Kiedy Jadwiga skończyła szesnaście, staruszka w cygańskim stroju na targu w Pradze wzięła ją za rękę, spojrzała w linie losu i rzekła:
Nigdy nie wyjdziesz za mąż.
Jadwiga tylko roześmiała się. Lata minęły, a gdy Walenty stanął przed nią z pierścionkiem, przywołała te słowa i odparła:
No, przynajmniej jako narzeczona się znajdę zażartowała, zgadzając się.
Wzięli ślub.
Dzieci nie przyszły od razu.
Lekarze stanowczo stwierdzili: niepłodność. Nieodwracalna. Bez szans.
No, chociaż żoną będę westchnęła Jadwiga, próbując nie płakać.
Lecz wydarzyło się cudo zaszła w ciążę.
To niebezpieczne, możecie nie przeżyć ostrzegali lekarze.
Jadwiga tylko się uśmiechnęła:
No, przynajmniej będę w ciąży.
I urodziła zdrowego, silnego chłopca.
Minęły lata. Z Walentym przetrwali wszystko euforii i straty, śmiech i łzy, wzloty i upadki.
Czterdzieści lat przeszło jak jeden dzień.
A potem nowa diagnoza.
Zostało wam pół roku życia powiedziano w szpitalu.
Jadwiga spojrzała prosto w oczy i odpowiedziała:
W takim razie skoczę ze spadochronem. Zawsze o tym marzyłam.
I skoczyła.
Pierwszy raz. Drugi. I jeszcze kolejny.
Kilka miesięcy później, po powtórnych badaniach, choroba już nie była.
Bo dopóki człowiek naprawdę żyje, los tylko kręci nosem i zapisuje jego historię od nowa.
