Gdy Stanisław staje się Stanem

bialyorzel24.com 1 godzina temu

„How do you spell your name?” – to często jedno z pierwszych pytań, z jakimi spotykają się Polacy w USA. Z pozoru – banalnie proste, ale właśnie wtedy często zaczynają się schody…

Choć urodzone w Stanach dzieci często noszą już tutejsze imiona, dla dziadków w Polsce często Michael przez cały czas jest Michasiem, a Margaret – Gosią. Fot. Ilustracja WEM

Dla kogoś, kto całe życie był Grzegorzem, Przemysławem, Małgorzatą albo Wojciechem, nagle okazuje się, iż imię i nazwisko może być czymś, co trzeba tłumaczyć, literować, upraszczać, a czasem nawet… negocjować.

W Ameryce Wojciech zostaje więc „Voytkiem”, Małgorzata – „Maggie”, Stanisław – „Stanem”, Katarzyna – „Kate” albo „Kathy”, a Zbigniew bardzo gwałtownie odkrywa, iż „Zbig” otwiera więcej drzwi niż pełna wersja jego imienia.

Nie zawsze dlatego, iż ktoś chce zerwać z polskością. Częściej dlatego, iż po piętnastym nieudanym podejściu do wymówienia „Grzegorz” przez kolegę z pracy człowiek po prostu wzdycha i mówi: „Greg. Just call me Greg”.

Imię na dwie wersje

Polacy w Stanach od dawna funkcjonują w dwóch językach jednocześnie, więc nic dziwnego, iż również imiona zaczynają żyć podwójnym życiem.

W domu jest Wojtek. W pracy – Voytek albo czasem Walter. Małgorzata dla rodziny pozostaje Gosią, ale na służbowym identyfikatorze ma „Maggie”. Krzysztof staje się Chrisem, Piotr – Peterem, Andrzej – Andrew, Jan – Johnem.

Niektóre zamiany są niemal automatyczne, bo istnieje naturalny angielski odpowiednik. Inne są bardziej umowne. Wojciech nie ma przecież dokładnego angielskiego odpowiednika, a mimo to przez lata wielu Wojtków przyjmowało „Albert”, „Walter” albo po prostu zapisywało imię jako „Voytek” czy „Wojtek”, licząc na cierpliwość otoczenia.

Młodsze pokolenie często podchodzi do tego inaczej. Coraz więcej osób zostawia polską wersję imienia i po prostu uczy innych, jak ją wymówić. To też znak zmieniającej się Ameryki. Imię nie musi już być „łatwe”, żeby było akceptowane.

Najtrudniejsze są nazwiska

Z imieniem da się jeszcze pójść na kompromis. Z nazwiskiem bywa trudniej.

Polskie „cz”, „sz”, „rz”, „wicz”, „ski” czy „czyk” potrafią być dla anglojęzycznego rozmówcy prawdziwą łamigłówką. Dlatego przez dziesięciolecia wiele rodzin upraszczało zapis nazwisk albo dostosowywało go do angielskiej wymowy. „Kowalski” mógł pozostać Kowalskim, ale bywał też zapisywany jako „Kowalsky”. Końcówka „-wicz” mogła zmienić się w „-vich”, „-vitch” albo „-wich”. Litera „ł” najczęściej stawała się zwykłym „l”, a polskie znaki diakrytyczne po prostu znikały, bo przez lata amerykańskie formularze, maszyny do pisania czy systemy komputerowe ich nie obsługiwały.

Czasem zmiany były niewielkie, ale czasem po dwóch czy trzech pokoleniach nazwisko zaczynało brzmieć zupełnie inaczej niż w Polsce.

Wbrew popularnemu mitowi nazwisk nie zmieniano masowo imigrantom przy wejściu na Ellis Island. Urzędnicy korzystali z list pasażerów przygotowanych jeszcze w portach europejskich. Zmiany częściej pojawiały się później – w dokumentach, szkołach, zakładach pracy albo z inicjatywy samych rodzin, które chciały ułatwić sobie funkcjonowanie w nowym kraju.

„Napiszę ci to”

Każdy Polak w Ameryce zna też charakterystyczny moment przy recepcji, w banku albo przez telefon.

– Last name?

– Szczepaniak.

Cisza.

– Could you spell that?

