Jak telefony niszczą dzieciństwo: „Rodzicu, pomocy!”

instytutsprawobywatelskich.pl 3 godzin temu

Z dr Aleksandrą Piotrowską, psychologiem, emerytowanym pracownikiem naukowym Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawiamy o wpływie telefonów na dzieci i podejściu współczesnych rodziców do ich wychowywania.

Aleksandra Piotrowska

Doktor psychologii. Emerytowany pracownik naukowy Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Oprócz pracy naukowej i doradztwa dla rodziców i nauczycieli współpracuje jako społeczny doradca z Rzecznikiem Praw Dziecka i Komitetem Ochrony Praw Dziecka. Zajmuje się także propagowaniem wiedzy psychologicznej, współpracując w tym zakresie jako ekspert z prasą, a także ze stacjami radiowymi oraz telewizyjnymi. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych i popularyzatorskich. Prywatnie nałogowy czytelnik literatury wszelakiej, miłośniczka wyjazdów narciarskich i podróży. Matka dwójki dzieci i babcia dwójki wnucząt.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Dzieciństwo oparte na zabawie czy na telefonie?)

Rafał Górski: Manfred Spitzer stwierdził: „Rozsądne byłoby trzymanie telefonów z dala od dzieci i młodzieży, tj. zezwalanie na korzystanie z nich dopiero od 16. roku życia”. Pani doktor, w jakim wieku, według pani, dziecko powinno dostać telefon?

Aleksandra Piotrowska: Bardzo trudno wskazać konkretny wiek, ponieważ dzieci są różne, tak jak i dorośli. Nie jesteśmy odlani z jednej formy. Byłoby świetnie, gdyby dzieci dostawały telefon nie wcześniej, niż, powiedzmy, w dziesiątym roku życia.

Co gorsza, posiadanie telefona oznacza niemal zawsze pełny, nieograniczony dostęp do Internetu, co wywołuje wśród nas szczególny niepokój.

Według Jonathana Haidta „skończyło się dzieciństwo oparte na zabawie, zaczęło się dzieciństwo oparte na telefonie”. Widzimy masowo w przestrzeni publicznej, a także w domach, iż telefon trafia do dzieci często dużo młodszych niż dziesięcioletnie. Jak pani to skomentuje, może pani widzi to inaczej?

Niestety mój ogląd sprawy jest chyba jeszcze bardziej zasmucający. Często widuję ze telefonem dzieci w takim wieku, w którym w ogóle nie powinny mieć do czynienia z żadnymi ruchomymi obrazkami, choćby takimi, o których mówi się, iż są skonstruowane specjalnie dla nich i mają wzbogacać ich rozwój.

Okazuje się, iż w wielu miejscach publicznych typu środki komunikacji, sklep, ośrodek zdrowia rodzice nie zajmują się wzbogacaniem życia dziecka, stwarzaniem mu jak najlepszych warunków rozwoju, ale posługują się telefonem i wręczają go choćby dzieciom, których wiek liczy się jeszcze w miesiącach. Robią to, by mieć spokój, żeby dziecko nie marudziło i nie domagało się uwagi i aktywności ze strony rodzica.

Pierwsza moja teza na dzisiaj – telefony głównie umożliwiają rodzicom unikanie pełnienia roli rodzicielskiej i dają przestrzeń na zajmowanie się swoimi sprawami.

Jak obserwuję, co dzieje się w parkach, na placach zabaw, to widzę, iż rodzice często zajęci są swoimi telefonami i scrollowaniem w taki sposób, jakby nie było nic ważniejszego na świecie.

Z czego, pani zdaniem, wynika dzisiaj, mówiąc dyplomatycznie, bardzo niski poziom świadomości rodziców?

Myślę, iż główną przyczynę mamy okazję obserwować od początku rozwoju ludzkości. jeżeli możemy mieć do czegoś dostęp i możemy się czymś posłużyć, będziemy to robić, choćby jeżeli wiemy, iż nie jest to najlepsze, najmądrzejsze i wcale nam nie sprzyja.

