Jabłka na śniegu… Na naszym przysiółku, zaraz przy skraju starego boru, tam gdzie świerki niebo …

newskey24.com 8 godzin temu

Jabłka na śniegu…

Na naszym Przedmieściu, na samym brzegu starego boru, tam gdzie świerki podtrzymują niebo, a choćby w dzień panuje półmrok od igliwia, mieszkał sobie Jan Ilicz Zawadzki. Facet był twardy jak skała.

Całe życie przepracował w nadleśnictwie, znał każde drzewo w okolicy, każdy wąwóz, każdą jamę lisia, każdą dziką ścieżkę. Łapska miał ogromne, jak łopaty, szorstkie i wiecznie zabrudzone żywicą, która wrosła w skórę na dobre, a serce… Serce wydawało się być wyrzeźbione z tego samego starego dębu mocne, pewne, ale twarde, nieugięte.

Z żoną Antoniną przeżyli razem trzydzieści lat. Ludzie mówili pięknie się razem prezentują. Wieczorami siadałem czasem pod oknem ich domu, a oni na ganku Jan cicho brzdąkał na harmonii, a Antonina podśpiewywała, tak im się to zgrywało, iż człowiek potrafił zaniemówić. Ich dom zawsze był zadbany okiennice wyrzeźbione, błękitne jak oczy Antoniny, ogródek pełen floksów, na grządkach równo, ani śladu chwastów, wszystko pod linijkę.

Pamiętam, jak sadzili sad jabłoniowy. Jan kopał dołki, odwracał czarną, ciężką ziemię, a Antonina trzymała chude drzewka, rozprostowywała korzenie delikatnie jak włosy dziecku, i szeptała: Rośnijcie, kochane, rośnijcie słodko, na pociechę dzieciom naszym. A Jan spoglądał, ocierał pot z czoła, uśmiechał się takim światłem, jakiego potem nigdy już u niego nie widziałem. Ten sad wyrósł wspaniale, każdą wiosnę zakwitał chmurą bieli, jesienią jabłek bywało tyle, iż zapach czuło się na cały kilometr chrupiące, soczyste.

Jednak Bóg zabrał Antoninę za wcześnie. Zgasła od choroby w trzy miesiące, uschła jak łodyżka na słońcu, cicho odeszła we śnie, trzymając męża za rękę. Jan ściemniał z żalu, łez jednak nie uronił mężczyzna nie może przecież! Tylko zgrzytał zębami, aż mu twarz twardniała, posiwiał w jedną noc, biały jak gołąb.

Został Jan z późną córką, Hanią. Stała się dla niego promykiem w oknie. Jedyną rzeczą, która zatrzymywała go na tym świecie, w tej leśnej pustce. Jan ją wręcz uwielbiał, dmuchał i chuchał, ale po swojemu, z surowością niedźwiedzia. Ostry był, nie pozwalał na zbyt wiele, strzegł przed całym światem, choćby przed wiosennym wiatrem. Panicznym strachem ogarnięty, na samą myśl, iż i ona mogłaby odejść, zostawić go jak matka. Ten zwierzęcy niepokój go zgubił. Zaczęło się nadopiekuńczość, nie spuszczał jej z oka.

– Ty, Haniu, jesteś moją nadzieją mawiał, gładząc ją po głowie wielką dłonią. Wyrośniesz na dobrą gospodynię, dom ci zostawię. Nigdzie cię nie puszczę, tu jest nam dobrze. Po co ci ten świat? Oszukają, skrzywdzą, wilki tam chodzą w ludzkiej skórze.

Dziewczyna rosła aż miło patrzeć. Warkocz złoty, ciężki, gruby jak pięść, do samego pasa, oczy jak wiosenne niebo, niebieskie, ojcowskie. A głos! Gdy stanęła za wsią i zaśpiewała pieśń ojczystą, przeciągłą ptaki milknęły, kosiarze przerywali koszenie, słuchali oniemiali.

Kobiety płakały, mówiły: W matkę ta Hanka poszła, jeszcze lepszy głos ma! Talenty od Boga dostała, rzadki dar. Marzyło się Hani zostać śpiewaczką, wyjechać do miasta, zdawać do Akademii Muzycznej. Czytała nuty, słuchała zdartego radia, rozczytywała się w książkach o muzyce.

A Jan? Po wiejsku, po swojemu z ostrożnością i prowincjonalną przekorą powtarzał: Gdzie się urodziłeś, tam się przydasz. On miasta bał się jak ognia, uważał je za potwora, co wszystko pożera.

– Nie puszczę! grzmiał czasem do niej, aż talerze brzęczały w kredensie. Pójdziesz do mleczarni, za Michała rolnika cię wydam, chłopak pracowity, chałupę buduje, dzieci rodzić będziesz, jak wszystkie porządne kobiety! Artystką, ha, też coś! Wstyd tylko taki!

