Gdy moja córka powitała na świecie swoje siódme dziecko, zrozumiałam, iż wyczerpały się wszystkie pokłady mojej cierpliwości!

twojacena.pl 4 godzin temu

Minęło już tyle lat, odkąd zamieszkałam z córką i jej mężem na naszej rodzinnej ziemi pod Lublinem. Teraz, patrząc wstecz, mam wrażenie, iż ostatnie dwie dekady mojego życia uciekły w mgnieniu oka pełne były jednak codziennego znoju i hałasu, niekończących się obowiązków, o których kiedyś myślałam, iż w końcu się skończą. Dziś mam 65 lat i jestem babcią aż siedmiorga wnucząt. Wiele sąsiadek mawiało, iż zazdroszczą mi tak licznej rodziny i tyle euforii i ja sama wiele lat temu uznałabym to za szczęście, gdybym nie musiała cały czas niańczyć dzieci i walczyć z ich gwarem, który nie pozwalał mi zaznać spokoju ani przez chwilę.
Moja córka, Jadwiga, zdaje się nie zauważać, jak wielka odpowiedzialność na nią spadła, decydując się na tak duże potomstwo.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym na świat przyszła moja szósta wnuczka. Usiadłyśmy wtedy z Jadwigą w kuchni, przy starej, dębowej ławie, i odbyłyśmy poważną rozmowę. Nie przypuszczałam nigdy wcześniej, iż będę musiała rozmawiać z własną, dorosłą córką o planowaniu rodziny i zabezpieczeniach. A jednak, kiedy oznajmili, iż czekają na siódme dziecko, poczułam, jak świat wiruje wokół mnie. Nasz dom ma zaledwie pięć izb, a mieszka w nim już dziewięć osób! I choć dom i ziemię pracowicie budowaliśmy z mężem przez całe nasze życie, teraz mój zięć, Stanisław, nazywa się gospodarzem. Jadwiga pomaga mu od świtu do zmierzchu, a ja? Ja całe dnie spędzam przy garach, gotując obiady dla tej naszej szkoły. Dzieci rosną, mają coraz większy apetyt, a do stołu wszyscy chcą jedynie świeżego jedzenia nikt nie spojrzy choćby na wczorajszy bigos czy zupę.
Gdy pojawiła się szósta wnuczka, miałam nadzieję, iż Jadwiga zrozumie moje zmęczenie i pozwoli mi choć trochę odpocząć od płaczu niemowląt i wiecznych pieluch. Ale los chciał inaczej znów wszystko spadło na moje barki.
Całe szczęście, iż od zawsze miałam kontakt z moim bratem, Piotrem, który mieszka sam w starym domu pod Zamościem, bo jego córka wyjechała dawno temu za chlebem do Niemiec. Pewnego jesiennego wieczoru Piotrek zadzwonił do mnie, prosząc żebym do niego przyjechała, bo miał kłopoty ze zdrowiem. Oczywiście zmartwiłam się o niego, ale nie ukrywam, iż poczułam ulgę mogłam wyrwać się z mojego codziennego kieratu, choćby na chwilę.
Teraz, gdy Piotrek czuje się już lepiej, sama nie wiem, czy potrafię wrócić do tego domu pełnego dziecięcego wrzasku. Tutaj, w ciszy, na wsi, przypomniałam sobie, jak bardzo tęskniłam za książkami, słuchaniem radia wieczorami i oglądaniem polskich filmów z dawnych lat. Dopiero teraz mogę naprawdę cieszyć się jesienią życia, zamiast odliczać dni do dorosłości wnuków. Ale jak mam o tym wszystkim powiedzieć rodzinie?
Dzisiaj córka znów dzwoni do mnie z prośbą, abym wracała, bo sama już nie daje sobie rady. I ja stoję na rozdrożu nie wiem, co dalej. Czy wrócić do tamtego zgiełku z poczucia obowiązku, czy może raz w życiu pomyśleć o sobie?

Idź do oryginalnego materiału