Dziennik, 15 marca
Ostatnio mam wrażenie, iż ktoś powoli i skutecznie odbiera mi syna. Kiedyś, zanim Piotrek się ożenił z Weroniką, relacje między nami były zupełnie inne. Teraz, jak tylko mają wolny czas, pędzą do jej matki. Tam zawsze coś trzeba naprawić, pomóc, posprzątać. Zastanawiam się, jak ta kobieta funkcjonowała przez całe życie, zanim jej córka wyszła za mojego syna.
Piotrek z Weroniką są małżeństwem już od ponad dwóch lat. Tuż po ślubie zamieszkali osobno, w kawalerce, którą kupiliśmy Piotrkowi jeszcze na studiach: małe, ale przytulne mieszkanie na Pradze, niedaleko jego pracy. Dawaliśmy mu wsparcie, ile tylko mogliśmy, zwłaszcza iż zawsze był rozsądny i dojrzały jak na swój wiek. Przed ślubem mieszkał już sam, a nam czasem go brakowało, ale rozumieliśmy, iż tak jest wygodniej.
Weronika była zawsze trochę zagubiona i nie do końca wiedziała, czego adekwatnie chce. Nie mogę powiedzieć, iż jej nie lubiłam, bo niczego jej nie brakowało, ale miałam przeczucie, iż do życia we dwoje przydałoby się jej jeszcze trochę dojrzałości. Bywała rozkapryszona, potrafiła rzucić wszystko i płakać o byle drobiazg. Ale Piotrek był szczęśliwy, więc myślałam: może z wiekiem jej przejdzie.
Dopiero po spotkaniach z jej matką zrozumiałam, skąd te wszystkie cechy. Pani Jolanta, choć w moim wieku, była dziecinna i roztrzepana, żyła jakby kilka kroków za rzeczywistością. Kobieta po sześciu rozwodach, która wciąż szuka księcia z bajki. Nie miałyśmy o czym rozmawiać, bo ona żyła tylko plotkami i opowieściami o swoich przygodach, ale przynajmniej nie była natarczywa. Nasz kontakt ograniczał się do wymiany grzeczności przy okazji ślubu dzieci i tyle.
Pierwsze niepokojące sygnały zobaczyłam jeszcze przed weselem. Weronika wciąż prosiła Piotrka, by podjechał do jej mamy a to cieknący kran, a to trzeba było wkręcić żarówkę, a to coś się kiwało na półce. Myślałam, niech jedzie kobieta sama, nie ma żadnego syna, to może liczy na męską pomoc. Ale te drobne naprawy wcale nie malały, wręcz przeciwnie, ciągle pojawiały się nowe awarie. Z czasem nasz syn przestał choćby odwiedzać nas, bo mama Weroniki coś potrzebuje.
Najgorsze było to, gdy całe święta zaczęli spędzać tylko u Jolanty, a my zostaliśmy we trójkę: ja, tata i teściowa. Piotrek choćby na rodzinne uroczystości przestał przychodzić. Prosiłam go raz czy drugi o pomoc tak jak ostatnio, gdy kupiliśmy nową lodówkę i trzeba było ją przenieść do mieszkania. Syn zgodził się, ale w dzień przeprowadzki zadzwonił, iż jednak nie da rady, bo muszą z Weroniką pomóc jej mamie z przeciekającą pralką.
Gdy mąż do niego zadzwonił, w tle usłyszał głos Weroniki: Naprawdę nie mogliście zadzwonić po firmę od przeprowadzek? Piotrek w końcu przyszedł zły, jakby robił nam łaskę. Tato, czemu nie mogłeś zadzwonić po fachowców? Teraz ja muszę to wszystko targać!
Nie wytrzymałam. Pomyślałam w duchu, dlaczego mama Weroniki sama nie wezwie hydraulika? Przecież mieszkamy w Warszawie, specjalistów nie brakuje. Piotrek zawsze tłumaczył: Mama Weroniki boi się, iż ją oszukają, a ja jej zaufany. Z jednej strony to rozumiem, z drugiej czy naprawdę musi teraz każdą wolną chwilę spędzać u teściowej?
Mój mąż, Andrzej, nie wytrzymał i rzucił wtedy pod nosem: Może na sprzęcie AGD się nie zna, ale w prowadzeniu jednej owcy jest mistrzynią. Piotrek się zagotował i wyszedł bez słowa. Nie wtrącałam się, choć miałam ochotę przyznać rację Andrzejowi w końcu Jolanta rzeczywiście prowadzi Piotrka, jak jej się podoba.
Od tamtej pory Piotrek nie rozmawia z ojcem, już drugi tydzień. Andrzej też dumny mówi, iż nie będzie pierwszy wyciągał ręki, bo nie ma za co przepraszać. Czuję się jak między młotem a kowadłem. Z jednej strony wiem, iż mąż miał rację, ale mógł ująć to delikatniej. Z drugiej nie chcę stracić syna przez taką bzdurę.
Uparci obaj Andrzej się nie odzywa, Piotrek również. A najlepiej na tym wychodzi tylko teściowa naszego syna! Po polsku: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.
