Przerabialiśmy to samo kilkadziesiąt lat temu wraz z pojawieniem się telewizji. Ileż było wtedy nadziei na programy edukacyjne, możliwość nauki języków dzięki nim, odwiedzanie wartościowych muzeów i galerii na całym świecie. Mieliśmy być po kilku latach cudownie rozwiniętym i wzbogaconym, także kulturowo, gatunkiem. Co się okazało? Spójrzmy, jaka jest jakość najpopularniejszych i najczęściej oglądanych programów. Możemy załamywać ręce, bo mają one kilka wspólnego z edukacją. Teraz przerabiamy to samo ze telefonami.

Tak naprawdę to nie w telefonach leży problem, tylko w tym, iż są narzędziami, które zapewniają nieprzerwany, całodobowy dostęp do sieci, który wychodzi z nami z domu.

Z jednej strony to nowość, o której można było wnioskować, iż wzbogaci nasze życie i możliwości rozwojowe. Z drugiej strony, w tej chwili już wyraźnie widzimy, iż przynosi wiele negatywnych skutków, które wywołują niepokój i to nie tylko w odniesieniu do dzieci i młodzieży.

To nieprawda, iż tylko dzieciaki i młodzież marnują bezpowrotnie wiele godzin na scrollowanie czy inne formy aktywności dostępne w sieci. Dorośli też wpadli w pułapki i teraz okazuje się, iż telefony są bez wątpienia najczęściej spotykanym złodziejem i to złodziejem czegoś, czego w żaden sposób nie można odzyskać, czyli naszego czasu.

Piszemy o Ludziach, a nie o władzy

Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!

Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą

Przypomniały mi się reklamy papierosów z lat 60., 70., na których są dzieci lub kobiety w ciąży. Nikt nie widział w tym żadnego problemu. Później wszystko się pozmieniało. Jak pani myśli, kiedy matki zrozumieją, iż wpływ telefonów na ich kilkumiesięczne czy kilkuletnie dzieci może być w przyszłości katastrofalny? Co takiego się wydarzyło, iż państwo jako wspólnota nie wzięło odpowiedzialności za edukację i telefony wśród dzieci są na porządku dziennym?

Po pierwsze – myślę, iż tam, gdzie w grę wchodzi wizja zaoszczędzenia sobie wysiłku i zyskania spokojnej głowy czy chwili relaksu, tam państwo tak naprawdę nie ma szansy na ingerencję. Jedyne, do czego jest zobligowane, to nieustanne prowadzenie różnorodnych akcji edukacyjnych, informacyjnych, wyjaśniających ludziom, co dzieje się z rozwojem dzieci i dorosłych ludzi, którzy nadużywają sieci.
Po drugie – myślę, iż tu jest bardzo dużo do zrobienia. Państwa powinny na różne sposoby wywierać nacisk na producentów treści zalewających Internet, jak również na tych, którzy wymyślają kolejne platformy, dzięki których można oddziaływać na ludzi i wpędzać ich w uzależnienie.

Podpisała pani apel w sprawie telefonów do minister Barbary Nowackiej, w którym sygnatariusze proponują, żeby wprowadzić krajowy zakaz używania telefonów na terenach szkół. Proszę powiedzieć trochę o swoich motywacjach podpisania tego apelu.

Nasze współistnienie z siecią dostępną w telefonie nie pozostało długie. To mniej więcej kwestia niespełna 20 lat. W związku z tym nie mamy zbyt wielu pewnych i zweryfikowanych danych, które mówią o szkodliwym wpływie nadmiernego kontaktu z ekranami. Na pewno za 20 czy 40 lat będziemy mądrzejsi – po prostu trzeba poczekać, aż dojrzeje pokolenie, które już od urodzenia ma do czynienia z bardzo prostym i tanim dostępem do sieci.

Jednak to, iż nie mamy wielu badań sprawdzających odroczone konsekwencje dorastania z siecią, nie oznacza, iż nie zgromadziliśmy już wielu niepokojących informacji, mówiących o krótkoterminowo obserwowanych, niekorzystnych następstwach spędzania zbyt wielu godzin przy urządzeniach ekranowych.

