Jesteś moim szczęściem? Historia Nadzie i Artema: jak z uporu powstało małżeństwo, pojawił się syn Świętosław, potem pojawiła się zazdrość, życiowe zakręty, romanse z Romkiem i Pawłem, odejście Artema do Katarzyny, rozstania i powroty, walka z nałogiem, namiętność z tajemniczym Egorem na przystanku, rady doświadczonej przyjaciółki, kryzysy, powroty do rodziny, zaskakująca siła wybaczenia – oraz szczęście po latach, przy dzieciach i wnuczkach, gdy pada najważniejsze pytanie: Nadziu, czy naprawdę jestem Twoim szczęściem?

newskey24.com 14 godzin temu

CZY JESTEŚ MOIM SZCZĘŚCIEM?

Nigdy nie planowałam wyjść za mąż. Gdyby nie determinacja mojego przyszłego męża, pewnie do dziś byłabym wolnym ptakiem. Tomasz, niczym szalony motyl, krążył wokół mnie, zabiegał o moją uwagę, spełniał każdą moją zachciankę, dosłownie zdmuchiwał ze mnie pyłek… Poddałam się. Wzięliśmy ślub.

Tomasz od razu stał się bliski, swojski, niemal jak ciepłe kapcie. Z nim wszystko wydawało się łatwiejsze.

Rok później urodził się nasz syn, Sławomir. Tomasz pracował w Warszawie, a rodzina mieszkała w Poznaniu. Do domu wracał raz w tygodniu, zawsze z przysmakami dla mnie i Sławcia. Jak zwykle rozpakowywałam jego rzeczy i sprawdzałam kieszenie, bo kiedyś wyprałam mu dowód osobisty…

Od tego czasu dokładnie przeglądałam każdą wypukłość materiału. Tym razem z kieszeni spodni wypadła kartka, złożona na cztery. Rozwinęłam i przeczytałam była to długa lista szkolnych przyborów. Na końcu dziecięcym pismem dopisano: Tato, przyjedź szybko.

I jak tu się nie roześmiać! Tomasz i podwójne życie! Dwóch żon!

Nie urządziłam scen. Spakowałam się, chwyciłam Sławka (który nie miał jeszcze trzech lat) za rękę i pojechałam do mamy na dłużej. Mama oddała nam swój pokoik:

Mieszkajcie, dopóki się nie pogodzicie.

Przyszła mi do głowy myśl o zemście na niewdzięcznym mężu. Przypomniałam sobie szkolnego kolegę Roman. On od zawsze był dla mnie opoką, dokuczał i jednocześnie wspierał. Dzwonię:

Cześć, Romciu! Nie ożeniłeś się jeszcze?

Ola! Jak miło cię słyszeć! Co za różnica, żonaty czy rozwiedziony… Może się spotkamy? rozchmurzył się Roman.

Ten spontaniczny romans trwał pół roku. Tomasz co miesiąc przynosił alimenty dla syna, przekazywał je mamie i wychodził bez słowa.

Wiedziałam, iż mąż zamieszkał z Kasią Jaroszewską, matką dziewczynki z poprzedniego małżeństwa. Kasia nalegała, by córka mówiła do Tomasza tato. Zamieszkali w jego mieszkaniu w Warszawie. Gdy tylko dowiedziała się, iż wyjechałam, sprowadziła się z córką do Tomasza. Kasia otaczała go uwielbieniem: dziergała mu wełniane skarpetki, gotowała domowe obiady… Dowiedziałam się o tym później. Często mu to wypominałam. Wtedy myślałam, iż nasze małżeństwo się wypaliło, przeżyliśmy już wszystko.

Spotkaliśmy się z Tomaszem przy kawie omawialiśmy rozwód. Nagle ogarnęły nas wspólne miłe wspomnienia. Tomasz wyznał mi swoją wielką miłość, przyznał się do winy, powiedział, iż nie wie, jak pozbyć się Kasi.

Zrobiło mi się go żal. Wróciliśmy do siebie. Tomasz nie wiedział nic o moim romansie z Romanem. Kasia z córką wyjechały z Warszawy na stałe.

Minęło siedem lat szczęśliwego życia. Potem Tomasz miał poważny wypadek samochodowy. Operacja nogi, rehabilitacja, poruszanie się o lasce potrzebował dwóch lat na powrót do zdrowia. Cały ten proces wycieńczył go psychicznie. Zaczął nadużywać alkoholu. Stracił chęć do życia, zamknął się w sobie. Było mi ciężko to obserwować, prośby i rozmowy nic nie pomagały. Wykańczał siebie i nas z synem. Odmawiał jakiejkolwiek pomocy.

Na szczęście w pracy znalazł się ktoś, komu mogłam się zwierzyć Paweł. Słuchał mnie podczas przerw na papierosa, spacerował ze mną po pracy, pocieszał. Paweł był żonaty, jego żona spodziewała się drugiego dziecka. Do dziś nie rozumiem, jak znaleźliśmy się razem w łóżku. Absurd! Był ode mnie niższy, nijaki, kompletnie nie w moim typie!

