I akurat Ani zachciało się rodzić podczas śnieżnej zamieci! Przecież według terminu miała jeszcze trzy tygodnie chodzić, a wtedy może i zawieja by przeszła, mrozik złapał, można by spokojnie do szpitala pojechać. Ale nie, teraz musiało jej się zachcieć!

newsempire24.com 3 godzin temu

I tak to się stało, iż Zosię dopadło rodzenie właśnie podczas śnieżycy. Według terminów miała jeszcze trzy tygodnie, a może i tak by się zdarzyło, iż wichura by ucichła, mróz przyszedłby, można by było spokojnie jechać do szpitala. Ale nie, to dziecko wymarzyło sobie teraz!

Choć tak naprawdę to nie Zosia sama zdecydowała, tylko ten, kto mieszkał w jej brzuchu. Maluch się spieszy, ciasno mu w środku, a iż na zewnątrz zadymka szaleje szósty już dzień, to nieważne.

W taką pogodę żadna taksówka ani pogotowie nie dojedzie do tej podlaskiej wsizasypane tak, iż niektórzy po pas zapadają się w śniegu. A śnieg nie przestaje sypać, jakby się jakiś boski wór mąki rozpruł nad całą Polską. Przez okno tylko biel i wirujące płatki. A jak wyjść do wychodka trzeba, to oczu nie da się otworzyć: wiatr jak igły, śnieg zaraz w twarz.

I w takiej zamieci wymyśliło się temu dziecku przyjść na świat.

Rano Zosię coś kłuło to w krzyżu, to w brzuchu, chciałaby się położyć, ale i leżeć nie może, wstaje i chodzi bez celu. Teściowa, pani Helena, ledwie zauważyła ten rozgardiasz:

Zosiu, rodzić zamiarujesz? Dlaczego się tak miotasz?
Sama nie wiem, mamo, ale niespokojnie mi jakoś.
Daj, zobaczę twój brzuch.

Helena nie znała się za bardzo na kobiecych sprawach, teraz to wszystko lekarze robią, szpital i te rzeczy. Kiedyś to babki-porodowe chodziły po wsiach, teraz już tylko pani Jadwiga została, kiedyś ich trzy tu było.

Brzuszek ci się obniżył, Zosiu. Dziecko rodzić chce.
Ale jak to, mamo? Za wcześnie przecież!
Tego się nie wybierze, córciu; Pan Bóg zdecyduje.

Zosi łzy w oczach stanęłypierwszy raz rodzi, wszystko straszne i nieznane, nikt nie wytłumaczy. Teściowa trzydzieści lat temu rodziła, tylko raz i też kilka pamięta.

Zosiu, idę po babę Jadwigę. Tu masz garnekjak woda zawrze, wyłącz. Ile sił masz, wyjmij ręczniki, czyste prześcieradła, wiesz, gdzie są. Tylko się nie forsuj, jak ciężko cinie rób. Pamiętam, jak Michała rodziłam, babka Jadwiga kazała chodzić. Mówiła: chodź od ściany do ściany i oddychaj głęboko. Szybciej się wtedy wszystko rusza, zarzuciła chustę i dodała, Po drodze zajdę jeszcze do Anny, do twojej mamy. Trzymaj się, dziewczynobabka Jadwiga zna się lepiej niż kto w okolicy, zjeżdżały do niej kobiety ze wsi całej.

Helena ubrała się, złapała szczotkęłatwiej się nią podpierało w śniegui zniknęła za drzwiami w zawiei.

Zosia została sama. Jeszcze bardziej się bałaco, jeżeli zacznie rodzić, a nikogo? Jak teściowa dojdzie przez taki zamieć? jeżeli mama nie dotrze, choć trudno sobie wyobrazić, żeby nie dotarła?

Ale najgorsze, iż nie wie, co robić. Tylko jedno: musi chodzić i oddychać. Ale jak oddychać, kiedy czasami nagle taki ból chwyta, iż oddech staje w piersi jak zamrożony?

