I przyszło tej Zosi rodzić właśnie podczas zamieci śnieżnej. Przecież według wyliczeń miała jeszcze trzy tygodnie chodzić z brzuchem, a wtedy, kto wie, może śnieżyca już by ustała, mróz przyszedłby i można by jechać do szpitala. Ale nie, właśnie teraz się zdecydowało!
Szczerze mówiąc, nie to Zosia się właśnie uparła, tylko ten maluch w niej mieszkający. Śpieszyło mu się, zrobiło się ciasno, a to, iż zamieć już szósty dzień szaleje, nie robiło mu żadnej różnicy.
W taką pogodę ani jeden samochód do wioski nie podjedzie, drogi zasypane po łydki, niekiedy po pas. A śnieg nie przestaje sypać, tylko leci i leci, jakby ktoś na górze rozsypał worek mąki. Spojrzysz przez okno biało, wszystko tonie pod białym, wirującym puchem. A gdy już musisz wyjść na podwórko, to oczy zamykasz mimowolnie wiatr kąsa twarz, śnieg cię niemal oślepia.
To właśnie podczas takiej zamieci dzieciak postanowił przyjść na świat.
Od rana Zosia czuła się nieswojo, raz ciągnęło ją w krzyżu, raz by znowu się położyła, a gdy się już położysz, snujesz się z kąta w kąt, miejsca znaleźć nie możesz. Teściowa, pani Maria, zauważyła jej niepokój:
Zosiu, ty chyba rodzić się wybierasz? Co tak się miotasz?
Nie wiem, mamo, ale jakoś niespokojnie mi.
Zobaczę ten brzuch.
A pani Maria nigdy w tych kobiecych sprawach się nie orientowała teraz wszystko robią lekarze, szpitale, to już dawno wiedza babek-przyśpieszaczek poszła w zapomnienie. W całej wiosce tylko jedna jeszcze została, a za młodu były trzy takie babki.
Coś mi się wydaje, Zosiu, iż brzuch opadł. Maluch już chce na świat.
Ale jak to, mamo? Przecież za wcześnie!
To już nie od nas zależy, córeczko. Jak Pan Bóg zdecyduje, tak będzie.
Zosi łzy napłynęły do oczu pierwszy raz rodzi, nie wie co ją czeka, nikomu nie wytłumaczy, bo i jak. Teściowa sama tylko syna jednego rodziła, to już dwa dziesiątki lat minęło, kilka pamięta.
Zosiu, pójdę po babcię Weronikę. Tutaj garnek na piecu zostawię, jak woda się zagotuje, wyłącz. Jak dasz radę, przygotuj czyste ręczniki, prześcieradła. Wiesz gdzie są, wszystko miej pod ręką. Ale się nie spiesz, jak ciężko, to nic nie rób. Gdy rodziłam Michała, babcia Weronika kazała mi chodzić. Mówiła: chodź tu i tam, oddychaj głęboko szybciej wtedy wszystko się zaczyna, dodała, zarzucając chustę na ramiona Po drodze wstąpię do Joanny, twojej mamy, zawołam ją. Trzymaj się, dziewczynko, babcia Weronika naprawdę potrafi przyjmować dzieci, do niej z innych wsi przyjeżdżali, każda chciała, by to ona odebrała dziecko.
Powiedziawszy to, pani Maria ubrała się, wzięła trzonek od łopaty, by łatwiej iść, i wyszła w zamieć.
Zosia została sama. Jeszcze większy strach ją ogarnął a co jeżeli zacznie rodzić już teraz, a nikogo nie będzie? W taką zawieję, jak teściowa przejdzie? A jak mama nie dotrze, chociaż co miałoby ją powstrzymać?
I co tu robić? Tylko pamiętała, żeby chodzić i oddychać. Ale jak oddychać, skoro nieraz tak ciągnie, iż aż tchu złapać nie można?
Ech, a Michała nie ma przy niej, żeby dodał otuchy, przytulił, powiedział, iż wszystko się uda. Przez tę przeklętą zamieć nie może wrócić z miasta do domu, nie ma autobusów, drogi też nieprzejezdne. choćby nie wie, iż zaraz zostanie ojcem.
Oj, jak te plecy ciągną!
Nagle w sieni zaszurało, mama Zosi, Joanna, wpadła objuczona śniegiem.
Córuś! Zosieńko! Stryjenka mówiła, iż już rodzić się będziesz.
Tak, mamo.
Zaraz, kochanie, zaraz ci pomogę. Zabrałam suszone jagody, zaraz zaparzymy kompot, wody trzeba zagotować
Po godzinie zjawiła się teściowa z babcią Weroniką. Stara, niewysoka, sprytna kobieta obejrzała Zosię i orzekła:
Do rana urodzisz.
Do rana? Zosia aż jęknęła Przecież jeszcze choćby nie obiad, wczoraj dopiero zaczęło mnie ciągnąć.
Oj dziewczyno, to zapowiedzi były. Tak czasem na parę dni przed porodem się zaczyna. Teraz już otwiera się, ale ledwo palec. Nie spiesz się, kochana, jutro urodzisz. Ja pójdę do domu.
Babciu Weroniko, zostań poprosiła Zosia tylko pani potrafi się wszystkim zająć, spokojniej mi, jak pani jest blisko.
Doświadczona babcia, która niejedno dziecię odbierała, wzruszyła się:
Dobrze, zostanę trochę. Jak matka spokojna, to i dziecku łatwiej przyjść na świat.
Zosia nie wiedziała, iż te przedsmaki niczym przebiśniegi gwałtownie cieszą i równie gwałtownie znikają. Potem zaczynają się już prawdziwe kwiatki, do których kompletnie nie była przygotowana.