I wtedy zaczyna się: S like Sam, Z like zebra, C like Charlie… Po latach niektórzy potrafią przeliterować swoje nazwisko po angielsku szybciej niż po polsku.

Inni przyjmują strategię prostszą.

– My last name is Wójcik.

– How do you spell it?

– I’ll write it down.

To drobiazg, ale bardzo polonijny. Nazwisko, które w Polsce nikogo nie zatrzymuje na dłużej, w Ameryce nagle staje się początkiem rozmowy.

„Where is that name from?”

„Poland.”

I w ten sposób coś, co wcześniej było zwykłym wpisem w dowodzie osobistym, zaczyna działać jak mała wizytówka pochodzenia.

Polskie nazwiska mają jeszcze jedną cechę, która często zaskakuje Amerykanów: mogą zmieniać formę w zależności od płci. W Polsce pan Kowalski i pani Kowalska to rzecz oczywista. W amerykańskich dokumentach znacznie wygodniej jest jednak, kiedy cała rodzina ma identyczne nazwisko.

Dlatego w wielu rodzinach kobiety używają formy „Kowalski”, „Zalewski” czy „Lewandowski”, choćby jeżeli w Polsce nosiłyby odpowiednio „Kowalska”, „Zalewska” czy „Lewandowska”. Z punktu widzenia polskiej gramatyki brzmi to nietypowo. Z punktu widzenia amerykańskiego systemu dokumentów – jest zupełnie normalne.

Wielu przedstawicieli młodego pokolenia Polonii uważa polskobrzmiące nazwisko za część swoje tożsamości i woli raczej wytłumaczyć amerykańskim znajomym prawidłową wymowę, niż je upraszczać czy „amerykanizować”. Fot. Ilustracja WEM

Dzieci już nie zmieniają

Co ciekawe, kolejne pokolenia niekoniecznie chcą upraszczać nazwiska tak chętnie, jak robili to ich dziadkowie. Dla pierwszej generacji emigrantów łatwiejsze imię mogło oznaczać mniej problemów w pracy, w szkole czy przy załatwianiu spraw urzędowych. Dla wnuka urodzonego już w Stanach trudne polskie nazwisko może być czymś zupełnie odwrotnym – elementem wyróżniającym i częścią tożsamości, która jest unikatowa właśnie dla niego.

Szczególnie wśród młodszych przedstawicieli Polonii można zauważyć pewną dumę z zachowania oryginalnej formy nazwiska. choćby jeżeli język polski znają już słabiej niż ich rodzice, nazwisko przypomina im, skąd pochodzi rodzina.

Najciekawsze przypadki pojawiają się jednak w drugim i trzecim pokoleniu. Dziecko, urodzone już w USA, może mieć w akcie urodzenia imię Michael, ale dla babci pozostaje Michasiem. Elizabeth jest Elą, Matthew – Mateuszem, a Christopher podczas świąt staje się Krzysiem.

Powstaje w ten sposób coś w rodzaju rodzinnego kodu. Jedno imię funkcjonuje w szkole i pracy, drugie przy stole, podczas świąt i rozmów z dziadkami. Czasem choćby rodzeństwo zaczyna używać różnych wersji w zależności od języka rozmowy.

Nie jest to utrata tożsamości. Przeciwnie – pokazuje, iż człowiek może jednocześnie należeć do dwóch kultur.

Nazwisko jako małe archiwum

Po kilku pokoleniach sposób zapisania nazwiska może stać się częścią rodzinnej historii. Dlaczego dziadek pisał się „Nowak”, a część rodziny używa „Novak”? Kiedy „Jankowski” stał się „Yankowski”? Dlaczego jedno rodzeństwo zachowało polską pisownię, a inne ją uprościło?

Za każdą taką zmianą kryje się jakaś historia: pierwsza praca, dokument naturalizacyjny, szkolny formularz, decyzja rodziców albo zwykła chęć, żeby przestać pięć razy dziennie poprawiać wymowę.

I może właśnie dlatego polskie nazwisko w Ameryce brzmi czasem inaczej, ale przez cały czas niesie ze sobą to samo pytanie: „Skąd jesteś?”. A choć odpowiedź bywa dziś bardziej złożona niż sto lat temu, to gdy pada nazwisko, cała ta historia mieści się w kilku literach.

WEM

Idź do oryginalnego materiału