Dwadzieścia lat temu podejrzewaliśmy, iż podstawowym niebezpieczeństwem, związanym z częstym kontaktem z komórkami, jest promieniowanie, które te urządzenia emitują, bo przecież trzyma się je blisko ucha i głowy. I prawdopodobnie je emitują, ale nie w tym tak naprawdę tkwi główne niebezpieczeństwo.

Z punktu widzenia psychologa, szczególnie przyglądającego się rozwojowi młodych ludzi, niepokojące są głównie dwie sprawy. Pierwsza – z jakiego rodzaju treściami spotykają się nasze dzieci poprzez sieć. Druga – jeżeli urządzenia mobilne bezpowrotnie pochłaniają dużą liczbę godzin, to bardzo poważnym następstwem tego jest brak czasu w zajmowanie się innymi aktywnościami, o których wiemy, iż są bardzo wartościowe dla rozwoju dziecka.

Dzisiaj naprawdę rzadko się zdarza, żeby dzieci całymi godzinami budowały złożone konstrukcje z klocków, bo nie mają wielu godzin do swojej dyspozycji.

Dzisiaj spędzają znacznie mniej czasu w beztroskim życiu, tylko w gronie rówieśniczym (co jest bardzo ważne), bez nadzoru i bez kontroli dorosłych, blisko swojego miejsca zamieszkania, w bandzie dzieciaków.

Dopiero teraz w pełni widzimy, iż dzieciństwo z „kluczem na szyi”, bez uważnej, trwającej cały czas kontroli rodziców, niosło ze sobą cudowne zalety. Niewiarygodnie sprzyjało rozwojowi społecznemu.

A dzisiaj w bardzo wielu rodzinach mamy dzieci, które teoretycznie ogniskują na sobie całą uwagę i opiekę rodziców, kosztem czasu spędzanego z rówieśnikami. Tak naprawdę ta opieka często jest iluzoryczna i pozorna, bo rodzice poprzestają na konstatacji, iż skoro dziecko jest w domu, to znaczy, iż nigdzie się nie włóczy, nie spotyka się nie wiadomo z kim, nie grożą mu żadne zewnętrzne niebezpieczeństwa. Rodzice nie wiedzą, jak niebezpieczne jest życie dziecka związane z niekontrolowanym dostępem do sieci i w tę wiedzę powinni być zaopatrywani przez różnego rodzaju agendy państwa.

Pamiętam swoje dzieciństwo właśnie z tym „kluczem na szyi”. Byłem na Forum Ekonomicznym w Krynicy, gdzie odbywał się panel poświęcony telefonom. Piotr Trudnowski, uczestnik tego panelu, opowiadał o tym, jak w pewnym momencie zadecydował, iż jego dzieci będą same wychodzić na podwórko. Skutkowało to tym, iż z jednej strony zaniepokojeni sąsiedzi co jakiś czas pytali dzieci, czy się nie zgubiły. Z drugiej strony wywołał ferment tą zasadą i do jego dzieci zaczęły dołączać kolejne z okolicznych domów, by bawić się na podwórku. Niestety nie wiem, w jakim wieku były te dzieci.

Nie popieram oczywiście wysyłania bez opieki dzieci, których wiek można policzyć na palcach jednej ręki, ale niedopuszczalne jest, żeby dziecko siedmio- czy ośmioletnie ciągle spędzało czas pod nadzorem dorosłych, gotowych interweniować wtedy, kiedy pojawia się choćby nikłe ryzyko tego, iż ktoś się z naszym dzieckiem pokłóci, przyładuje łopatką albo wyrządzi jakąś inną przykrość. Takie sytuacje naprawdę są potrzebne dzieciom do wszechstronnego rozwoju.

Nie mówiliśmy do tej pory o rozwoju fizycznym, ruchowym. Czytając wnioski z badań, które są poświęcone np. sprawności ruchowej, możemy załamywać ręce.

Pokolenia powojenne, dzieci, które rodziły się w latach 60. i 70., były sprawniejsze.