Ból taki, jakby ją od środka rozrywali, nie sposób złapać oddechu, ani kroku zrobić. Leżeć sił nie ma, chodzić też ciężko, wszystko przepełnia tylko ból.
Teściowa z Joanną biegają z kąta w kąt, współczują, ale pomóc nie umieją. Babcia Weronika kazała im prasować pościel, żeby nie przeszkadzały.
W nocy zrobiło się cicho. Babcia sprawdziła otwarcie na cztery palce. Idzie powoli, pierwszy poród, wszystko jeszcze nieprzetarte, trudno i dziecku, i Zosi. Sił coraz mniej. Gdy skurcze na chwilę ustają, zdołała trochę zjeść. Babcia Weronika ułożyła ją do snu, by choć trochę sił nabrała.
A zamieć jakby tylko się nasiliła.
Zosia zerwała się o czwartej nad ranem, ciemno, obok babcia Weronika pochrapuje.
Boże, pomóż szeptała odwracając się do obrazków z Matką Boską niech już gwałtownie maluszek się urodzi.
I zaczęło się od nowa, ból tak silny, iż przed oczami ciemno. Babcia Weronika spojrzała pięć palców ledwie. Długo ale przy pierwszym dziecku nieraz bywa dłużej. Poradzi sobie.
Gdy za oknem świtało, Zosia była już całkiem wyczerpana, koszula przylepiała się do ciała, oczy zamglone, włosy w nieładzie.
Jeszcze chwileczkę mówi babcia już zaraz będzie przy tobie.
Babciu, pomóż, babciu! Zosia jęknęła Babciu, pomóż, nie dam rady…
Zosiu, co ci? zaniepokoiła się matka tu nie ma żadnej babci, zwiduje ci się? Babcią ona nazywała swoją prababcię, wyjaśniła cicho jak była mała, nie umiała wymówić babcia, tylko babunia, i tak już zostało. Babcia Zofia najbardziej kochała Zosię spośród prawnuków bo pierwsza prawnuczka, a ona miała tylko synów.
Zosiu, już widać główkę! Zaczekaj, dziewczyno, jeszcze raz popchnij. Tak pu-pu-pu! oddycha razem z nią Weronika.
Zosia, krzycząc i jęcząc, jeszcze raz mobilizuje ostatnie siły, oddycha głęboko i wreszcie rodzi synka, którego Weronika łapie w swoje pomarszczone dłonie.
Może to ostatnie dziecko, które odbieram, pomyślała staruszka, uśmiechając się do nowego życia. Położyła maleństwo na brzuch Zosi:
Chłopiec, Zosiu, chłopiec szepcze popatrz, jaki piękny ci syn się urodził. Jak głośno krzyczy, pewnie prezes z niego będzie!
Zosia płacze ze szczęścia, całuje malutkie paluszki. Jak to się mogło zmieścić w niej takie cudowne stworzenie? Ach, żal, iż Michała nie ma przy niej, zobaczyłby, jakiego mają ślicznego syna, najlepszego na świecie.
Piotruś, mój Piotruś szepcze.
Jak Piotruś? zdziwiła się teściowa przecież mówiłaś, iż jak chłopak to będzie Błażej.
Jaki tam Błażej, jeżeli to przecież Piotr! uśmiechnęła się Zosia Piotr Michałowicz.
Babcia Weronika dokończyła swoje i zbierała się do domu, zmęczona, choć szczęśliwa to radosna służba, choć wyczerpująca. Teraz tylko przejść przez zamieć…
Zosia z synkiem zasnęły, Joanna też już szykowała się wracać cały dzień nie była w domu. Owinęła się szczelnie chustą, pożegnała się cicho ze szwagierką i wyszła na dwór.
Patrzcie, a zamieć już ustaje: śnieg już nie pada płatkami, tylko drobną kaszą, może niedługo przestanie zupełnie. I Michał wróci za dzień, dwa. Już kawałek do domu tylko został.
A może zajrzę do Babuni pomyślała ucieszę ją dobrą nowiną. Może czegoś brakuje? Chleba dawno nie zanosiłam, choć ona mało je.
Babcia męża, prababcia Zosi, mieszkała dwa domy dalej, stara, 93 wiosny jej latem stuknie. Długo już sama, do nich nie chce się wprowadzić cichutko, pomału radzi sobie z domem, a oni zawsze są blisko, pomagają, dożywiają.
Ledwo furtkę otworzyła, wczoraj musiał być tu jeszcze Leszek, mąż, bo łopata stała pod płotem. Odśnieżyła ścieżkę do drzwi, zamieść kurz z ganku, weszła do środka.
Babciu Zosiu, babciu Zosiu woła, tupiąc i strzepując śnieg. Głośno trzeba było krzyczeć, bo staruszka słabo już słyszy Babciu Zosiu, to ja, Asia, przyszłam zobaczyć, jak się masz.
Nikt nie odpowiada, babcia śpi może… Weszła, zdjęła kożuch, zdjęła walonki, przeszła dalej i…
Babunia leżała na łóżku, ręce na piersi skrzyżowane, sama ubrała się w czyste rzeczy. Od razu Asia zobaczyła, iż tej sukienki wcześniej nie widziała, a chusta na głowie bielusieńka, nowa. Podeszła bliżej, otarła łzę, przymknęła powieki staruszce.
Na szafce zdjęcie Zosi, obok obrazek św. Mikołaja i kończąca się świeca.
Dziękuję ci, Babuniu, pomogłaś naszej Zosi. Urodziła synka. Piotrem go nazwała. Ale ty wiesz sama, Babuniu przytuliła się do pomarszczonego policzka dziękuję…








