4kwietnia 2024 r.
Dziś znów wstaję przed wczesnym świtem, kiedy Lidia jeszcze wtóruje mi w łóżku, a w korytarzu podwórka wciąż rozbrzmiewa krzyk małego Dawida. Znowu Nadzia wyciąga krzyki! pyta mnie z irytacją, potrącając mnie w bok. To nie do wytrzymania!
Co? mamrotam półprzytomny. Nie słyszę już krzyków z piętra wyżej, ale Lidia nie ma chwili spokoju. Nie słyszysz, co się dzieje? pytam, patrząc na jej znużoną twarz.
Z trudem podnoszę się z łóżka, przeklinając pod nosem wszystko, co mnie otacza, i podążam za nią w stronę drzwi.
Lidia, już w szlafroku, wpada w klatkę schodową niczym burza, rozbijając drzwi z hukiem. No dalej, śpij! ryczy, po czym samodzielnie rusza w stronę mieszkania, które od dawna jest epicentrum hałasu.
Na korytarzu wita mnie Paweł, otwierający drzwi. Z wnętrza dobiegają płacz chłopca i zawrzenie się Nadii, sąsiadki, której imię brzmi tak, jakby wyjęło się z legendy.
Co tu się dzieje? warczy Paweł, ledwo trzymając się na nogach po nocnym wypiciu.
Patrz na zegar! krzyczy Lidia.
I co z tego? odpowiada Paweł, marszcząc brwi.
Nic! ryczy mój głos, dosłownie uderzając Paweła w twarz, po czym przyciskam go do ziemi przy drzwiach. Cisza wypełnia korytarz.
Po kilku minutach Nadię wyłaniają łzy i blizny na twarzy. Patrzy na mnie z przerażeniem, jakby nie chciała zrobić krok w moją stronę.
Zadzwoń po policję mówię, starając się zachować spokój.
Nie zacznie, on już nie będzie mógł spać szepcze Nadi, łkając.
Lidia pyta: Jesteś pewna?
Mam nadzieję odpowiada.
Nie ma mowy odcięła Lidia, nie dając szansy na sprzeciw. Nie wytrzymam kolejnego baletu z twoim sąsiadem. Musisz wziąć dziecko, a jutro ty zajmiesz się Pawłem.
Tego typu nocne potyczki przywykły już wszyscy mieszkańcy naszego kamienicy. Nikt nie wtrącał się w ich sprawy, dopóki nie przychodził mój mąż, poddany żądaniom żony, by wstał, ubrał się i poszedł na górę.
Z czasem i Lidia męczyło to coraz bardziej. Zauważyła, iż im dalej schodzę, tym chętniej Borys ratuje tę płaczącą sąsiadkę.
Znowu? sycze Lidia, gdy mijam drzwi.
Ale Borys nie słyszał. Widział jedynie przerażone oczy Dawida, który właśnie przytula się do mamy, oraz bladą twarz Nadii, wykrzywioną ze strachu.
Po zajściu z Pawłem, Borys tradycyjnie prowadził rodzinę Nadii i jej synka dalej, z dala od grzechu. Lidia rozkładała im w salonie koce.
Następnego wieczoru Nadi przychodziła z pierogami i domowymi ciastkami, dziękując nam za ratunek. Z czasem stali się stałymi gośćmi w naszym mieszkaniu. Nadi oferowała pomoc w domu, a Dawid
zwracał się do Borysa jak do bohatera. Ten silny, spokojny mężczyzna, pachnący tytoniem, stał się dla chłopca wzorem. Borys podsycał tę fascynację, kupując zabawki, naprawiając modele samochodzików, przynosząc metalowy konstruktor, a potem piłkę nożną.
My z Lidią nie mieliśmy własnych dzieci. Najpierw chcieliśmy po prostu być razem, potem po prostu nie wychodziło. Ten niewypowiedziany smutek był naszym trzecim lokatorem.
Pewnego dnia, patrząc na otwarte oczy Dawida, poczułem, iż coś się zmienia.
Lidia w pracy wyładowywała emocje w strefie dla palaczy. Wyobrażacie sobie, iż znowu dziś nocą przybiegła Nadi w łzach! marudziła przy kawie. Mąż znowu się rozjebał! Nie rozumiem tych kobiet! To się nie szanuje! Ja bym go nie tolerowała ani jednego dnia!
Może go naprawdę kocha wtrąciła najstarsza w dziale, pani Zofia. Mówiłaś, iż kiedy jest trzeźwy, to prawdziwy skarb.
Skarb? To raczej bezużyteczny prosiaczek! odparła Lidia. Inna w jej miejscu już dawno go wyrzuciła!
Może po prostu nie ma gdzie pójść dodała młodsza koleżanka, Iza. Z dzieckiem samotnie ciężko.
To nie ma nic wspólnego z dumą! wybuchła Lidia, wydychając dym papierosa. Nie ma w niej odrobiny godności! To po prostu tchórz!
