Moja teściowa, pani Jadwiga Kowalska, zaoferowała się, iż zajmie się naszymi dziećmi, gdy nadejdzie lato. Teraz, kiedy jest już na emeryturze, ma sporo czasu i naprawdę chciała nam pomóc. Razem z Wojciechem, moim mężem, zgodziliśmy się oboje przecież pracujemy, a przy trójce pociech nie jest łatwo wszystko pogodzić. Na prawdziwy urlop praktycznie nas nie stać; zwykle ustalamy między sobą dni wolne, żeby zawsze ktoś z nas był w domu, gdy dzieci zachorują albo mają istotny występ w przedszkolu. Czasami uda nam się wyrwać na parę dni nad Mazury lub do Zakopanego, jeżeli nie wypada nic ważnego, ale to rzadkość.
Od trzech lat spłacamy kredyt hipoteczny. To dwudziestoletnie zobowiązanie, które na stałe wpisało się w nasze życie. Mamy już dość ciągłego przeprowadzania się z wynajmowanego mieszkania do kolejnego, więc kupno własnego domu w Warszawie było dla nas odpowiedzią choćby za cenę wyższej raty. Pracujemy przez całe lato, ale wakacje to dla nas tylko marzenie. Każda złotówka idzie na spłatę kredytu, bo rata potrafi zjeść nam cały budżet. Dodatkowo, w wakacje szkoły w Polsce są zamknięte, więc nie ma kto pilnować dzieci. Najważniejsze jednak, iż wiemy, gdzie są są bezpieczne w naszym własnym domu, wśród swoich zabawek i książek, w świecie, który dobrze znają.
Jadwiga co roku oferuje wsparcie latem. Przywozimy jej kilogramy świeżych warzyw z targu, drożdżówki dla dzieci, czasem choćby oscypki z Zakopanego na specjalną prośbę Piotrka, naszego najmłodszego. Oprócz tego, zawsze przekazuję teściowej kopertę z kilkuset złotymi na dodatkowe słodycze czy zabawki dla maluchów, bo przecież z samej jej emerytury (która do wysokich nie należy) trudno byłoby to wszystko sfinansować. Tak jest uczciwiej niż wynajmowanie opiekunki, a dzieci mają babcię na wyciągnięcie ręki.
W zeszłe lato pojawił się problem. Brat Wojciecha, Tomek Nowak ze swoją żoną, Nadią, przywieźli do Jadwigi trójkę swoich rozbrykanych dzieciaków. Młodsze niż nasze, niespokojne, wymagały niemal nieustannej uwagi a oni nie zostawili dla babci ani paczki chrupek, ani złamanego grosza na wyżywienie. Wszystko było na naszej głowie od obiadu po podwieczorek. To nas zabolało.
Z każdym tygodniem moja frustracja rosła. Prosiłam Wojciecha, by porozmawiał z Tomkiem, ale on wiecznie odwlekał rozmowę, jakby bał się wywołać rodzinną burzę. A ja coraz częściej zastanawiałam się: dlaczego mam brać na siebie troskę o czyjeś dzieci kosztem własnych sił i pieniędzy? Czy naprawdę muszę być tą, która ciągle ustępuje i dźwiga cudze problemy? Szukam sposobu, by powiedzieć bratu męża szczerze i bez awantury iż pora wziąć odpowiedzialność za swoją rodzinę. Ale jak to zrobić, żeby nie rozsypać resztek rodzinnego spokoju?