Dysponujemy rzetelnymi badaniami na ten temat, powtarzanymi co kilka lat dzięki tych samych testów, więc możemy je porównywać z obecnymi wynikami, uzyskiwanymi przez dzieci. W dawnych czasach, w których były nieporównywalnie większe kłopoty z prawidłowym żywieniem dzieci, a w niektórych rodzinach z zaspokojeniem głodu w ogóle, dzieci miały bardziej wydolne i sprawne organizmy. w tej chwili są zadbane od pierwszego dnia życia, a jednak różnice w choćby prostych sprawdzianach, jak np. w skoku obunóż z miejsca, są naprawdę ogromne. W porównaniu z badaniami z lat 70., wyniki dzisiejszych dzieci pogorszyły się niemal dwukrotnie. To jest w dużej mierze pokłosie zamykania w domach, które niesłusznie kojarzy się z troską.

Po przyjściu z pracy często nie mamy ochoty spędzać całego czasu zajmując się dziećmi, więc żeby nie oszaleć i nie zwariować, korzystamy z narzędzi, które się pojawiły. Tak naprawdę wystarczy jakikolwiek ekranik, a co dopiero można powiedzieć o możliwościach, jakie dają komputer czy telefon. Tam mamy interakcję, możliwość wywierania wpływu przez wykonywane działania, typu klikanie na to, co następnie będzie pojawiać się na ekranie. Telewizja tego nie oferowała. Dlatego zagrożenie uzależnieniem od ekranu jest dzisiaj znacznie większe w porównaniu z tym, jakie obawy wzbudzał w nas powiększający się repertuar kanałów telewizyjnych.

W debacie publicznej pojawiła się ostatnio informacja, iż premier Danii, Mette Frederiksen, stwierdziła, iż platformy internetowe „kradną dzieciństwo naszych czasów”. Dania planuje zakazać korzystania z mediów społecznościowych użytkownikom poniżej 15. roku życia. Co pani na to?

Proszę zwrócić uwagę, iż to, co postuluje Dania i co jest już zresztą wprowadzone np. w Australii, to nie zakaz posiadania telefonów, ani zakaz dopuszczania dzieci do kontaktu z komputerem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie dzisiaj czegoś takiego postulował, bo oprócz wątpliwości, czy na pewno o to chodzi, mamy pewność, iż takiego zakazu nie uda się wyegzekwować.

Jednak jeżeli chodzi o media społecznościowe i korzystanie z nich, to zajmuje to dzisiaj naprawdę lwią cześć czasu spędzanego przez młodych ludzi przy urządzeniach cyfrowych. Zagrożenia, które się z tym wiążą, są niewyobrażalne.

Media mogą wyrządzić bezpowrotną krzywdę rozwijającemu się, bardzo czułemu na swoim punkcie dziecku, szczególnie nastolatkowi.

To krzywda wyrządzona przez hejt. Niektórzy mówią, iż dzieci od zawsze się ze sobą sprzeczały. Tak, tylko kiedyś, rozzłoszczona awanturą z rówieśniczką, mogłam napisać na płocie „Elka jest głupia” i to by było tyle. Dzisiaj natomiast mogę skrzywdzić tę Elkę w trwały sposób, przez hejterskie komentarze, zdjęcia czy filmiki, które dotrą do szerokiego grona odbiorców. Nie tylko tych, którzy kiedyś przechodziliby obok wspomnianego płotu.

Z doświadczenia wiemy, iż próby uwolnienia dziecka od hejtu, np. poprzez przeniesienie go do innej szkoły, nie są skuteczne, bo sieć może dotrzeć do każdego nowego środowiska dziecka i wywołać wobec niego postawy takie jak lekceważenie, nienawiść, z powodu których dziecko czuje się całkowicie bezradne. Z płotu mogę zmyć napis gąbeczką. Co mam zrobić z siecią? Istnieją przecież screeny ekranów, i choćby o ile zażądam od administratora strony usunięcia pewnych treści, nie oznacza to, iż w ogóle przestaną istnieć. Na niektórych komputerach mogą być ciągle przechowywane.

Głównie mówię o nastolatkach. Myślę, iż rzadko się zdarza, by dzieci pięcio- czy siedmioletnie same funkcjonowały w mediach społecznościowych. Aktywności nastolatków nie są już jednak pilnowane przez siedzącego obok rodzica. Naturalne jest, iż nastolatkowie zyskują coraz większą samodzielność i niezależność w swoich działaniach. Oznacza to jednak, iż stają się także coraz bardziej wystawieni na działania nienawistne i przemocowe ze strony innych, co prowadzi do dramatycznego poczucia osamotnienia i pewności, iż jest się samemu w bardzo trudnej sytuacji, w której nikt nie jest w stanie mi pomóc, nikt się za mną nie wstawia.

