Dzisiaj znów wziąłem do ręki mój stary pamiętnik. Żółte kartki szeleszczą jak jesienne liście, ale atrament wciąż trzyma moje myśli. Za oknem zamieć, a brzoza kołacze gałęzią, jakby chciała wejść do środka.
„Czego się tak rozkrzyczałaś?” mówię do niej. „Poczekaj chwilę, wiosna nadejdzie.”
Śmieszne, prawda, rozmawiać z drzewem? Ale kiedy żyjesz sam, wszystko wydaje się mieć duszę. Po tamtych strasznych czasach zostałem wdowcem moja Ania odeszła. Jej ostatni list wciąż przechowuję, pożółkły od czasu, wytarty na zagięciach tyle razy go czytałem. Pisała, iż niedługo wróci, iż mnie kocha, iż będziemy żyć szczęśliwie A tydzień później dowiedziałem się prawdy.
Dzieci Bóg mi nie dał, może i lepiej w tamtych latach choćby chleba brakowało. Przewodniczący kołchozu, Jan Kowalski, ciągle mnie pocieszał:
„Nie martw się, Józefie. Jesteś jeszcze młody, ożenisz się.”
„Nie ożenię się więcej” odpowiadałem stanowczo. „Raz kochałem, wystarczy.”
W kołchozie pracowałem od świtu do zmierzchu. Brygadzista Marek często krzyczał:
„Józefie, idź już do domu, późno jest!”
„Zdam się” odpowiadałem „póki ręce pracują, dusza się nie starzeje.”
Miałem niewielkie gospodarstwo kozę Baśkę, upartą jak ja sam, i pięć kur, które budziły mnie lepiej niż jakikolwiek kogut. Sąsiadka Kasia często żartowała:
„Józef, czy ty czasem nie kogut? Dlaczego twoje kury pieją wcześniej niż wszystkie inne?”
Uprawiałem ziemię kartofle, marchew, buraki. Wszystko z własnej ziemi. Jesienią robiłem przetwory kiszone ogórki, pomidory, marynowane grzyby. Zimą otwierałem słoik i nagle w domu znów było lato.
Tamten dzień pamiętam jak dziś. Marzec był mokry i zimny. Rano mżyło, wieczorem przymroziło. Poszedłem do lasu po chrust piec trzeba było napalić. Po zimowych wichurach leżało mnóstwo gałęzi, wystarczyło zbierać. Gdy wracałem obok starego mostu, usłyszałem płacz. Najpierw myślałem, iż to wiatr. Ale nie wyraźny, dziecięcy szloch.
Zszedłem pod most, a tam mała dziewczynka, cała w błocie, sukienka mokra i podarta, oczy pełne strachu. Gdy mnie zobaczyła, zamilkła, tylko drżała jak osika.
„Skąd jesteś, maleńka?” spytałem cicho, by jej nie przestraszyć.
Milczała, tylko mrugała oczami. Usta sine z zimna, ręce czerwone i spuchnięte.
„Zmarzłaś zupełnie” powiedziałem bardziej do siebie. „Chodź, zabiorę cię do domu, ogrzejesz się.”
Podniosłem ją lekka jak piórko. Owinąłem swoją chustą, przycisnąłem do piersi. A w głowie myśl: co za matka mogła zostawić dziecko pod mostem?
Chrust musiałem porzucić. Całą drogę do domu dziewczynka milczała, tylko zlodowaciałymi palcami kurczowo trzymała mnie za szyję.
Gdy przyniosłem ją do domu, sąsiedzi już tam byli wieść w wiosce rozchodzi się szybko. Kasia pierwsza przybiegła:
„Boże, Józef, skąd ją masz?”
„Znalazłem pod mostem” odparłem. „Porzucona, widać.”
„A co z nią zrobisz?”
„Co? Zostawię u siebie.”
Sąsiadka Marysia pokręciła głową:
„Józef, oszalałeś? Skąd weźmiesz na nią jedzenie?”
„Bóg da, to i wyżywię.”
Najpierw rozpaliłem piec, przygotowałem ciepłą wodę. Dziewczynka była cała w siniakach, chuda jak patyk. Wykąpałem ją, owinąłem swoją starą bluzą dziecięcych ubrań w domu nie miałem.
„Chcesz jeść?”
Skinęła nieśmiało.
Nalałem jej wczorajszego barszczu, dałem chleba. Jadła łapczywie, ale starannie widać było, iż nie uliczne dziecko.
„Jak masz na imię?”
Milczała. Może bała się mówić, może nie umiała.
Położyłem ją w swoim łóżku, sam ułożyłem się na ławie. W nocy kilka razy sprawdzałem, czy śpi.
Nazajutrz poszedłem do sołtysa zgłosić znalezisko. Sołtys rozłożył ręce:
„Nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka. Może ktoś z miasta podrzucił”
„Co teraz?”
„Zgodnie z prawem do domu dziecka. Dziś zadzwonię do powiatu.”
Ścisnęło mnie w piersi:
„Poczekaj, Janie. Daj mi czas może rodzice się zgłoszą. A na razie zostanie u mnie.”
Sołtys westchnął:
„Józefie, dobrze się zastanów”
„Nie ma nad czym.”
Nazwałem ją Małgosią po mojej matce. Myślałem, iż może rodzice się odnajdą, ale nikt nie przyszedł. I dobrze przywiązałem się do niej całym sercem.
Na początku było ciężko prawie nie mówiła, tylko wodziła oczami po izbie. W nocy budziła się z krzykiem. Tuliłem ją, gładziłem po głowie:
„Już dobrze, córeczko, już dobrze. Teraz będzie dobrze.”
Ze starych ubrań uszyłem jej sukienki. Pomalowałem na różne kolory niezgrabnie, ale wesoło. Kasia, gdy zobaczyła, załamała ręce:
„Józef, masz złote ręce! Myślałam, iż tylko łopatą potrafisz władać.”
„Życie uczy i szyć, i niańczyć” odparłem, a sam byłem dumny.
Lecz nie wszyscy w wiosce byli tak życzliwi. Marysia, gdy nas widziała, żegnała się:
„To na dobre nie wyjdzie, Józefie. Podrzutka w domu nieszczęście. Pewnie matka ladacznica była, rzuciła. Niedaleko pada jabłko od jabłoni”
„Zamknij się, Maryś!” przerwałem. „Nie tobie cudze grzechy sądzić. Dziewczynka jest teraz moja, i koniec.”
Sołtys też narzekał:
„Józefie, może jednak do domu dziecka? Tam nakarmią, ubiorą.”
„A kto pokocha?” spytałem. „W domu dziecka sierot nie brakuje.”
Machnął ręką, ale potem pomagał mleko przynosił, kaszę.
Małgosia powoli odżywała. Najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania. Pamiętam, gdy pierwszy raz się zaśmiała spadłem ze stołka, wieszając firankę. Siedzę na podłodze, stękam, a ona śmieje się dzwoniąco. I











