Jak teściowa przejęła naszego syna: Odkąd się ożenił, zapomniał o nas i spędza każdą wolną chwilę u swojej teściowej, która zawsze potrzebuje jego pomocy. Teraz święta, uroczystości i zwykłe spotkania rodzinne obchodzone są bez niego – bo on zawsze „u mamy żony”, a nasze prośby o wsparcie ignoruje. Czy naprawdę moja synowa i jej matka potrafiły tak wpłynąć na naszego syna, iż oddalił się od rodziny?

newsempire24.com 9 godzin temu

Jak teściowa odebrała nam syna

Odkąd nasz syn Artur wziął ślub, prawie wcale nas nie odwiedza. Teraz niemal non stop przesiaduje u teściowej, pani Danuty. Ona zawsze ma nagłą potrzebę pomocy. Zastanawiam się, jak radziła sobie przed ślubem córki z naszym synem.

Artur żonaty jest już ponad dwa lata. Po ślubie dzieci zamieszkały osobno, w mieszkaniu, które kupiliśmy Arturowi, gdy rozpoczął studia w Warszawie. Od małego mogliśmy na niego liczyć, był otwarty na rozmowy, zawsze go wspieraliśmy i rozumieliśmy jego wybory. Już przed ślubem mieszkał sam, bo do pracy miał stamtąd raptem dwa przystanki tramwajem.

Nie powiem, by Zosia nasza synowa nie przypadła mi do gustu, ale miałam wrażenie, iż ta dziewczyna nie do końca jest gotowa na życie w małżeństwie. Choć Artur jest starszy od niej tylko dwa lata, ona wciąż zachowywała się czasem jak nastolatka i potrafiła być kapryśna. Martwiłam się, czy Artur poradzi sobie z tą dziecięcą naturą.

Poznawszy ją i jej matkę panią Danutę zrozumiałam, skąd się to bierze. Choć wiekowo Danuta jest moją rówieśniczką, zachowuje się infantylnie i bywa bezradna. Nie raz spotkałam w życiu takie osoby, które bez względu na lata potrafią bywać jak dzieci. Ciekawostką jest to, iż gdy Zosia wychodziła za mąż, jej mama miała już za sobą sześć rozwodów.

Między nami nie zawiązała się żadna bliższa relacja, bo Danuta żyje jakby w swoim świecie, ale przynajmniej nie narzucała się. Ograniczyliśmy kontakty do uprzejmych gratulacji z okazji ślubu naszych dzieci i nic ponadto.

Pierwsze niepokojące sygnały pojawiły się jeszcze przed ślubem. Zosia ciągle ciągnęła Artura do mamy, bo “coś się zepsuło”: cieknący kran, gniazdko do wymiany, półka w kuchni do przymocowania. Za pierwszym razem przymrużyłam na to oko w końcu kobieta sama, męskiej ręki tam brakuje, więc niech pomaga.

Z czasem jednak zamiast maleć, liczba domowych usterek u Danuty rosła. Artur przestał mieć dla nas czas, ciągle tłumacząc się, iż akurat muszą z Zosią jechać do jej mamy. Niedługo potem wszystkie święta zaczęli spędzać u teściowej. U nas, przy stole, poza mną, tatą i moją teściową, nie było już nikogo.

Najgorzej było, gdy Artur zaczął ignorować nasze prośby o pomoc. Kiedy kupiliśmy nową lodówkę za kilka tysięcy złotych, poprosiliśmy go z mężem, by pomógł ją wnieść. Najpierw się zgodził, a potem zadzwonił, iż jednak nie przyjdzie, bo mają u Danuty awarię pralki.

Gdy mąż zadzwonił po raz kolejny, słyszał w tle głos Zosi: A rodzice nie mogli załatwić ekipy? Syn w końcu przyjechał, ale całą drogę był naburmuszony.

Tato, serio nie mogliście wezwać ludzi do wniesienia? Teraz muszę to dźwigać…

Nie wytrzymałam i pomyślałam, czemu Danuta sama nie zamówi fachowca? Może żyje we własnej rzeczywistości, gdzie nie ma hydraulików? Artur wziął jej stronę: Mama Zosi potrzebuje pomocy, bo łatwo można się naciąć na oszustów, pieniądze wezmą, a niczego nie naprawią.

W końcu mój mąż nie wytrzymał i rzucił: To może ta pani nie zna się na naprawach, ale za to świetnie prowadzi jedną owcę. Artur natychmiast się obraził i wyszedł. Ja nie wtrącałam się do rozmowy, bo tak naprawdę zgadzałam się z mężem syn siedzi u nowych krewnych, jest tam złotą rączką, a u nas pojawić się nie ma czasu.

Od tej sprzeczki Artur nie rozmawia z ojcem już ponad dwa tygodnie. Mąż z kolei nie zamierza się pierwszy godzić. A mnie rozrywa od środka: oczywiście, iż mąż miał rację, ale mógł powiedzieć to łagodniej, a teraz syn się obraził, a ja nie zamierzam przez takie głupoty stracić dziecka.

I co? Mąż nie chce rozmawiać z synem, syn nie zamierza zrobić kroku w jego stronę póki nie usłyszy przeprosin, a teściowa pani Danuta jak zawsze znajduje dla siebie korzyść.

Z tej historii wyciągnęłam istotną naukę. Czasem walka o czyjąś uwagę, o częstsze spotkania, tak naprawdę powoduje jeszcze większy rozłam. Musimy nauczyć się puszczać wolno tych, których kochamy. Dorośli dzieci mają własne wybory i choćby jeżeli ich nie rozumiemy, przy prawdziwym wsparciu rodziny zawsze będą wiedzieć, gdzie mogą wrócić. Tylko rodzina, wobec siebie, powinna okazywać zrozumienie i umieć wyciągać do siebie rękę na zgodę, zanim będzie za późno.

Idź do oryginalnego materiału