Istnieją badania, których wyniki mówią, iż ponad połowa dzieci, które spotkały się z przemocą w mediach społecznościowych, nie informuje o tym nikogo.

Proszę zobaczyć, jak głęboki jest wśród dzieci brak wiary w to, iż my – dorośli – możemy im w takiej sytuacji pomóc. Właśnie między innymi dlatego podpisałam apel postulujący zakaz używania telefonów w szkołach.

Jeśli jakiś nauczyciel jest bardzo biegły w wykorzystywaniu telefonów na lekcji w celach edukacyjnych – a nie jest to powszechnie spotykaną sytuacją – i potrafi w ten sposób zainteresować swoim przedmiotem, to telefony powinny być wyjmowane tylko na prośbę nauczyciela, a potem odkładane do koszyczka czy zamykane w szafce. Znam szkoły w Warszawie, które tak funkcjonują i nie wątpię, iż w innych miejscowościach również takie znajdziemy. Problem polega na braku regulacji państwowych w sprawie telefonów. Szkoły mogą więc wprowadzić zakaz ich używania na terenie placówki jedynie pod warunkiem, iż wszystkie strony zaangażowane w konstytuowanie szkoły, a więc także rodzice, wyrażą na to zgodę.

Osobami, które torpedują projekt zakazu korzystania ze telefonów, są właśnie rodzice, uzasadniający to tym, iż muszą mieć możliwość kontaktu z dzieckiem o każdej godzinie, bo mogą zdarzyć się rzeczy nagłe. Wiem, zdarzają się, ale przecież w każdej szkole znajduje się sekretariat i w naprawdę wyjątkowych przypadkach jest możliwość skontaktowania się z dziećmi za jego pośrednictwem. Wielu rodziców jest przeświadczonych, iż jak mogą zadzwonić do dziecka w każdej chwili, to dzięki temu bardzo dobrze się nim opiekują, dziecko jest bezpieczne, bo bez przerwy roztaczają nad nim parasol ochronny. Tak naprawdę jest to fikcja, coś niemożliwego.

Nawiązując do tego, co pani powiedziała, przypomniały mi się słowa Catherine L’Ecuyer: „Każdy, kto wprowadza do szkoły nowe urządzenie i twierdzi, iż zrewolucjonizuje ono edukację, ma obowiązek udowodnić dwie rzeczy. Po pierwsze, iż istnieje związek między wykorzystaniem technologii a poprawą jakości nauczania oraz iż technologia ta spełnia swoje zadanie. Po drugie, musi udowodnić, iż nie ma żadnych negatywnych skutków ubocznych”. Co do rodziców – pamiętam moje ogromne zdziwienie kilka lat temu, kiedy usłyszałem, iż rodzice potrzebują telefonów do tego, żeby non stop śledzić drogę dziecka poza domem.

Tak, o ile już pozwolą dziecku na samodzielne wychodzenie z domu. Jak porównamy, w jakim wieku kiedyś dzieci zaczynały chodzić do szkoły same, a w jakim robią to dzisiaj, jest to coś niezwykłego.

Dla mnie jest niewiarygodną rzeczą, iż uczeń szkoły średniej często ma duże kłopoty z rozeznaniem w topografii miasta, w którym mieszka. Dzieci często nie znają nazw głównych ulic, nie wiedzą, gdzie która jest ulokowana. Dziwimy się dlaczego, jednak jaki miałyby powód, żeby się w tym orientować, o ile wszędzie są zawożone przez rodziców? Wiem, iż rodzice powiedzą, iż dzisiaj jest znacznie większy ruch i z każdej strony czyhają na dziecko niebezpieczeństwa. Prawda, ruch na drogach jest bez wątpienia znacznie większy niż 20 czy 50 lat temu, ale brak pozwolenia na samodzielne poruszanie się dotyczy choćby tych dzieci, które mają szkołę w najbliższym otoczeniu i nie muszą przechodzić przez żadne ulice, bo mogą się do niej dostać osiedlowymi uliczkami. Dla rodziców jest to niewyobrażalne, żeby np. siedmiolatek poszedł sam do szkoły czy sam z niej wracał. Na szczęście nie jest tak we wszystkich rodzinach, ale i tak zdarza się na tyle często, iż powinno to naprawdę niepokoić.

