# Dziesięć lat za biurkiem u teściowej, czyli jak Bartek Zdunek odzyskał kluczyki
Nazywam się Bartek Zdunek, mam czterdzieści dwa lata i przez dziesięć lat nie usiadłem za kierownicą. Nie chodziło o wypadek, o punkty karne, o żadną z tych historii, które ludzie sobie wyobrażają, kiedy słyszą, iż facet w moim wieku nie prowadzi auta. Chodziło o Danutę, moją teściową, i o warsztat, który dziś nazywa się "U Danki", choć przez piętnaście lat nazywał się tak jak ja.
Zacznę od tego, co się wtedy stało, bo bez tego nic nie ma sensu. Prowadziłem warsztat samochodowy w Skierniewicach, przy ulicy Rawskiej, kawałek za stacją Orlen. Odziedziczyłem go po ojcu, on zbudował go z niczego, ja go tylko utrzymywałem przy życiu i trochę rozwinąłem — dorzuciłem diagnostykę komputerową, drugi podnośnik, umowę z ubezpieczycielem na naprawy powypadkowe. W dwa tysiące piętnastym roku ojciec Danuty, czyli mój teść, pożyczył mi sto dwadzieścia tysięcy złotych na remont hali. Podpisałem to na kolanie, bez notariusza, bo "przecież jesteśmy rodziną". To zdanie kosztowało mnie później cały warsztat.
Rok później teść zmarł. I wtedy Danuta, która nigdy wcześniej nie postawiła nogi w hali, zaczęła przychodzić co tydzień z teczką dokumentów. Mówiła, iż "trzeba to uporządkować po tacie". Ja się na tym nie znałem, żona — moja ówczesna żona, Marta — była wtedy w ciąży z naszą drugą córką i nie miała głowy do papierów, więc podpisywałem, co mi podsuwała. W środku tej sterty był aneks przenoszący pięćdziesiąt jeden procent udziałów w warsztacie na Danutę, jako "zabezpieczenie pożyczki taty". Zorientowałem się dopiero, kiedy przyszedł księgowy z pytaniem, komu ma wystawić roczne rozliczenie jako większościowemu udziałowcowi.
Awantura, którą wtedy urządziłem, skończyła się tak, iż Danuta zmieniła zamki w biurze warsztatu, zanim wróciłem z rozmowy z prawnikiem. Stałem na parkingu przy Rawskiej, widziałem szyld z moim nazwiskiem i nie mogłem wejść do środka. To był czwartek, pamiętam, bo w piątki zawsze robiliśmy przegląd tygodnia z mechanikami, a tego piątku już mnie tam nie było.
Właśnie tamtego dnia, wracając tym samym autem, którym jeżdżę teraz — starym granatowym Passatem po ojcu — zjechałem na pobocze niedaleko wiaduktu na Łowickiej i już nie wysiadłem. Nie umiałem. Ręce mi się trzęsły na kierownicy, jakby to kółko było czymś, co mnie zdradziło razem z resztą. Zadzwoniłem po Martę, żeby po mnie przyjechała. Auto stało tam trzy dni, zanim kolega z warsztatu odholował je pod mój blok.
Ludzie myślą, iż strach przed jazdą bierze się z wypadku. U mnie wziął się z tego, iż w ciągu jednego popołudnia straciłem rzecz, którą budowałem piętnaście lat, i iż straciłem ją od kogoś, kto mówił do mnie "synku". Za każdym razem, kiedy siadałem za kierownicą, czułem ten sam zaciśnięty gardło co wtedy, kiedy zobaczyłem nową tabliczkę na drzwiach biura: "D. Sochacka — Zarządca". Więc przestałem siadać. Marta woziła dzieci do przedszkola, ja umawiałem taksówki albo prosiłem sąsiada. Trwało to prawie dekadę.
Z Martą rozstaliśmy się cztery lata po tamtej aferze — nie z powodu warsztatu wprost, ale dlatego, iż nie potrafiłem już być w tym samym pokoju, w którym ktoś wspominał Danutę przy niedzielnym obiedzie. Córki, Zosia i Hania, dziś mają szesnaście i trzynaście lat i jeżdżą do mnie na weekendy do Łodzi, gdzie w końcu się przeprowadziłem i otworzyłem mały serwis oponiarski na Retkini, bez wspólników, bez rodziny w papierach.
Do jazdy wróciłem trzynaście miesięcy temu. Zacząłem od parkingu przy hali Atlas Arena, pusto, niedzielny poranek, żadnych świadków. Potem jeden przejazd do warzywniaka przy Rzgowskiej. Potem odbiór córek ze szkoły, sam, bez taksówki. To były małe rzeczy, ale każda z nich znaczyła, iż jeszcze nie skończyłem.
W zeszły weekend siedziałem w MINI Cabrio, które salon Zdunek Motors w Łodzi dał mi na dwa dni do testu — zbieg nazwisk czysty przypadek, nie jestem z nimi spokrewniony, chociaż na początku myśleli, iż to jakiś żart. Dach złożony, trasa na Brzeziny i z powrotem, dzieciaki z tyłu kłócące się o playlistę. Pomyślałem wtedy, iż pewność siebie nie wraca, zanim człowiek coś zrobi. Wraca dopiero, kiedy się odważy.
Sprawę warsztatu zamknąłem miesiąc temu, i to jest ta część, o którą ludzie pytają najczęściej. Nowy adwokat, którego wynająłem z odszkodowania po sprzedaży mieszkania w Skierniewicach, znalazł w aneksie z dwa tysiące szesnastego roku błąd formalny — brak wymaganej zgody współmałżonka na przeniesienie udziałów w firmie założonej w trakcie małżeństwa, bo formalnie warsztat wciąż figurował jako majątek wspólny z Martą sprzed rozwodu. Ugoda sądowa, którą Danuta podpisała, żeby uniknąć procesu, kosztowała ją siedemdziesiąt osiem tysięcy złotych odszkodowania i zwrot całego pakietu udziałów na moje nazwisko. Nie chciałem warsztatu z powrotem — nie miałem już siły wracać do Skierniewic. Sprzedałem swoją część nowemu właścicielowi, temu samemu, który przejął halę po Danucie, kiedy ta, żeby zapłacić odszkodowanie, musiała spieniężyć swój udział.
Stałem przy Rawskiej w dniu, kiedy podpisywałem ostatnie papiery u notariusza, i zobaczyłem ją z daleka — szła chodnikiem po drugiej stronie ulicy, w tym samym niebieskim płaszczu co dziesięć lat temu. Nie podeszła. Ja też nie. Wsiadłem do Passata, zapaliłem silnik i pojechałem do Łodzi, do córek, do serwisu na Retkini, gdzie na drzwiach wisi tabliczka z jednym tylko nazwiskiem — moim.







