14 marca 2023, Warszawa
Czasem sama się łapię na tym, jak bardzo można dać się zaskoczyć życiu… O narodzinach dziecka powtarzałam sobie od miesięcy, iż tym razem wszystko będzie pod kontrolą. Jednak rzeczywistość pokazała, iż mimo najlepszych chęci można zostać bezradnym wobec chaosu.
Moje wyjście z Instytutu Matki i Dziecka zapamiętam na długo. Kuba, mój mąż, wpadł po mnie prosto z biura przy Mokotowie. Prosiłam go, żeby wziął urlop chociaż na dwa dni, ale szef nie chciał słyszeć o żadnych wolnych twierdził, iż mają teraz duży przetarg. Uwierzyłam więc na słowo, kiedy mówił, iż załatwi rzeczy dla malucha i przygotuje nasze mieszkanie. Dobrze, iż chociaż koleżanki z pracy mnie ostrzegały: Renia, lepiej zajmij się tym sama! Ale nie… Myślałam, iż przecież jakoś to będzie.
Wróciłam z małym Ignasiem i zastałam prawdziwy sajgon. Obciach, wstyd przed teściową i siostrą, które przyszły z gratulacjami. Półki aż prosiły się o przetarcie we wzorki z kurzu mogłam wyrysować całą mapę Warszawy. choćby nie było gdzie położyć dziecka, bo łóżeczko od siostry wciąż stało nieumyty na klatce schodowej, a wózek miał dopiero zostać kupiony… Ubrań dla malucha brak, dobrze, iż koleżanki pożyczyły mi trochę rzeczy i pieluch.
Od ślubu minęło już sześć lat. Celowo odkładaliśmy dziecko, żeby się ogarnąć mieszkanie na kredyt, wymarzona praca Kuby… Kiedy w końcu wszystko zaczęło się układać, zdecydowałam, iż przyszedł czas. Szefowa w mojej firmie już pierwszego dnia, gdy się dowiedziała, wręczyła mi wymówienie. Pomyślałam: może to znak, żeby wreszcie zwolnić tempo. Siedziałam w domu, uczyłam się haftować, czytałam książki i chodziłam na spacery po Łazienkach.
Kuba upierał się, iż nie wolno niczego kupować przed narodzinami. Tak jest u nas w rodzinie przynosi pecha! powtarzał. Tłumaczyłam, iż siostra już szykuje nam komodę i łóżeczko, a mama odkłada ubranka po kuzynce. Prosiły, żebym zabrała, wyprała i przygotowała ale Kuba nie pozwalał robić zamieszania. Torbę do szpitala miałam spakowaną i na tym koniec.
Kiedy zaczęło się rodzenie, Kuba zbladł, bo nagle uświadomił sobie, iż musimy kupić wszystko naraz: śpiworki, pieluchy, wózek, kosmetyki, smoczki… Ja całą drogę na porodówkę zamartwiałam się praniem, które zapomniałam wyjąć z pralki. Leżało tam potem, aż wróciłam do domu i śmierdziało jak stare skarpetki.
Dobrze, iż koleżanki pomogły dali mi trochę pieluch i ubranek po swoich dzieciach. Kuba w stresie biegał po całym Ursynowie, a to po śpiworek, a to po zasypkę… Gdy wrócił, przyniósł połowę rzeczy zupełnie brudnych, wymiętych i niepasujących. Musiałam wszystko uprać, a potem czekać pół dnia aż wyschnie na kaloryferze. Najchętniej rozniosłabym wszystkich po kątach i złożyła papiery rozwodowe!
Przez kilka dni próbowałam ogarnąć mieszkanie do stanu używalności. Minęły już dwa miesiące od narodzin Ignasia, a ja wciąż nie mam odwagi zaprosić nikogo na odwiedziny. Rodzina już uznała, iż pora na uroczysty obiad i świętowanie, a ja wzdrygam się na myśl o gościach.
Mama nie potrafi zrozumieć, dlaczego nie jestem szczęśliwa. Dla niej wszystko jest jasne: Sama sobie jesteś winna, trzeba było się lepiej przygotować! Powtarza, iż dziewięć miesięcy to wystarczająco dużo czasu, żeby wszystko ogarnąć, a i Kuby dałoby się skuteczniej przekonać do pomocy. Na facetów nie można liczyć, córuś powtarza. Wszystkiego trzeba dopilnować samemu.
Sama nie wiem, kto tu zawinił. Czy powinnam mieć żal do rodziny, czy to jednak ja położyłam sprawę? Czy powinnam była nie słuchać przesądów i wszystko przygotować wcześniej? Co byś zrobiła na moim miejscu? Czasem mam wrażenie, iż dla kobiet to zawsze musi być szkoła przetrwania…








![Gwarancja śniegu, buty Relaksy i przemoczone rękawiczki. Tak się zimą bawiły dzieci w PRL [GALERIA]](https://bi.im-g.pl/im/72/08/1f/z32541298IHR,Zima-w-miescie-w-czasach-PRL-.jpg)





.jpg)