Aż któregoś październikowego, mokrego dnia, przydarzył się przełom. Hania, cicha i posłuszna dotąd, postawiła się. Spakowała walizkę i ruszyła do drzwi. Jan jak opętany zaczął wrzeszczeć, tupać, złorzeczyć.

– Pójdziesz nie masz ojca! wykrzyczał. I domu nie masz! Nie wpuszczę!

A gdy wyszła na deszcz, nie patrząc za siebie, Jan chwycił siekierę i z całej siły wbił ją w schody ganku. Wióry poleciały jak krew.

– Nie mam córki! wychrypiał w pustkę. Umarła!

Minęło dwanaście lat. To dużo, całe życie. Po każdej zimie przychodziła wiosna, dzieci z wioski dorastały, jedne do wojska, innym przyszło się żenić, mieli już swoje rodziny. A dom Jana stał jak pomnik smutku. Sad zdziczał, zarósł wilczymi odrostami, gałęzie splątały się jak splecione palce. Farba z okiennic odprysła, próg się zapadł, a ta siekiera zgniła tak, iż została po niej tylko rdza.

W zeszłym listopadzie chwyciły mrozy, ostre i nagłe. Śniegu jeszcze brak, ziemia czarna i twarda jak stal, a termometr wskazywał już minus dwadzieścia pięć.

Wracałem późnym wieczorem od chorego, patrzę u Jana nie dymi z komina. W taki mróz to zły znak.

Coś mi serce ścisnęło. Niedobrze. Podszedłem, furtka otwarta. Azor, stary pies, choćby nie wyszedł z budy, tylko skomlał i machał ogonem.

Wchodzę w domu zimniej niż na dworze, grobowa atmosfera. Woda w wiadrze zamarznięta na kość. W środku pachniało ciężko niedomytym starcem, starymi lekarstwami i beznadzieją.

Jan leżał pod kożuchem, trząsł się, aż łóżko drżało, szczękał zębami.

– Janek! zawołałem Co ty wyprawiasz?

Otworzył oczy, przekrwione, mętne. Nie poznał mnie.

– Tośka… szepnął, żonę zawołał. Tośka, zimno… Haneczka gdzie? Dlaczego nie śpiewa? Powiedz jej, niech zaśpiewa Lipkę…

– Majaczy od razu poznałem. Zapalenie płuc. Koniec blisko.

Tej nocy nie odszedłem. Zostałem przy nim, pilnowałem. Rozpaliłem piec, rozgrzałem izbę, choć najpierw trochę zadymiło. Podałem zastrzyki. Jan jęczał przez sen, kulił się na łóżku. W delirium cały czas wołał córkę:

– Haneczko, wracaj… Nie chodź do lasu, tam wilki… Nie puszczę… Wybacz… Przecież cię kochałem…

Siedziałem przy nim, dziergałem skarpetkę i płakałem. Tyle nieszczęśliwej miłości w tym twardym chłopie, tyle bólu, który sam sobie wyhodował, kochając na swój sposób ciasno, na zamek.

Nad ranem kryzys przeszedł. Spocił się okropnie, temperatura spadła.

Otworzył oczy już przytomne, ale żałosne, jak u bitego psa.

– Władek… wychrypiał cicho Ja ją czekałem. Codziennie czekałem. Rano patrzyłem w okno, wieczorem nasłuchiwałem furtki.

– Wiem odpowiedziałem, poprawiając kołdrę. Pisywała do ciebie. Maryśka listonoszka mówiła.

– Pisała? podniósł się nagle, oczy otworzył szeroko. Gdzie te listy?! Przecież skrzynkę zabiłem gwoździami! Myślałem zapomniała! Myślałem przekreśliła!

– U Maryśki są. Zostawiła. Grzech na sumieniu, ale wyrzucić nie mogła.

Z samego rana pobiegłem na pocztę. Maryśka, zaspana, podała mi pudełko z listami. Przyniosłem Janowi.

To, jak on te listy czytał, trzeba było zobaczyć. Te jego ciężkie, spękane dłonie drżały, łzy kapały na papier i rozmazywały słowa. Fotografie wnuków całował, do serca tulił, palcem szorstkim głaskał twarze.

– Wnuki, Władek… Mam… Dwoje…

W jednym liście znalazłem urwany numer telefonu. List był podarty, potem posklejany, ale kawałka brakowało samych ostatnich cyfr.

– Niedobrze mówię. Adres jest, ale to Katowice, miasto olbrzymie. Pisać długo potrwa, zanim odpiszą… Zjadasz się tu, Janek.

– Pojadę! rwał się Jan, odrzucał kołdrę. Choćby na czworaka! Znajdę!

