Przez niemal godzinę dryfowałam na niewygodnym plastikowym krześle w dusznym korytarzu przychodni na ulicy Sienkiewicza w Łodzi, obserwując młodziutkich ludzi zaplątanych w własną przyszłość. Wszystko wydawało się falować światła neonów odbijające się w matowych kafelkach, głos pielęgniarki szeleszczący przez głośnik jak z radia w starym polonezie.
Przede mną ciężarna dziewczyna o imieniu Bogusława, ledwo wyrosła z licealnych ławek, rozmawiała z chłopakiem, który miał na imię Leszek. Oboje wyglądali, jakby zapomnieli, iż istnieje świat poza ich konspiracją szeptów. Leszek co chwilę powtarzał, aż echo odbijało się o puste ściany:
Wyobraź sobie, iż to będzie chłopak! No nie, jakie to śmieszne, chłopak, rozumiesz? Heeeeeeeeee
Zdanie to powracało jak refren disco polo grzanego w nieskończoność. W pewnym momencie Leszek poderwał się i z roziskrzonym spojrzeniem przeczytał z drzwi napisy: dr n. med. Radosław Brzęczyszczykiewicz. Zawahał się teatralnie.
Może nazwiemy go Radosław, co? Albo Zenon, po lekarzu!
Bogusława chichotała tak cicho, jakby śniła swój śmiech. Zbliżałam się do granicy własnej cierpliwości, kiedy starsza pani w ciepłym szalu podeszła do młodzieńca i upomniała go z prostolinijną polską bezpośredniością:
Proszę przestać się tak zachowywać, młody człowieku!
Leszek wykrzywił twarz w zdziwieniu, spojrzał na seniorkę i wypalił jakby bez filtra snu:
A może babcia też jest w ciąży? Hłe-hłe-hłe
Bogusława rozdziawiła usta, śmiejąc się przez nos, jakby to wszystko było częścią jakiejś długiej, surrealistycznej bajki. A ja w tym śnie nie chciałam wznosić głosu, choć miałam ochotę potrząsnąć tymi dziećmi, póki wciąż są tylko śnionymi figurami.
Potem Leszek zagaił:
No nie mogę! Głodny jestem jak wilk z bajki! Yyyyya
Jak długo tu jeszcze staniemy? Może wyskoczymy na pierogi z kapustą? Wrócimy później
Nie chcę pierogów.
O, jaka wybredna się zrobiłaś! Ho-ho-ho!
Ich rozmowa, powtarzana jak echo w tunelu, sprawiała, iż bolała mnie głowa bardziej niż bzyczenie neonów. Z ulgą, jakby ktoś w końcu przewinął sen dalej, para wyślizgnęła się z korytarza, zostawiając za sobą pustkę i ciszę.
Leżąc zanurzona w tej sennej rzeczywistości, przez chwilę pomyślałam z przerażeniem: jakie dziecko wychowa taka dwójka, które przechadza się pośród życia jak we śnie, nie dostrzegając, iż to wszystko choćby wybór imienia jest prawdziwe? Może ich własne mamy i ojcowie, polskie babcie i dziadkowie z Włocławka czy Koszalina, spróbują wbić do głowy trochę rozsądku ich wnukowi… Ale coś mi mówiło, iż to wszystko pozostanie zamknięte w tym absurdalnym, rozedrganym śnie mojego zmęczonego umysłu.






