Goście w domu byli zawsze. Wszyscy tylko pili, wszędzie pełno butelek, a jedzenia brak – choćby kromk…

newsempire24.com 4 godzin temu

W domu znowu byli goście. W zasadzie byli niemal codziennie.
Tylko piją i piją, wszędzie pełno butelek, a do jedzenia nic nie ma. Chociaż kawałek chleba… bezradnie myślałem, patrząc na stół zastawiony petami i pustą puszką po szprotkach.
Rozejrzałem się jeszcze raz. Nic.
Dobrze, mamo, idę sobie powiedziałem, powoli wsuwając na nogi moje rozlatujące się trzewiki.
Myślałem, iż mama mnie zatrzyma, powie coś łagodnie, na przykład:
Gdzie tam chcesz iść, synku, głodny jeszcze, a zimno na dworze. Zostań w domu. Ugotuję trochę kaszy, przegonię tych gości, posprzątam.
Nie, mama nigdy nie mówiła ciepłych słów. Jej zdania były twarde jak kamienie, kłujące jak osty. Gdy tak mówiła, chciało się zniknąć, skulić w sobie i skryć gdzieś daleko.
Tym razem miałem postanowienie wychodzę na zawsze.
Miałem sześć lat i uważałem się już za dorosłego. Najpierw chciałem zarobić trochę pieniędzy i kupić sobie bułkę, a może i dwie burczało mi w brzuchu z głodu.
Jak zarobić pieniądze? Nie miałem pojęcia, ale mijając kioski, dostrzegłem wystającą z brudnego śniegu pustą butelkę. Podniosłem ją, a potem znalazłem porzuconą reklamówkę i pół dnia zbierałem kolejne butelki.
Uzbierało się ich sporo, brzęczały w reklamówce. Czułem już, jak w końcu kupuję ciepłą, puszystą bułeczkę z makiem, a może z rodzynkami, a jeżeli szczęście dopisze, to z lukrem. Potem jednak uznałem, iż na lukrowaną pewnie mi nie starczy, więc szukałem dalej.
Podszedłem pod peron kolejki podmiejskiej, gdzie czekający na pociągi panowie popijają piwo. Postawiłem reklamówkę przy kiosku i pobiegłem po kolejną butelkę, którą ktoś zostawił. Kiedy wróciłem, obok moich butelek kręcił się brudny, zły facet. Zabrał wszystko, spojrzał na mnie groźnie, tak iż musiałem zrezygnować i odejść.
Marzenie o bułce prysło, jak bańka mydlana.
Zbieranie butelek to też ciężka robota pomyślałem i zatoczyłem się dalej po mokrych, śnieżnych ulicach Warszawy.
Buty przemokły, a ja czułem, jak zimno wbija mi się w skórę. W końcu było już zupełnie ciemno. Nie pamiętam nawet, jak trafiłem do jakiejś klatki schodowej, osunąłem się na podłogę przy grzejniku i zapadłem w gorący sen.
Obudziłem się z poczuciem, iż to chyba dalej sen. Było mi ciepło, spokojnie i pachniało czymś pysznym, aż ślinka ciekła.
Wtedy do pokoju weszła kobieta z uśmiechem tak dobrym, jakiej jeszcze nie widziałem.
No i co, chłopczyku? zapytała łagodnie. Ogrzałeś się, wyspałeś? Chodź na śniadanie. Bo ja w nocy wracałam do domu, patrzę, a ty skulony, jak szczeniaczek, śpisz w klatce. Wzięłam cię i przyprowadziłam do siebie.
To teraz mój dom? zapytałem niepewnie, nie dowierzając swojemu szczęściu.
jeżeli nie masz gdzie mieszkać, ten dom będzie twój odpowiedziała.
Dalej było jak w bajce. Nowa ciocia karmiła mnie, dbała o mnie, kupiła nowe ubrania. Stopniowo opowiedziałem jej o swoim życiu z mamą.
Ta dobra pani miała cudowne imię Dobrawa. Nigdy wcześniej nie słyszałem takiego imienia i wydawało mi się, iż tylko dobra wróżka może się tak nazywać.
Pewnego dnia przytuliła mnie i zapytała:
A może chciałbyś, żebym była twoją mamą? Ścisnęła mnie czule, jak kochające matki przytulają swoje dzieci.
Tak bardzo chciałem, żeby tak było…
Niestety, szczęście trwało krótko. Po tygodniu zjawiła się moja biologiczna mama.
Była prawie trzeźwa i robiła awanturę Dobrawie:
Jeszcze nie odebrali mi praw rodzicielskich! Mam pełne prawo do swojego dziecka!
Wyprowadzała mnie. Śnieg sypał z nieba, a ja patrzyłem na dom Dobrawy, wydawał mi się białym zamkiem.
Potem było tylko źle. Mama piła jeszcze bardziej, a ja uciekałem z domu, spałem na dworcach, zbierałem butelki, kupowałem za nie chleb. Starałem się nie nawiązywać z nikim kontaktu, niczego nie prosić.
