No i cóż za przypadek, iż Ludmiła urodziła właśnie podczas zamieci. Przecież do terminu zostały jeszcze trzy tygodnie może śnieżyca by wtedy już ustała, mróz chwycił, można by spokojnie do szpitala jechać. Ale nie akurat teraz musiało się zacząć!
Choć szczerze mówiąc, to nie jej się tak spieszyło, tylko temu małemu, który w niej mieszkał. Robiło się mu ciasno, nie obchodziło go, iż od sześciu dni wieje i sypie.
W taką pogodę żadna taksówka nie dojedzie do wioski, drogi zasypane tak, iż miejscami człowiek po pas w śniegu grzęźnie. A śnieg jakby nie zamierzał przestać, sypie i sypie jakby na niebie wór mąki się przewrócił. Wyglądając przez okno wszystko śniegiem pokryte, biel tańczy w powietrzu. A jak trzeba nogę na podwórko postawić, to oczy aż szczypią, wiatr w twarz, śnieg w oczy ledwo coś widzisz.
No i w taką właśnie zamieć wybrał ten malec, żeby przyjść na świat.
Od rana Ludmiła czuła się nieswojo raz ciągnie ją coś w krzyżu, raz nagle senność nachodzi, położy się i zaraz wstaje wierci się, chodzi z kąta w kąt. Teściowa zauważyła:
Ludka, ty chyba rodzić zamierzasz, co tak się niepokoisz?
Nie wiem, mamo, ale jakaś dziwna jestem dziś.
Pokaż brzuch.
Teściowa nie za bardzo się znała na kobiecych sprawach teraz wszystko przy lekarzach, szpitale, położne. Dawne babki-znachorki odchodzą w niepamięć, nikt już nie uczy takiego fachu. U nas w wiosce została już tylko babcia Wanda, kiedyś były trzy takie staruszki.
Brzuszek masz niżej, Ludka. Mały się na świat wybiera.
Ale jak to, mamo? Przecież za wcześnie!
Tu już nie po naszemu Pan Bóg zadecyduje, dziecko.
Dziewczynie łzy stanęły w oczach: pierwszy raz rodziła, wszystko było nieznane, a tu nie miał jej kto wytłumaczyć. Teściowa też tylko jednego syna miała, i to już z dwadzieścia lat temu kilka pamiętała.
Ludka, pójdę po babcię Wandę. Tu na kuchence zostawię wiadro wody, jak się zagotuje wyłącz. Jak dasz radę to przygotuj czyste ręczniki, prześcieradła, wszystko wiesz gdzie. Tylko się nie przemęczaj, jak ci ciężko zostaw. Jak rodziłam Michała, Wanda kazała mi chodzić i głęboko oddychać mówiła, iż wtedy szybciej rozwarcie idzie. Zawiązując chustkę na głowie dodała: Po drodze wstąpię do Hanki, twojej mamy, przyprowadzę ją. Trzymaj się, kochana. Babcia Wanda zna się na rzeczy. Kiedyś przyjeżdżały do niej kobiety z sąsiednich wsi.
Ubrała się, wzięła trzonek od łopaty dla podparcia i znikła w śniegu i wichrze.
Ludmiła została sama. Strach jeszcze większy co jeżeli zacznie się już teraz a nikogo nie ma? Jak teściowa dotrze w taką zawieję? Jak mama nie przyjdzie? A ona? Co powinna robić oprócz chodzenia i oddychania? Ale jak tu oddychać, gdy boli tak, iż dech zamiera?
Ach, gdyby chociaż Michał był w domu, wsparłby, powiedziałby, iż wszystko się uda, a jak trzeba będzie przy niej. Ale zamieć odcięła drogę z miasta, ani autobusów, ani drogi choćby nie wie, iż zaraz urodzi mu się syn albo córeczka. A krzyż coraz bardziej boli…
I wtedy, drzwi zaskrzypiały wtoczyła się mama, w śniegu po uszy.
Córeczko! Ludmiło! Szwagierka mówiła, iż rodzić zaczęłaś.
Tak, mamo…
Już, już, przygotuję wszystko, mam suszone owoce zrobię kompot, napijesz się. Woda się zagotuje…
Po godzinie wróciła teściowa z babcią Wandą. Położna zwinna, pomarszczona staruszka zerknęła na przyszłą matkę i orzekła:
Do rana urodzisz.