Mówiła to tak głośno, jakby chciała przekonać samą siebie, iż jest silna, niezależna i lepsza od Nadii setki razy.
Jednak wracając do domu, codziennie widziałem Borysa i Dawida przy tym samym metalowym konstruktorze, słysząc rzadki, pożądany dźwięk śmiech mojego męża.
W sobotę Lidia wróciła z ciężkimi torbami z marketu, gdy drzwi do mieszkania Nadii były lekko uchylone. Spojrzała do środka i zatrzymała się w progu.
Nie całowali się, nie przytulali, nie robili nic kompromitującego. Byli po prostu
Borys siedział na stołku, trzymając młotek, a Dawid podawał mu gwoździe z powagą. Nadi, opierając się o framugę, patrzyła na nich z takim spokojem, iż w moim wnętrzu zamarło. Wydawali się jednością, idealną rodziną, której ja nie potrafiłem stworzyć.
To okropne myślenie odrzuciłam siebie, wychodząc. Borys nie może. On jest mój! A Nadi głupia kura!
Kiedy Nadi po raz kolejny poprosiła o pomoc, zatrzymałam ją w progu i krzyknęłam głośno, by Borys usłyszał:
Ile można, Nadi?! Kiedy w końcu przejdziesz na zdrowy rozum?! On choćby nie jest twoim mężem! Dlaczego znosisz to pijane monstrum w swoim mieszkaniu?! Wyrzuć go i koniec! Czy naprawdę lubisz grać ofiarę? Patrzy na ciebie twoje dziecko!
Słowa spadły na wysuszoną ziemię. Po tygodniu Paweł, skulony i z walizką, opuścił naszą klatkę. Lidia triumfowała. W końcu Nadi i jej syn mieli zniknąć na zawsze.
Nadszedł spokój. W soboty nie przychodziły już pierogi, a korytarz nie wypełniał się dziecięcym śmiechem. Lidia najpierw cieszyła się ciszą, czystością i porządkiem, ale niedługo cisza w naszym mieszkaniu stała się ciężka, przytłaczająca.
Borys wracał zmęczony z pracy, milczał przy kolacji, wpatrując się w telewizor. Stał się coraz bardziej ponury i zamknięty w sobie.
On po prostu się męczy uspokajałam siebie, więc nie patrzy na mnie przy stole, nie śmieje się z moich żartów. Zasypia zwrócony plecami, jakby mnie nie było.
A potem wydarzyło się coś, co wszystko odwróciło.
Jednego dnia, wróciwszy wcześniej z pracy z powodu nagłego bólu głowy, w pośpiechu wsiadłam do windy i przez pomyłkę wciśnęłam niewłaściwy przycisk. Wysiadłam na niższym piętrze i zobaczyłam uchylone drzwi mieszkania Nadi Deja vu.
Weszłam nieśmiało, nie mówiąc ani słowa, a kiedy zobaczyłam Borysa i Nadi pogrążonych w rozmowie, tak się zagubiłam, iż wyszłam na palcach i zamknęłam za sobą drzwi.
Borys wrócił po godzinie, tak jakby nic się nie stało, zjadł kolację przed telewizorem i nie zadał mi żadnego pytania.
Nie mogłam mu nic powiedzieć. Wiedziałam o jego tajemnicy i uznałam to za wystarczający powód, by spróbować coś naprawić.
Wtedy myślałam, iż nienawidzę Nadi, iż nienawidzę samą siebie za to, iż namówiłam ją wyganąć Pawła. Uwolniłam miejsce dla swojego męża, choć w rzeczywistości Borys nie jest moim mężem. Wielokrotnie zapraszał mnie do urzędów, a ja zawsze odrzucałam, twierdząc, iż pieczęć nie jest najważniejsza Teraz mógłby odejść.
Nie zamierzam mu wyjawić, iż znam jego zdradę. Czy naprawdę coś z tą Nadi będzie? Czy ja, Lidia, poczekam?
Czekam.
Cierpliwie.
Borys i Nadi potajemnie budują romans. Lidia wie o tym, ale udaje, iż nie widzi, nie rozumie. Czasem Nadi przychodzi z synkiem i ciastkami. Lodia uśmiecha się, przyjmuje jedzenie i milczy.
Cierpi już od kilku lat.
Pewnego dnia, obrażając sąsiadkę, nazwałam ją cierpliwą ofiarą, nie zdając sobie sprawy, iż w tej chwili programuję własną przyszłość. Teraz stoję w nieszczęsnej sytuacji, a moje milczenie jest najgłośniejszym wyznaniem porażki.
Boję się wypowiedzieć wiele, by nie zburzyć tę szczęśliwą rodzinę, w której moja rola to rola ofiary.
Lekcja, którą wyciągnąłem z tego całego zamieszania, jest prosta: podłość i milczenie jedynie pogłębiają ból. Lepiej jest stawić czoła prawdzie, choćby była gorzka, niż żyć w iluzji, iż milczenie chroni przed rozłamem.











