Przedmiotowego wieloryba „Goliata” złowiono w okolicach Trondheim w Norwegii, ważył około 70 ton i był największym zwierzęciem złowionym przez człowieka. Szwajcarzy wpadli na pomysł, żeby zakonserwować wieloryba i jako eksponat pokazywać na wystawach.
Wystawa w latach 50. i 60. odwiedziła kilkadziesiąt krajów. W 1963 roku, Goliat zawitał do grodu nad Prosną, wzbudzając szereg emocji wśród mieszkańców. Od zachwytu po konsternację.
Młodsi rzecz jasna widzieli w płetwalu największą atrakcję tamtego Kalisza. A iż słuszny gabaryt zawsze przykuwa uwagę i tworzy reklamę miejsca, to Kalisz postanowił 30 lat później raz jeszcze sięgnąć po wielką rzecz.
I tak pobito rekord Guinnessa w produkcji i konsumpcji największego loda na świecie.
Lenin wiecznie martwy
Najpierw pokazywano go we Wrocławiu, potem w Warszawskiej Hali Mirowskiej, wreszcie na Wybrzeżu. Z Trójmiasta Goliath zjechał do centrum Polski. Wieloryba Goliata pokazano między innymi w Łodzi. Ze stolicy przemysłu włókienniczego, ciężarówka na 18 kołach przywiozła do Kalisza.
Płetwal zwyczajny nie miał zwyczajnej postury. Taką nadzwyczajność w wymiarach musiała eskortować nocą kolumna Milicji Obywatelskiej. Płetwal mierzył 22 metry, ważył ponad 68 ton. Sam jego język ważył – 2.200 kg, serce – 450 kg, nerki – 560 kg, wątroba – 600 kg.
„Ale to nie wszystko!” – pisała prasa. „Wieloryb posiada 4 żołądki, a każdy żołądek waży 400 kilogramów”.
„Przyjechał ogromny wieloryb – preparowany. Wydawał mi się szerszy niż szerokość Prosny.” – wspomina Dorota Swinarska-Miłek
Zadanie było skomplikowane. By wielkie cielsko z głębin oceanu mogło być prezentowane z zachowaniem minimalnego reżimu sanitarnego, trzeba było w dziurach wykonanych w namiocie zainstalować dwa potężne wentylatory które wyprowadzały smród rozkładającego się wieloryba.
Pod cielskiem pracowały elektryczne agregaty chłodnicze, opóźniające rozkład wieloryba. Mimo bardzo przykrych zapachów, woń wcale nie odstraszała ciekawskich. Przeciwnie, prędzej od kolejek do zobaczenia Goliata, topniał lód zgromadzony pod nim.
„(…) Pamiętam czuć było tranem którego nie cierpiałem jak większość dzieci. Do dziś pamiętam ten mdły smak. No i zapach zesputej ryby był wyczuwalny na całym obszarze Nowego Rynku.”- dodaje Włodziemierz Suchy
Bilety na obwoźny pokaz martwego płetwala rozprowadzano w fabrykach, biurach, radach robotniczych, szkołach i przedszkolach.
„(…) Kogo nie zmusiła władza ludowa do wycieczki do Moskwy i podziwiania zwłok Lenina, miał szansę obejrzeć zakonserwowane ciało … wieloryba. Przynajmniej nie było trzeba składać pokłonów – chyba iż w następstwie konwulsji żołądkowych wywołanych fetorem gnijącego ciała.” – wspomina Jadwiga Barańczak.
Każdy, kto kupił bilet ulgowy lub normalny i dopchał się w pobliże, mógł oglądać i podziwiać wieloryba do woli. O ile po paru minutach z namiotu nie wygonił go smród. Dzieci szeroko otwierały oczęta i zatykały noski palcami. Do namiotu wpuszczano od godziny 10:00 do 20:00.
Prasa raczej entuzjastycznie wypowiadała się o atrakcji rodem z głębi oceanicznych. Podnoszono, iż to żywa lekcja biologii i zmniejszenie dystansu w poznawaniu zagadek świata.