– Leż, żołnierzu! przywołałem go do porządku. Gdzie ci pojechać? Wiatrem cię zwieje. Jest szybszy sposób. XXI wiek, Janek!

Poszedłem do Stefana, syna sąsiadki, co sprzęt naprawia w powiecie. Przyjechał do matki na weekend, piec naprawić.

Opowiedziałem mu sprawę poszukaj, mówię, w internecie. Stefan poprawił okulary, wciągnął sweter z jeleniem:

– Panie Władku, nie tak łatwo, ale spróbujemy. Nasza Klasa, Facebook… Nazwisko męża, Szymczak? Dobra…

Znaleźliśmy! Na zdjęciu ona, status: Tęsknię za domem. Stefan napisał: Haniu, to Stefan z Przedmieścia. Ojciec ciężko chory, bardzo cię szuka. Pilne.

Czekamy. Jedna godzina, druga. Internet we wsi woła o pomstę, modem świeci, przerywa. Wiatr wyje, zrywa zasięg.

Jan siedzi jak kamień, blady jak płótno, atrament z butelki pije, iż w domu aż czuć.

– Nie odpisze… szepcze, patrząc w podłogę. Nie wybaczy… Ja bym nie wybaczył. Przecież ją przekląłem wtedy…

I nagle: ping! Dźwięk jak uderzenie w kieliszek.

– Jest odpowiedź! Stefan krzyczy. Podała numer męża.

Dzwonimy. Długie sygnały, przeciągłe, jakby świat się zatrzymał.

Odbiera facet, głos oschły.

– Halo? Kto mówi?

Jan zamilkł, tylko otwierał usta. Szturchnąłem go łokciem.

– To… Jan… wydusił. Ojciec Hani…

Cisza. Długa, ciężka. Słychać tylko oddech po drugiej stronie.

– Ojcze, tak? Przypomniałeś sobie? Dziesięć lat minęło.

– Wojtek, podaj słuchawkę! kobiecy głos, zaniepokojony.

– Halo? głos Hani. Twardy, wycofany.

– Haneczko… wychrypiał Jan Córeczko… Jesteś cała…

Cisza. Dziesięć sekund pustki. Tylko szum w słuchawce.

– Po co dzwonicie? spytała cicho. Głos drżał, ale trwał. Co się stało?

– Umieram, córko powiedział Jan szczerze. Wina moja wobec ciebie wielka. Chciałem… tylko usłyszeć twój głos. Przebacz, jeżeli możesz.

Zdołała zapłakać. Nie szlochała, tylko łzy gorzkie, tłumione.

– Nie wiem, tato… odparła przez łzy tyle lat czekałam. Tyle listów poszło w pustkę. Nie wiem, czy umiem

– Nie proszę o wszystko szeptał Jan. Wiedz tylko Kochałem. Jak umiałem, jak potrafiłem. Stary głupiec.

– Przyjedziemy odpowiedziała stanowczo, choć twardo. Nie mogę cię zostawić samego na śmierć. Przyjedziemy. Czekaj.

Jan odłożył słuchawkę. Szczęścia nie było, tylko ulga i strach.

– Przyjedzie powiedział. Z obowiązku. Czy wybaczy kto wie.

– Stefaniakowa! A gdzie ja ich przyjmę?! W chlewie tym? Pajęczyny po kątach! Garów brakuje! Wstyd! Przed zięciem, przed wnukami!

– Spokojnie! zarządziłem głosem felczera Damy radę.

Zwołałem sąsiadów, wyczyściliśmy dom. Jan chodził jak nieprzytomny. Nie pozna mnie mówił Przegoni spojrzeniem.

Aż nadeszło to spotkanie. Podjechała czerwona Skoda. Wysiadła Hania. Pani z miasta, elegancka, poważna. Dwójka wnuków, mąż.

Jan na ganku, ściska czapkę w dłoniach.

Hania przy furtce. Zatrzymała się, patrzyła na niego, na dom, na ganek z zardzewiałą raną po siekierze. Widzę, jak walczy ze sobą. Stara, dziecięca złość i współczucie do tego zgarbionego ojca.

Jan zszedł z ganku, zrobił krok.

– Cześć, Haniu.

Stała, patrzyła mu w oczy.

– Dzień dobry, tato powiedziała cicho.

Podeszła i objęła go. Delikatnie, jakby nieznajomego. Zamarł, bał się oddychać, a potem przytulił ją mocno i łzy cicho po policzkach ciekły.

Stała, ręce opuszczone, a po policzkach leciały łzy. Nie było radości, była tylko żal i ukłucie straty.

Weszli do domu. Wisiało napięcie, ciężkie jak mgła. Wnuki chowały się za ojcem. Zięć, Wojciech, patrzył na Jana twardo, oceniająco.