Tutaj musielibyśmy porozmawiać o innej sprawie, szerszej – o realizowanych przez nas stylach wychowania, które mają dać nam poczucie, iż sprawujemy kontrolę nad każdą sekundą życia naszego dziecka, dzięki czemu jest ono bezpieczne. Tak naprawdę prowadzimy do poczucia osamotnienia naszych dzieci, jakiego jeszcze nigdy nie notowaliśmy w historii naszego gatunku. Taki paradoks ze strony nadopiekuńczych, czuwających nad wszystkim rodziców.

Instytut Spraw Obywatelskich od 2020 roku postuluje wprowadzenie do szkół edukacji technologicznej. Inspiracją do tego są słowa głoszone kilka dekad temu przez Neila Postmana, autora m.in. słynnego „Technopolu”. Postman zwraca w nim uwagę na to, iż edukacja technologiczna w szkołach powinna zachęcić dzieci, młodzież, a w szczególności dorosłych, nauczycieli do odpowiedzenia sobie na 6 pytań. Pozwolę sobie przytoczyć te pytania.

Po pierwsze: jak problem rozwiązuje nowa technologia? Drugie: czyj to problem? Trzecie: jacy ludzie i jakie instytucje mogą najbardziej ucierpieć z powodu nowego rozwiązania technologicznego? Czwarte: jakie nowe problemy mogą powstać w wyniku rozwiązania starego problemu? Piąte: jacy ludzie i jakie instytucje wejdą w posiadanie określonej władzy politycznej i ekonomicznej w wyniku zmiany technologicznej? Szóste: jakie zmiany w języku wymusi nowa technologia i co zyskamy, a co stracimy w wyniku tych zmian?
Uzmysłowiłem sobie, iż ostatnie pytanie łatwo przetłumaczyć na zrozumiały język na przykładzie mediów społecznościowych.

Myślę, iż dzisiaj ogromna manipulacja polega na tym, iż media, które tak naprawdę są antyspołecznościowe, nazywamy społecznościowymi. Bezwiednie przyjmujemy tę nazwę. Co pani myśli o edukacji technologicznej i pytaniach Postmana, których nie zadajemy sobie na co dzień?

Myślę, iż takich ogólnych pytań nie zadają sobie rodzice w żadnym kraju. Z całą pewnością powinni je sobie zadawać ci, którzy mają wpływ na konstytuowanie prawa, i pomyśleć nad sposobami kontroli tego, co dzieje się w mediach społecznościowych.

Na razie unikamy tych pytań, a przecież istnieje szereg przesłanek, które z całą pewnością są zweryfikowane i powinny nas do nich skłonić. Na przykład – uzależnienie od sieci z biologicznego punktu widzenia, które w zasadzie nie różni się od uzależnienia od środków psychoaktywnych, odnośnie których bijemy na alarm.

Państwo podejmuje różnego rodzaju działania, które mają zmniejszyć ryzyko szerzenia się uzależnień od środków psychoaktywnych. Te działania, np. wprowadzanie ograniczeń w sprzedaży alkoholu w dwóch dzielnicach Warszawy, mają, moim zdaniem, charakter pozorancki. Jest to przykład pozoranckiego ruchu, w żaden sposób niemającego wyraźnego wpływu. Nie chcę powiedzieć, iż jestem wrogiem wprowadzenia zakazu sprzedaży alkoholu w późnych godzinach. Jak najbardziej jestem zwolenniczką tego pomysłu. Gdybym miała taką możliwość, sama wprowadzałabym takie zakazy, ale nie tylko w wybranych dzielnicach. Z takiego zakazu robi się fikcja. Co mamy weryfikować na przykładzie dwóch dzielnic w Warszawie? Wszystko wiemy, bo już wiele państw to przerabiało. Nie powinniśmy przegapiać ryzyka związanego z szerzeniem się uzależnień od sieci, choć chyba już jesteśmy w trakcie tego procesu.