Tygodnik „Odgłosy” kpił sobie z „atrakcji”, pisząc:
„Goliat zaprezentowany został społeczeństwu z wykorzystaniem wszystkich możliwości technicznych XX wieku. Oświetlają go jarzeniowe światła, w ogonie zainstalowano wiatraczek (przykro nam bardzo, ale kochana rybka troszeczkę się już psuje), zaś z głośników płyną skoczne dźwięki big-beatu. W klimacie piosenek Karin Stanek, wieloryba w Kaliszu spenetrowało kilkaset osób.”
„Staliśmy w kolejce do wieloryba tuż przy budynku straży pożarnej. Przy beczkach z tranem w kolejce było najciężej – zapach wprost nie do zniesienia.” – dopowiada jeszcze jeden świadek tej osobliwej prezentacji.
Rewelacja daleko od Bałtyku
Nazwany „Bambo” – lód ufundowany przez firmę Augusto z Kalisza, był kolejną wielkogabarytową atrakcją, jaką Kalisz zaserwował swoim mieszkańcom. Tym razem, można było rzeczone niemałe rozmiary skosztować.
Pomysł był kapitalny dla młodej dobrze rozwijającej się firmy zajmującej się mrożonkami. Lód na patyku był tak samo smaczny (choć tu raczej we wspomnieniach spora domieszka egzaltacji), jak wielki.
Ponad ćwierć wieku temu, 1 października 1994 roku kaliska Firma Augusto wystawiła na kaliskim rynku największy na świecie lód na patyku, którego można było podzielić na 175 tysięcy porcji zwykłych lodów. Gigant ważył 8280 kilogramów – bez orzechów i czekolady – i miał wymiary 2×1, 2×4 m. Sam patyk miał 4 metry długości i ważył 55 kilogramów.
O procesie powstawania wielkiego loda wspomina Włodzimierz Staszak:
„Zalewaliśmy tego loda w chłodni partiami by forma się nie zdeformowała, trwało to w sumie z dwa tygodnie”.
Firma Augusto było wówczas w szczytowej formie. Założona w 1991 roku przez braci Augusta Ryszarda Tomaszka i Tadeusza Henryka Tomaszka zajmowała się głównie produkcją lodów. Z 17 pracowników, w latach świetności zwiększyła zatrudnienie do ponad 600 osób.
Poczęstunek lodowym delikatesem był wyrazem zamożności i dumy producenta i znakomicie oddawał realia początku lat 90 w dojrzewającej kapitalistycznej III RP; gdzie tylko w teorii niemożliwe było bardzo atrakcyjne.
Rzeczona uczta na kaliskim rynku była spektakularna. W kolejce do skosztowania lodowego giganta, według najpopularniejszych danych ustawiło się kilka tysięcy mieszkańców Kalisza i okolic. Wielu wyposażonych w większe i mniejsze naczynia, w tym nawet… wiaderka.

fot. Domena Publiczna
„To był tłok, ścisk! Ludzie wiaderkami zabierali do domów. Może i dobrze bo by kilogramy się zmarnowały. A tak to mroziliśmy lodowe kawały większe od cegieł. Starczyło w domu lodów do następnego roku.” – przywołuje tamte wydarzenia Dorota Kasprzak
„Też to wydarzenie pamiętam i nie zapomnę nigdy jak stałam z dziećmi za barierkami a ludzie pchali się tak, iż ogrodzenie by się przewróciło i nieomal stratowaliby dzieci. Ludzie byli oszołomieni tym wydarzeniem.” – wspomina Irena Rowicka.
Wydarzenie wpisujące Kalisz w księgę rekordów Guinnessa, jak przekazuje jeszcze jeden świadek, finalnie odrobinę wymknęło się z kontroli organizatorów. Rynek Główny pokryty był warstwą rozpuszczonego loda.
Szczęśliwym zrządzeniem losu, po początkowych ostrożnych wyliczeniach, iż sprzątanie potrwa tydzień, nad Kaliszem na następny dzień przeszła burza z nawalnymi deszczami. Po najbardziej spektakularnej imprezie miejskiej lat 90, lodem ociekały już tylko lodówki i zamrażarki uczestników.