Jak to do rana? jęknęła Ludka Przecież jeszcze choćby południa nie ma…
To były zwiastuny, kochana czasem kilka dni przed porodem się zdarzają. Ale teraz jest rozwarcie na pół palca. Na spokojnie, jutro urodzisz. Idę do domu.
Zostań, babciu Wando zaczęła błagać Ludka Z tobą mi raźniej.
Babcia Wanda, co widziała już niejedną rodzącą, westchnęła:
No dobrze, zostanę z wami. Jak mama spokojna, dziecko szybciej przyjdzie na świat.
Ludka nie wiedziała, iż te zwiastuny to jak pierwsze krokusy cieszą, ale krótko. Potem zaczynają się kwiatki, na które już wcale nie była gotowa.
Ból rozdziera, nie ma czym oddychać, nie może zrobić kroku ani się położyć, tylko czuje pulsującą falę cierpienia.
Teściowa z Hanią stały bezradnie, nie znały się na niczym chodziły z kąta w kąt. Położna przegoniła ich prasować pościel, żeby nie przeszkadzały.
Przed nocą na kręgu się uspokoiło. Babcia Wanda sprawdziła rozwarcie na cztery palce. Pierwszy raz, to i powoli idzie. Maluchowi ciężko, dziewczynie jeszcze trudniej sił już nie ma. Jak na chwilę skurcze ustąpiły, choć trochę zjadła. Babcia Wanda ułożyła ją spać, by nabrała sił.
Za oknem zamieć wyła jeszcze mocniej, aż ściany się trzęsły.
O czwartej nad ranem Ludka zerwała się. W ciemności słychać było chrapanie babci Wandy.
Panie Boże, pomóż szepnęła, patrząc na ikonę Matki Boskiej niech już rodzi się dziecko.
I znowu: ból, jakby świat się kończył. Babcia Wanda spojrzała, oceniła: jeszcze tylko do pięciu palców, długo to trwa, ale to normalne za pierwszym razem.
Gdy na dworze szarość świtu przełamała noc, Ludka była wykończona: koszula mokra, oczy zgaszone, włosy splątane.
Troszeczkę jeszcze mówi położna już przychodzi twoje dziecko.
Babulciu, pomóż, pomóż mi babciu! jęknęła Ludka.
Ludmiłka, co ty, jakiej babuni wołasz? spytała zatroskana mama. Nikt tu nie śni się, tylko ty tak mówiłaś na prababcię. Babulą zowie ją od dziecka, bo nie mogła wyrazić babcia. A babcia Zosia najbardziej na świecie ją kochała pierwsza prawnuczka, sama miała tylko synów.
Ludka, już widzę czubek główki. Wytrzymaj, dociśnij jeszcze raz. Oddychaj ze mną: puf-puf-puf… zachęca babcia Wanda.
Krzyczy Ludka, ze wszystkich sił, pręży się, oddycha i znów krzyczy.
Babulciu, pomóż, nie dam rady już… wyszeptała i urodziła synka, prosto w pomarszczone dłonie babci Wandy.
Może to ostatni, którego odbieram pomyślała tamta z uśmiechem do nowego życia. Położyła malca ostrożnie na brzuchu Ludki.
Synek, Ludmiłko, synek! Patrz, jaki ładny chłopczyk ci się urodził. Jaki głosik pewnie prezes będzie, wszyscy wokół niego zatańczą.
Ludka płakała ze szczęścia, całowała jego maleńkie palce. Jak takie cudowne stworzenie mieściło się w niej? Ach, szkoda, iż Michała nie ma przy niej, zobaczyłby ich najpiękniejszego synka na świecie.
Jędruś, mój Jędruś szeptała.
Jędruś? zdziwiła się teściowa Mówiłaś, iż będzie Jakub!
Ale jak może być Jakub, skoro on jest Andrzej? uśmiechnęła się Ludka Andrzej Michałowicz.
Babcia Wanda skończyła, zebrała się do domu umęczona. Choć to radosne, przywitać nowe życie, sił zabiera ogrom. Teraz jej też by się drzemka przydała, tylko jak przez ten śnieg wrócić?
Ludka z synkiem zasnęli, Hania też do domu się zbierała całą dobę jej nie było. Owinęła się chustą po same oczy, pożegnała cicho ze szwagierką i wyszła.