I nie ma przy niej Michałamęża, co by powiedział, dasz radę, jestem z tobą, będzie dobrze. Przez tę nieszczęsną zamieć choćby z miasta nie może wrócić, ani autobus, ani żadna droga dostępna. choćby nie wie, iż lada dzień będzie miał córeczkę albo synka. O jej biedny kręgosłup!

W klubach śniegu do domu wpadła mama, Anna.

Córeczko! Zosieńko! Helena mówiła, iż rodzić się zbierasz.
Tak, mamo…
Już do ciebie jestem, kochanie, zaraz… Mam dla ciebie suszone owoce, zaraz zaparzę, skosztujesz kompotu. Trzeba zagotować wody…

Po niedługim czasie wróciła Helena z babką Jadwigą. Położnamizerna, szybka staruszkaobejrzała Zosię i wyrok wygłosiła:

Do rana się urodzi.

Jak to do rana? jęknęła Zosia Jeszcze choćby południa nie ma, a mnie już wczoraj zaczęło pobolewać…
Kochana, to były pierwsze symptomy. Czasem choćby kilka dni przed porodem się zaczynają. Teraz się dopiero wszystko rozkręca, rozwarcie na pół palca dopiero. Nie spiesz się, dziewczyno, jutro rano będziesz mamą. Wracam do siebie.

Babciu Jadwigo, zostańcie poprosiła Zosia tylko wy tu wiecie co robić, przy pani mi lepiej.

Stara położna, co przez życie setki porodów widziała, ulitowała się:

No, dobrze. Zostanę u was. Kiedy matka spokojna, dziecku też lepiej przyjść na świat.

Zosia nie wiedziała, iż mają te pierwsze symptomy taki sam żywot, jak przebiśniegimiłe, ale krótkie. Zaraz potem przychodzą “kwiatuszki”, do których zupełnie nie była gotowa.

Ból taki, jakby wszystko w środku się rozdzierało, nie wziąć oddechu, ni kroku nie zrobić. Stojącniewyobrażalny ból, leżącni grama sił, jest tylko ból.

Helena z Anną nie wiedzą, co począć, ani pomóc, ani zostawić, chodzą z kąta w kąt, lamentują, Zosię żałują. Babka Jadwiga odesłała je prasować pościel, żeby nie przeszkadzały w izbie.

Nocą wszystko przycichło. Babka Jadwiga spojrzała: na cztery palce otwarte. Powoli to idziepierwszy poród, to i drogi nierozdeptane, dzieciątku ciężko. Zosi jeszcze trudniej, brak tchu, brak sił. Jak na chwilę bóle ustąpiły, coś tam zjadła. Położna położyła ją do snu, by choć trochę odpoczęła.

A zawieja jakby jeszcze mocniej świszczała za oknem, szron na szybach rył fantastyczne kwiaty.

O czwartej nad ranem podskoczyła Zosia, ciemno, babka Jadwiga pochrapuje na fotelu.

Boże, pomóż mi, wyszeptała Zosia, odwracając się do ikon na ścianie niech moje dziecko gwałtownie się urodzi.

I znów zaczęło się wszystko od nowaból taki, iż świat znika. Babka Jadwiga zerwała się, sprawdziła Zosię: tylko pięć palców. Długo to jeszcze… ale pierwszy raz bywa jeszcze dłużej. Przetrzyma.

Kiedy na zewnątrz zaczęło szarzeć, Zosia była już wykończona, koszulka przyklejona do ciała, włosy splątane.

Jeszcze odrobinkę, mówi cicho babka Jadwiga, dzieciątko już blisko.
Babciu… pomóż mi… babciu, pomóż, babciu!

Zosiu, kochanie, nie ma tu babci, my tu jesteśmy! przestraszyła się mama Czy ci się przewidziało? Babcią ona swoja prababę zawsze nazywa, wyjaśniła Anna maleńka “babcia” nie umiała powiedzieć i tak do dziś jej mówi. Bacia Zofia ją najbardziej kochała, pierwsza prawnuczka, a sama tylko synów miała.