Usiedli do stołu. Cisza. Słychać tylko stuk sztućców.

Jan nie wytrzymał, polał kieliszek, wstał. Ręka mu się trzęsła.

– Dziękuję, iż przyjechaliście mówił, w podłogę patrząc. Nie spodziewałem się… To znaczy marzyłem, ale nie wierzyłem. Wojtku, Haniu… Zmarnowałem swoje życie bez was.

Wojtek spojrzał na niego, potem na żonę, widzi, iż Hania ledwie się trzyma. Westchnął, łyk wódki.

– Dobrze, Panie Janie powiedział mądrze. Kto stare sprawy wyciąga… Przyjechaliśmy, bo Hania spać nie mogła. Macie dobrą córkę. Zbyt dobrą. Wypijmy za spotkanie.

I wtedy młodszy wnuk, Stefanek, pyta głośno:

– Dziadku, dlaczego nie masz już siekiery w ganku? Mama mówiła, iż kiedyś uderzyłeś

Hania uciszyła go, pobladła:

– Stefan! Jedz!

Dziadek spojrzał na wnuka, uśmiechnął się gorzko:

– Zgniła siekiera, Stefanku. I gniew mi zgnił. Został tylko pył. Jutro ci pokażę las. Żywy las.

Lód topniał wolno. Trzy dni mieszkali razem, uczyli się siebie od nowa. Jan się starał, ale bał się powiedzieć za dużo.

Trzeciego wieczora Hania przyszła do mnie, do ośrodka. Oczy miała czerwone.

– Panie Władku mówi dajcie coś na serce, ciężko mi.

Zaparzyłem jej herbatę z miętą.

– Nie puszcza cię żal?

– Nie, Władku, nie puszcza. Patrzę na niego stary, zgarbiony, żal do łez. Ale jak przypomnę tamten deszcz, jak wykrzyczał: Przeklinam cię! ściska w środku. Przyjeżdżając tu, myślałam wszystko wygarnę! Jak głodowałam w akademiku, jak nikt nie pogratulował mi narodzin Stefanki

– I co, powiedziałaś?

– Nie mogłam. Spojrzałam na te jego ręce, na plecy… On sam siebie ukarał gorzej niż ja mogłabym. Dwanaście lat w więzieniu, które sam sobie zbudował. Po co dobijać?

– To jest właśnie mądrość, Haniu powiedziałem jej Wybaczyć, to nie znaczy zapomnieć. To znaczy zrozumieć. On cię kochał, chore to było uczucie, ale kochał.

Hania długo milczała, wypiła herbatę.

– Wie pan, dzisiaj podgrzewał Stefaniakowi kapcie na piecu. Tak samo jak mi, kiedy byłam mała. I wtedy mi trochę puściło. Może będziemy żyć, Władku. Dla dzieci. A z czasem, kto wie, rana się może zasklepi.

Odjechali po tygodniu, ale obiecali wrócić latem. I wrócili.

Latem Jan był już inny. Nie przestraszony staruszek, ale gospodarz domu. Sad uporządkował. I wie pan stał się cud. Stare jabłonie, które zgniły i wydawało się, iż już koniec, rozkwitły. Chmurą bieli otuliły podwórko.

Kiedyś przechodziłem, widzę siedzą na ganku. Jan i Hania. Ramię w ramię. Nie rozmawiają, patrzą na zachód słońca. Stefanka biega po podwórku, plotąc wianek.

Jan zauważył mnie, machnął. Twarz spokojna, jasna.

Hania uśmiechnęła się do mnie. W tym uśmiechu była nostalgia, ale nie było już żalu.

– Władek! krzyknął Jan Chodź na herbatę z konfiturą! Hania zrobiła, jak bursztyn!

Wszedłem. Piliśmy herbatę na werandzie, pachniało antonówką, latem i pokojem.

Mówią, iż rozbita filiżanka da się skleić. Zostaje pęknięcie to prawda, ale można z niej pić. I herbata w niej smakuje lepiej, bo człowiek bardziej jej pilnuje.

Życie jest krótkie jak zimowy dzień. Nim się spostrzeżesz, już zmierzch, już noc. Zawsze myślimy: Zrobię to potem, zapomnę żal, zadzwonię, przyjadę na święta. A czasem potem nie następuje. Dom może już nie rozgrzeje się nigdy, telefon zamilknie na zawsze, a skrzynka pocztowa zostanie pusta.

Takie jabłka na śniegu za późno zerwane, ale ich smak zostaje na długo w pamięci.

Dziś wiem jedno: lepiej ze sercem pękniętym niż z pustym. I choćby jeżeli nie wszystko da się posklejać, warto spróbować. Bo życie nie daje drugiej zimy dla tych samych jabłek.

Idź do oryginalnego materiału