Patrz no, zamieć cichnie, śnieg już nie frunie płatkami, tylko drobną kaszą sypie może zaraz przestanie wcale. Dobrze, może zięć jutro wróci z miasta. Już prawie pod domem.
A wejdę do Babuli pomyślała ucieszę ją. Może czego jej potrzeba, może chleba nie ma, choć ostatnio przynosiłam, a babcia Zosia je malutko.
Babcia Zosia, prababcia Ludki, mieszka dwa domy dalej, stara już, w lipcu skończy dziewięćdziesiąt trzy. Od lat sama, do nich wprowadzić się nie chce, cicho-szara radzi sobie z gospodarstwem, a oni pomagają, przynoszą jedzenie.
Z trudem otworzyła furtkę widać, iż wczoraj przyszedł Aleksy, mąż, bo łopata stoi oparta o płot. Zgarnęła śnieg do drzwi, zamieciła próg, weszła do domu.
Babciu Zosiu, babciu! wołała, tupiąc i strzepując śnieg. Głośno, bo babcia prawie nie słyszy. Babciu Zośka, to ja, Hania, przyszłam się tobą zająć.
Cisza, nikt nie odpowiada, pewnie śpi babcia, szkoda wybudzać. Zdjęła kożuch, zdjęła walonki, weszła do sieni, a tam…
Leży Babcia na łóżku, dłonie złożone na piersiach, ubrana w wszystko czyste. Hania od razu zauważyła tej sukienki nigdy nie widziała, a na głowie nowiutka chusta. Podeszła, otarła łzę, zamknęła babci powieki.
Patrzy na komodzie zdjęcie Ludki, obok ikona św. Andrzeja i niedopalone świeczka.
Dziękuję babciu, pomogłaś Ludce urodziła synka. Nazwała go Andrzejem. Ale ty to wszystko już sama wiesz, Babciu pocałowała ją w pomarszczony policzek dziękuję ciW izbie przez chwilę panowała cisza ciepła, przyjazna, jakby babcia Zosia jeszcze przez ten moment czuwała nad wszystkim: nad wnuczką śpiącą u boku synka, nad Hanią stojącą w ciszy przy łóżku, nad śniegiem za oknem, który układał się w miękką, białą pierzynę.
Za ścianą zegar z kukułką odezwał się cicho, odmierzając czas, który idzie naprzód, niby zwyczajnie, a przecież już w zupełnie innym domu jednym życiem mniej, drugim więcej. Na podwórku ślady jeszcze świeże i od sanek, i od ludzkich stóp wiodły do wszystkich drzwi: do porodowej izby, do cichej sieni, gdzie nastało rozstanie.
Hania przykucnęła obok łóżka, otuliła babcię pledem, aby nie była jej zimno po tej wielkiej drodze. Przy komodzie postawiła świeżą świeczkę niech płonie, dopóki nowy dzień się nie rozpocznie na dobre. Z okna widać było, iż zamieć już ustąpiła, chmury rzedną, a w powietrzu świta coś świeżego, czystego jakby pod śniegiem kryło się nowe życie.
I wtedy Hania zrozumiała: stara babcia nie odchodziła sama, w tej śnieżnej godzinie była bardzo potrzebna. Ostatni raz pomogła jak zawsze przez całe życie: cicho, z oddania, lekko jak płatek śniegu. A kiedy nowy Andrzej przyszedł na świat, babcia Zosia mogła spokojnie odejść, pewna, iż wszystko toczy się dalej, tak jak powinno.
Hania uśmiechnęła się przez łzy, patrząc na zdjęcie obu kobiet młodej i starej, które od dzisiaj będą strzegły siebie nawzajem, jedna na ziemi, druga już z góry. I pomyślała z wdzięcznością: Tak zaczyna się nowe, kiedy stare odchodzi w spokoju; jak śnieg topnieje po cichu, a pod nim czeka już wiosna.
Po raz pierwszy od wielu dni w domu zrobiło się tak cicho i lekko, jakby ktoś uchylił drzwi, by wpuścić świeży podmuch i pachniało chlebem, i choć trochę łez ziemia musiała przyjąć, świat stawał się odważniejszy, gotowy na nowe imię wpisane w rodzinny rodowód.
A wiatr, jakby wiedział, poszedł spać za stodołę.