Zosiu, już czubek główki widać. Dasz radę, jeszcze raz! Oddychaj razem ze mną… pfuuuf, pfuuuf babka Jadwiga oddycha razem z nią.

Zosia krzyczy z ostatnich sił, napina się, oddycha, znów krzyczy.

Babciu, pomóż, nie dam już rady! jęknęła i dziecko przyszło na świat, prosto w chude, pomarszczone dłonie babki Jadwigi.

“Może to ostatnie, które odbieram” pomyślała położna, uśmiechnęła się do nowego życia. Delikatnie położyła synka Zosi na jej brzuchu:

Chłopczyk, Zosieńko, chłopczyk, szepnęła patrz jaki śliczny synek ci się urodził. A jaki donośny, pewno prezesem będzie, wszyscy wkoło niego tańczyć będą.

Zosia płacze ze szczęścia, malutkie paluszki całuje. Jakim cudem tyle cudów mieściło się w jej wnętrzu? Szkoda tylko, iż Michała obok nie ma, zobaczyłby synka, najpiękniejszego na świecie.

Wojtuś, mój malutki Wojtuś, szeptała.
Jak to Wojtuś? zdziwiła się teściowa Nie mówiłaś przypadkiem, iż jeżeli chłopczyk, to będzie Janek?
Jaki tam Janek, skoro widać, iż Wojciech! uśmiecha się Zosia Wojciech Michałowicz.

Babka Jadwiga swoje dokończyła, zmęczona bardzo pakowała się do domu. Choć narodziny to radość, ale ile to sił odbiera. Teraz i jej wypocząć musbyleby tylko przedrzeć się przez śniegi.

Zosia z synkiem zasnęli, Anna również szykowała się do domudobę jej nie było. Owinęła się chustą aż po oczy, pożegnała się po cichu z Heleną i wyszła na zewnątrz.

Patrzy, a burza śnieżna już łagodnieje, śnieg sypie się drobnym kaszlem, może i całkiem przestanie. I Michał lada dzień wróci. Jeszcze kawałek do domu.

“Zajdę do Babci Zofiipomyślałapoopowiadam jej o Wojtusiu. Może czegoś jej trzeba, może chleba brakło, choć przecież zanosiłam jeszcze przedwczoraj, babcia je niewiele.”

Prababcia jej męża, Zosi prababka, mieszkała dwa domy dalej, dziewięćdziesiąt trzy lata miała. Od dawna sama, przeprowadzić się nie chciałacichutko, powolutku wszystko jeszcze sama robiła, ale oni blisko, karmili, pomagali.

Przedarła się przez śnieg, furtkę ledwie otworzyła, po wczorajszym widać Michał szedłłopata przy ogrodzeniu. Odsnieżyła drogę do drzwi, weszła.

Babciu Zofio, Babciu Zofio!zawołała, tupiąc nogami, sypiąc śnieg na podłogę. Trzeba głośno, bo słuch już nie ten. Babciu Zofio, to ja, Ania, przyszłam sprawdzić, czy wszystko dobrze.

Cisza, babcia spała. Z żalem pomyślała, iż ją obudzi. Otarła chustkę, zdjęła buty, weszła do przedsionka, a tam…

Na łóżku leżała Babcia Zofia, ręce na piersi, ubrana w najczystsze ubranie. Od razu to zauważyła, bo nie znała tej sukni, chustka biała jak śnieg, chyba nowa. Podeszła, otarła łzę, zamknęła powieki staruszce.

Obok na szafce zdjęcie Zosi, maleńka ikona św. Wojciecha i resztka świeczki.

Dziękuję, Babciu, pomogłaś Zosi. Synek się urodził. Nadała mu imię Wojciech. Ale ty przecież wszystko już wiesz, Babciu… pocałowała jej pomarszczony policzek, dziękuję ci…

Idź do oryginalnego materiału