W końcu odebrano mamie prawa rodzicielskie, a mnie umieszczono w domu dziecka.
Najbardziej bolało mnie, iż nie potrafię sobie przypomnieć, gdzie jest ten dom podobny do zamku, gdzie mieszka pani Dobrawa.
Minęły trzy lata.
W domu dziecka byłem zamknięty w sobie, nie rozmawiałem z innymi. Najchętniej uciekałem w rysunki i zawsze rysowałem to samo: biały dom i spadające śnieżynki.
Pewnego dnia przyjechała do nas dziennikarka. Pani wychowawczyni oprowadzała ją po pokojach, przedstawiała dzieci.
Kiedy doszły do mnie, powiedziała:
Leon to mądry chłopiec, ale ma trudności z przyzwyczajeniem się do innych dzieci. Pracujemy nad adopcją.
Jestem Dobrawa, miło mi cię poznać powiedziała dziennikarka.
Nagłe ożywienie usłyszałem to imię i zaraz zacząłem opowiadać jej o mojej cioci Dobrawie! Mówiłem z przejęciem, łzy stawały mi w oczach, a ona słuchała mnie i płakała. Nagle na moich policzkach pojawiły się rumieńce, a moje serce zamarło z nadziei.
Okazało się, iż imię Dobrawa jest kluczem do mojego serca.
Dziennikarka złożyła mi obietnicę: napisze o mnie artykuł w lokalnej gazecie, może moja dawna dobra ciocia go przeczyta i się odezwie.
Obietnicę spełniła. I wydarzył się cud.
Tego dnia Dobrawa obchodziła urodziny. Jej koledzy z pracy wręczyli jej bukiet kwiatów, zawiniętych w papier z gazety. W domu rozwinęła bukiet spojrzała na nagłówek:
Dobra kobieta Dobrawa, szuka cię chłopiec Leon. Prosimy o kontakt!
Przeczytała artykuł i zrozumiała, iż właśnie o nią chodzi i o mnie, tego chłopca, którego kiedyś przygarnęła.
Kiedy zobaczyliśmy się w domu dziecka, rozpoznałem ją natychmiast i od razu rzuciłem się jej na szyję. Płakaliśmy oboje, a wychowawczynie razem z nami.
Tak bardzo na ciebie czekałem! powiedziałem.
Z trudem udało się przekonać mnie, by puścić Dobrawę do domu; nie mogła mnie zabrać od razu. Przed nami była procedura adopcyjna, ale obiecała, iż będzie przychodzić codziennie.
P.S.
Dalej moje życie było już szczęśliwe. Mam 26 lat, skończyłem Politechnikę Warszawską, niedługo się żenię. Śmieję się, rozmawiam z ludźmi, uwielbiam moją mamę Dobrawę, której zawdzięczam wszystko.
Już po latach, gdy byłem dorosły, Dobrawa wyznała mi, iż jej mąż odszedł, bo nie mogli mieć dzieci. Czuła się nieszczęśliwa i niepotrzebna. Wtedy właśnie znalazła mnie i otoczyła miłością.
Kiedy mama mnie odebrała, Dobrawa myślała z żalem widocznie nie dane.
A potem, gdy los nas znów połączył, była najszczęśliwsza na świecie.
Próbowałem jeszcze ustalić, co się stało z moją biologiczną mamą. Okazało się, iż wynajmowałyśmy małe mieszkanie w Warszawie, a ona wyjechała gdzieś dawno temu ze świeżo zwolnionym z więzienia facetem. Już więcej nie chciałem wiedzieć. Po coCzasem, przechodząc obok starej stacji kolejki, zatrzymuję się na chwilę. Słyszę dzwonki pociągów i widzę, jak dzieci bawią się w śniegu, roześmiane, całe szczęśliwe. Wtedy uświadamiam sobie, iż choćby jeżeli życie zaczęło się od smutku i niedostatku, można trafić na kogoś, kto poda rękę, ogrzeje serce i zmieni wszystko.

Wiem, iż nigdy nie będę tym, kim byłem wtedy głodnym, wystraszonym chłopcem. Wiem też, iż czasem zła bajka może się skończyć dobrze, jeżeli znajdzie się ktoś, kto potrafi kochać i dostrzec w drugim człowieku dziecko warte miłości. Taką osobą stała się dla mnie Dobrawa.

Gdy dziękuję jej za wszystko a robię to często, zwyczajnie, gotując wspólnie kolację czy rozmawiając przy herbacie ona tylko się uśmiecha.

Ty też uratowałeś mnie, Leonku mówi wtedy cicho.

I wtedy jestem pewien, iż nie ma w życiu większego szczęścia, niż mieć dom, do którego zawsze chce się wracać. Dom, w którym czeka ktoś, kto potrafi być prawdziwą rodziną, choćby jeżeli nie łączą was więzy krwi.

A te białe, śnieżne zamki czasem naprawdę istnieją. I mieszka w nich dobro.

Idź do oryginalnego materiału