Gdy ożeniłem się z Kasią, myślałem, iż mam niesamowite szczęście do teściowej.
Nie wtrącała się w nasze sprawy.
Nie pouczała, nie rozdawała rad na lewo i prawo.
Gotowała przy tym bosko.
Była uprzejma, czasem choćby zabawna.
Teściowa idealna, pomyślicie.
Ale nie ma róży bez kolców.
Na początku wszystko układało się świetnie.
Mieszkaliśmy osobno, odwiedzaliśmy ją w weekendy.
Piliśmy herbatę z drożdżówkami.
Słuchaliśmy opowieści z jej młodości.
Tak trwało, aż urodził się nasz syn Bartek.
Wtedy wszystko się zmieniło.
Najpierw babcia wpadała raz w tygodniu.
Potem co drugi dzień.
W końcu została u nas na dobre.
Z grzeczności nic nie mówiliśmy.
Pomoc przy małym dziecku to nie byle co.
Żona wróciła do pracy.
Teściowa jak na zawołanie gotowała rosół.
Podłogi lśniły, pranie było poskładane.
Dziecko najedzone i zadowolone.
Brzmi jak marzenie, prawda?
Szybko zamieniło się w koszmar.
Teściowa, nie pytając nikogo, zostawała tydzień.
Potem dwa tygodnie.
Wyjeżdżała „tylko po rzeczy” – i wracała.
Żyła z nami jak u siebie.
Przestawiała meble, chowała moje kubki.
Piekła sernik, gdy ja chciałem jajecznicę.
Przestaliśmy czuć się u siebie w domu.
Spytałem Kasię, czy mama mogłaby odpocząć we własnym mieszkaniu.
Żona machnęła ręką.
„No jak jej powiesz? Przecież jej samotnie smutno” – powiedziała.
„Nie możesz się trochę postarać?” – dodała z wyrzutem.
Starałem się.
Aż do dnia, gdy los podarował mi rozwiązanie.
Bartek miał wtedy dwa latka.
Pewnego wieczoru podszedł do mnie przed snem.
Powiedział, iż boi się ciemności.
„Tato, w ciemności mieszka Mamuna” – szepnął przestraszony.
Starałem się go uspokoić.
„Synku, jeżeli się boisz – po prostu się śmiej” – powiedziałem.
„Śmiech odpędza wszystkie Mamuny” – dodałem z uśmiechem.
Bartek spojrzał na mnie z nadzieją.
Czy to naprawdę zadziała?
Sam nie wiedziałem, co z tego wyniknie.
Ale coś mi mówiło, iż to był dobry moment.
Pewne rzeczy zaczynają się od małych słów.
Czasem dziecięcy strach uczy dorosłych więcej niż rozmowy.
Ciąg dalszy miał nadejść szybciej, niż się spodziewałem.










