Gdy moja córka powitała na świecie swoje siódme dziecko, dotarło do mnie, iż moja cierpliwość naprawdę się wyczerpała!

twojacena.pl 7 godzin temu

Od dwudziestu lat tkwię jak zamrożona we śnie, żyjąc pod jednym dachem z córką, jej mężem i całą uroczą gromadą, która bezustannie mnoży się jak drożdże w cieście. Mam 65 lat, w moich sennych rękach już siedem wnucząt, każda z nich z polskim imieniem brzmiącym w moich uszach niczym rozkołysany dzwonek: Jagoda, Zuzanna, Weronika, Klara, Małgorzata, Róża i najmłodsza Wanda.
Wokół mnie nieustannie panuje hałas, takie echo z krainy baśni, gdzie wrzaski i śmiechy wplatają się w trzepot poduszek, szeleszczenie papierków po cukierkach i tupot stóp po podłodze z podniszczonych desek. Czasami czuję, jakby mur naszego domu w Krakowie wrastał we mnie jak korzeń bluszczu coraz ciaśniej, coraz ciaśniej.
Gdy na świat przyszła szósta wnuczka, posadziłam Helenę przy kuchennym stole, między kubek mleka a słoik domowych ogórków kiszonych. Roztopiły się granice, bo rozmawiałam z nią nie jak matka z córką, ale jak stara wiedźma z księżniczką zaklętą w sen o dzieciach i pieluchach. Mówiłam o rzeczach, o których myślałam, iż już nie muszę mówić, o tabletkach ukrytych w szufladzie, o kalendarzykach i innych zaklęciach. Ale ona tylko się uśmiechnęła, a potem znowu była w ciąży.
W naszym domu, gdzie pięć pokoi ledwo mieści sny dziewięciu osób, zapach świeżego chleba miesza się z zapachami dzieciństwa i codziennego zmęczenia. Mój zięć, Paweł, chodzi dumnie z grabkami po naszym polu za domem, twierdząc, iż jest rolnikiem. A ja, niczym kucharka w szkolnej stołówce, mieszam w garach kaszę i pomidorową, bo każdy chce coś innego tylko nie to, co było wczoraj.
Myślałam, iż kiedy urodzi się szósta wnuczka, znajdę choć chwilowy azyl od płaczu, przewijania i rozrzuconych klocków. Jednak ten sen obracał się w nieskończoność, a dźwięki dziecięcych zabawek wciąż świdrowały mi uszy.
Wieczorami rozmawiałam ze swoim bratem, Antonim. On mieszkał sam niedaleko, za Wisłą, bo jego jedyna córka wyjechała, by szukać szczęścia w Londynie. Pewnej nocy zadzwonił do mnie głosem cienkim jak mgła nad Wisłą, prosząc, bym do niego przyszła, bo zdrowie zaczęło go opuszczać. Serce mi ścisnęło, ale w głębi czułam radość, iż mogę uciec z mojego krakowskiego kieratu i zanurzyć się w innym śnie.
Zatrzymałam się u Antoniego. Dni zaczęły płynąć wolniej, nie liczyłam już do siedmiu, nie budziłam się na dźwięk dziecięcego płaczu, tylko na szum radia i zapach kawy po polsku. Przypomniałam sobie, jak lubię czytać stare tomiska, słuchać melancholijnych piosenek i przesiadywać nad dawnymi filmami. Starzeję się wreszcie jak należy spokojnie, jakby czas zamarł w bursztynie.
I wtedy przyszedł telefon. Helena jej głos rozedrgany, mówi, żebym wracała, bo ona już nie daje rady, bo w domu bez babci wszystko się sypie. Przez okno leje się światło, wydłuża się mój cień na podłodze. Czy wrócić do tego snu o niekończącej się opiece, czy pozwolić sobie dryfować jeszcze trochę po wodach własnej wolności? Złote monety polskie złote wydają się nieważne wobec tych wszystkich pytań.
Wciąż nie wiem, jak jej powiedzieć ani sobie iż czasem najdziwniejszym marzeniem starej kobiety jest święty spokój i kubek herbaty w samotności.

Idź do oryginalnego materiału