezłomnie na kolejne pytania dyrektorki domu dziecka, która usilnie namawiała ją na zdrowego chłopca Ale dzieci się nie wybiera… i ja wezmę go, cokolwiek miałoby mnie to kosztować…

Mamo? Staś odszedł pewnego wieczoru od pianina i położył głowę na ramieniu Oli. Dlaczego jestem taki? Dlaczego nie jestem jak inne dzieci?

Ola głaskała go po zniekształconych plecach. Kochany mój, wszyscy jesteśmy inni. I ja, i tata, i ty. A twoje plecki… Przecież mówiłam ci, iż masz tam skrzydła, jak aniołek. Jeszcze się nie rozłożyły, ale rozłożą się, zobaczysz…

Przytulała go mocno, całowała w ciepłą czuprynę, po czym siadała z nim przy pianinie i grali razem. I Staś grał tak, jak nie każdy dorosły, profesjonalny muzyk potrafi. A za jego plecami naprawdę wyrastały skrzydła widzieli je tylko mama, tata i jego anioł stróż, który zawsze stał za plecami Stasia i uśmiechał się cicho, podczas gdy muzyka płynęła szerokim, spokojnym nurtem i kołysała szczęśliwego Stasia…

Idź do oryginalnego materiału