Dopóki mieliśmy kontakt z Internetem jedynie dzięki komputerów, to było pół biedy, bo gdy wychodziło się z domu, nie zabierało się komputera pod pachę.

Smartfon daje nam możliwość korzystania z sieci 24/7. Sprzyja to powstawaniu uzależnienia ze wszystkimi jego objawami, m.in. potrzebą spędzania coraz większej liczby godzin w mediach, aby uzyskać satysfakcję z korzystania z nich. Tak właśnie działa uzależnienie – po początkowym okresie wzrostu wrażliwości na pewien rodzaj bodźców następuje przyzwyczajenie.

Z najnowszego raportu NASK-u [Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej – przyp. red.], opublikowanego pod koniec września 2025 roku, możemy się dowiedzieć, iż nasza młodzież spędza w sieci średnio 5 godzin na dobę. Na dobę, nie na tydzień. Dodajmy do tego czas spędzany w szkole, pójście do niej i powrót, czynności związane z utrzymywaniem higieny itd., to okaże się, iż zmierzamy w stronę, gdzie człowiek po wywiązaniu się ze wszystkich obowiązków lub – i to gorsza wersja – kosztem obowiązków, cały swój czas spędza w sieci. Wiem, iż uzależnienia od sieci mają bardzo różną postać. Niektórzy są uzależnieni przede wszystkim od gier i mamy już liczne przypadki osób podlegających z tego powodu terapii. Jak mam do czynienia z dziewczyną, która umieszcza w sieci średnio 260 selfie na dobę, przy czym każde z nich musi być oczywiście poddane działaniu odpowiednich filtrów, bo nie można przecież umieścić w sieci byle czego, trzeba się tam dobrze zaprezentować, to kiedy ta dziewczyna ma żyć? Kiedy ma nauczyć się tego, jak kontaktować się z drugim człowiekiem, jak się z nim kłócić, jak godzić, jak kooperować, jak walczyć o swoje? To wszystko wymaga treningu.

Wiem oczywiście, iż są tacy, którzy mówią: „przecież ja bez przerwy kontaktuję się z ludźmi, tyle iż poprzez telefon czy poprzez sieć”. Tutaj dochodzimy chociażby do kwestii języka.

Wyrażanie swoich emocji za pośrednictwem sieci to bardzo bogaty język, prawda? Parę obrazków pokazujących różne miny czy innego rodzaju symbole, które określają samopoczucie nadawcy. To jest zubożenie.

W naszym języku mamy ponad trzy tysiące nazw różnego rodzaju stanów emocjonalnych. Nie ma możliwości, żebyśmy przekazywali je sobie w skrótowy sposób, dzięki symboli graficznych. Jeszcze nie nauczyliśmy się dobrze rozmawiać o emocjach, a już weszliśmy na drogę, która będzie ograniczać rozmowy do przekazywania sobie kilka znaczących, ale za to bardzo prostych w emitowaniu, symboli.

Co pani doktor na to, żeby firmy, które uzależniają nasze dzieci od tych cyfrowych narkotyków, płaciły po prostu podatki na profilaktykę, zapobieganie oraz walkę z uzależnieniami? Trochę na wzór funduszu korkowego, na który składają się w Polsce firmy produkujące alkohol. Pieniądze z tego funduszu idą na profilaktykę i walkę z uzależnieniami od alkoholu. Instytut Spraw Obywatelskich postuluje, żeby powołać w Polsce cyfrowy fundusz korkowy, do którego będą składać pieniądze ze swoich zysków korporacje od mediów społecznościowych, produkujące telefony, dostarczające Internet itd. Co pani doktor na to?

