Jestem właścicielem przytulnej kawalerki w centrum Warszawy, gdzie mieszkam od lat samotnie. Mój żona zmarła pięć lat temu, a ja odziedziczyłem po ciotce mieszkanie dwupokojowe w Grochowie mniej prestiżowa dzielnica, ale lokal zadbany i przyjemny. Wynająłem je młodemu małżeństwu, bardzo porządnym ludziom, którzy regularnie przychodzili po odbiór czynszu i oglądać, czy wszystko jest w porządku. Przez dwa lata nie miałem żadnych zastrzeżeń.
Kiedy mój syn wziął ślub, razem z jego żoną Zofią postanowili rozpocząć wspólne życie na własny rachunek wynajęli mieszkanie i zaczęli odkładać na wkład własny do kredytu hipotecznego. Nie miałem nic przeciwko temu, choć w dłuższej perspektywie chciałem podarować im to mieszkanie po ciotce, by mogli sami zdecydować, co z nim zrobią sprzedać, wyremontować, urządzić pod własne potrzeby.
Rok po ślubie urodził im się syn, mój wnuk Jakub, a ja zacząłem poważnie rozważać przygotowanie aktu darowizny na rzecz syna. Jednak niespodziewanie tydzień temu całkowicie zmieniłem zdanie.
Zdarzyło się to w czasie obchodów moich 60. urodzin. Wynająłem salę w restauracji na starówce, zaprosiłem dawno niewidzianych przyjaciół, rodzinę, w tym oczywiście syna i Zofię.
Z Zofią dogadujemy się poprawnie, choć jest osobą bardzo emocjonalną i zdarza się jej wybuchać, również wobec mnie. Zawsze tłumaczyłem to sobie młodym wiekiem i tym, iż życie jej jeszcze nie nauczyło dystansu. Jednak to, jak wystawiła mnie na widok publiczny podczas tej uroczystości, mocno zmieniło moje nastawienie.
Syn z Zofią przyszli na imprezę razem z Jakubem. Restauracyjny gwar nie sprzyjał niemowlakowi, więc Zofia od początku mówiła, iż wyjdą po godzinie, z czym się zupełnie zgadzałem.
Gdy mieli już wychodzić, Zofia zorientowała się, iż nie ma telefonu. Poszliśmy razem szukać zadzwoniłem na jej numer, żeby ułatwić znalezienie zguby.
Kiedy z tyłu sali zaczęliśmy dzwonić, goście spoglądali, co się dzieje, atmosfera na moment się zawiesiła. Wtedy z parapetu rozległ się głośny, wściekły szczek psa, wycie i gardłowy pomruk! Wszyscy się odwrócili Zofia, czerwona ze złości, podbiegła do okna, zgarnęła telefon i natychmiast wyciszyła połączenie.
Moi znajomi najpierw spojrzeli na nią, potem na mnie, zrobiła się krępująca cisza. Szczęśliwie mój brat przejął inicjatywę, muzyka zagrała głośniej, a on wygłosił kolejny toast na moją cześć. Jednak, jak to mówią, coś pękło.
Jeszcze długo podczas wieczoru widziałem, jak goście szeptem komentowali oryginalny dzwonek przypisany do mojego numeru na telefonie Zofii. Następnego dnia zapytałem syna o całą sytuację. Wydawało się, iż słyszał ten dźwięk już nieraz, ale machnął ręką, iż to nieistotne.
Od tamtego momentu znacznie ograniczyłem kontakt z synem i Zofią. Podjęcie decyzji o przekazaniu im mieszkania odłożyłem na czas, kiedy nasze relacje będą wyglądać inaczej. Zwłaszcza iż oczekuję zwykłego przepraszam przynajmniej za publiczne nieporozumienie. o ile dla nich jestem tylko szczekającym psem, to cóż, mają do tego prawo.
Z tej historii płynie dla mnie nauka, iż zanim podejmie się istotny rodzinny krok, warto dobrze poznać nie tylko czyjeś gesty, ale też drobne sygnały żeby nie żałować później swojej decyzji.