Nie miałabym nic przeciwko temu. Boję się tylko takiego myślenia, iż fundusz na działania profilaktyczne powinien być największy, bo one są przecież najważniejsze. Może w interesie nas wszystkich będzie leżało wtedy to, by różne strony, przyczyniające się do funkcjonowania sieci, miały jak najlepiej, bo wtedy będą jak największe odpisy. Może dochodzić do takich paradoksów. Proszę spytać przeciętnego Polaka o jego poglądy na temat np. niebywałego utrudnienia nabywania alkoholu. Istnieją kraje, w których trzeba się dobrze nachodzić, żeby trafić na jakiś sklep z alkoholem na sprzedaż. Polacy mówią: „No nie, państwo pozbawione dochodów z akcyzy wiele by traciło. Wszyscy byśmy w ten sposób tracili”. Proszę zobaczyć, do takich paradoksów może dochodzić. Boję się, iż także w tematyce, o której dzisiaj rozmawiamy.

Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!

Dołącz do nas!

Czego, pani zdaniem, my – obywatele, powinniśmy żądać od polityków, oczekiwać od ekspertów, a czego wymagać od siebie w tematach, o których rozmawiamy?

Myślę, iż od polityków powinniśmy żądać przede wszystkim tego, żeby kierowali się zdaniami światłych ekspertów, a nie interesami swoich ugrupowań politycznych, z czym niestety mamy na co dzień do czynienia.

Eksperci mają obowiązek nie tylko formułować swoje poglądy i zapatrywania na daną kwestię, ale także prowadzić rzetelne badania i przeprowadzać analizy różnych sytuacji umożliwiających postawienie wniosków, które mogą nam posłużyć choćby do tego, żeby informować polityków i oczekiwać od nich stanowienia danych regulacji prawnych na ich podstawie.

Natomiast my, zwykli zjadacze chleba i użytkownicy komputerów, powinniśmy wytworzyć w sobie nawyk zadawania pytania: czy na pewno muszę zrealizować tę aktywność, na którą mam teraz ochotę? Co w tym czasie będą robić moje dzieci? Czy nie mogłabym w tym czasie porozmawiać z nimi przy wspólnym obieraniu ziemniaków albo pograć w gry planszowe?

To zupełnie normalne i naturalne, iż przychodzi w rozwoju naszych dzieci taki moment, kiedy przestają marzyć o czasie spędzanym z mamusią, tatusiem i babusią. Ograniczanie jednak kontaktów z naszymi nastoletnimi dziećmi do pytań typu: „jak tam w szkole?”, „dużo masz na jutro?”, „zjadłeś obiad?”, zadawanych przez rodzica odrywającego na chwilę wzrok od ekranu telefonu, to nie jest wizja środowiska wychowawczego, o którą chodziłoby psychologom i pedagogom.

Jakiego ważnego pytania jeszcze nikt pani nie zadał w tematach, o których rozmawiamy i jaka jest na nie odpowiedź?

Myślę, iż można by, na zasadzie dyskutowania, spróbować wyobrazić sobie znaczne ograniczenie możliwości, które dzisiaj dają nam telefony, np. zlikwidowanie mediów społecznościowych, a przynajmniej dużej ich części i zobaczenie, jakie miałoby to reperkusje. Formalny zakaz z inicjatywy państwa. Pytanie, czy to w ogóle jest dzisiaj możliwe, czy już przegapiliśmy ten moment.

Zdarza mi się rozmawiać z ludźmi albo czytać relacje ludzi, którzy wskutek jakiejś usterki zostają na dłuższy czas, nie na trzy godziny, tylko na kilka tygodni, pozbawieni możliwości korzystania z sieci.

Zmiany, które zachodzą w relacjach między członkami rodzin, tym, w jaki sposób spędzają czas, sprawiają, iż zaczyna mi się marzyć jakaś wielka usterka sieci i duże ograniczenia w możliwości korzystania z mediów społecznościowych.

Przypomina mi się tutaj książka Johna Brunnera z lat 70. – „Ślepe stado”. Jeden z głównych bohaterów wrzuca do sieci internetowej robaka, który niszczy tę sieć. To trochę podobne do pani marzenia.

Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym, co już zaczyna się dziać, ale za chwilę będzie się działo znacznie ostrzej, czyli o codziennej ingerencji AI w nasze życie. To dopiero jest niepokojące. Jednak to temat na kolejne spotkanie.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Idź do oryginalnego materiału