I poszło jak z płatka! Paweł zabierał mnie na wystawy, koncerty, do teatru. Kiedy żona urodziła córeczkę, Paweł ograniczył nasze spotkania. Zrezygnował z pracy u nas i przeniósł się do innego zakładu. Może wtedy pomyślał: z oczu, z serca? Nie miałam do niego żadnych roszczeń, łatwo puściłam go z powrotem do rodziny. Przez chwilę zagłuszał moją samotność i smutek. Nie chciałam rozbijać jego małżeństwa.

Tomasz wciąż pił na umór.

Po pięciu latach przypadkiem spotkałam Pawła. Z uśmiechem zaproponował, żebym została jego żoną. Trochę mnie to rozbawiło.

Tymczasem Tomasz na krótko odzyskał siły, wyjechał do pracy do Czech. Starałam się być wzorową żoną i matką wszystkie moje myśli skupiały się na rodzinie.

Tomasz wrócił po pół roku, zrobiliśmy remont w mieszkaniu, kupiliśmy nowy sprzęt AGD. Tomasz wreszcie naprawił swój samochód. Wydawało się, iż można być szczęśliwym. Ale, niestety, wrócił do nałogu. Znów zaczął pić. Przyjaciele dosłownie przynosili go do domu, sam nie był w stanie dotrzeć choćby na nogach. Często szukałam go po naszym osiedlu znajdowałam na ławce, ze spuszczonymi, pustymi kieszeniami, targałam z powrotem do domu…

Pewnej wiosny stałam smutna na przystanku autobusowym. Ptaszki śpiewały, słońce ciepło grzało, a mnie nie cieszyła ta kwietniowa radość. Nagle ktoś szeptem zapytał:

Może mogę pomóc w pani kłopotach?

Odwróciłam się. Przystojniak, pachnący wodą kolońską! Miałam wtedy 45 lat. Czy znów mogę być wisienką na torcie? Zawstydziłam się, niemal jak pensjonarka. Na szczęście podjechał autobus, wskoczyłam do środka i uciekłam, zanim stało się coś złego. Mężczyzna pomachał mi na pożegnanie. Myślałam o nim przez cały dzień w pracy. Odsuwałam się jednak od nowego uczucia przez dwa tygodnie dla zasady…

Ale Igor (tak miał na imię mój adorator), był niezmordowany. Każdego ranka czekał na mnie przy tym samym przystanku. Szybciej wychodziłam z domu tylko po to, by znów go zobaczyć. Igor, gdy mnie widział, posyłał mi uśmiech i całusy z daleka.

Pewnego dnia przyniósł wielki bukiet czerwonych tulipanów. Powiedziałam:

Gdzie ja z tymi kwiatami rano do pracy? Dziewczyny zaraz mnie zdemaskują, a ja z niewinnej zrobię się podejrzana.

Igor się roześmiał:

No tak, nie pomyślałem o skutkach ubocznych.

Oddał bukiet starszej pani, która przyglądała się nam z zainteresowaniem. Pani aż promieniała! Dziękuję, młody. Życzę ci gorącej kochanki! Zaczerwieniłam się. Dobrze, iż nie życzyła mu młodej kochanki, bo chyba zapadłabym się pod ziemię!

Igor kontynuował, zwracając się do mnie:

Może razem będziemy winni? Nie pożałujesz tego!

Przyznam, propozycja była kusząca i w samą porę. Z Tomaszem nie było już żadnego kontaktu leżał na łóżku bez ruchu, pogrążony w alkoholu.

Igor okazał się niepalącym abstynentem, byłym sportowcem (miał 57 lat) i wyśmienitym rozmówcą. Był rozwiedziony. Miał w sobie magnetyzm, któremu nie mogłam się oprzeć.

Zatonęłam w tym romansie! Była to burza namiętności. Przez trzy lata bujałam się między domem a Igorem. Dusza mi się plątała.

Nie miałam ani siły, ani chęci, by przestać. Jednak kiedy nareszcie poczułam, iż chcę zakończyć ten związek, sił znowu zabrakło. Jak mówi przysłowie: ciągnie wilka do lasu! Igor opanował mnie całkowicie! Gdy był obok, brakowało mi tchu, traciłam głowę! Ale wiedziałam, iż ta miłość nie skończy się dobrze. Miłość do Igora nie istniała.

Wracając do domu, wykończona po spotkaniu z kochankiem, pragnęłam wtulić się w ramiona męża. Choć pijany, brudny był mój, swojski i czysty! Mój chleb jest słodszy niż cudzy tort! To była prawda życia. A namiętność pochodzi od słowa cierpieć. Chciałam już raczej pocierpieć przez Igora, niż dalej uciekać z domu. Tak myślałam. Ale ciało wciąż marzyło o upadku. Byłam zakładniczką własnych emocji.

Syn wiedział o Igorze. Spotkał nas w restauracji, gdy był tam z dziewczyną. Musiałam przedstawić Igora synowi. Przywitali się i pożegnali. Wieczorem Sławek patrzył na mnie wymownie i czekał na wyjaśnienia. Odparłam żartem, iż kolega zaprosił mnie na rozmowę o nowym projekcie. W restauracji? mruknął ze zrozumieniem. Nie oceniał mnie. Prosił, żebym nie rozwodziła się z tatą. Może wszystko się jeszcze ułoży, mówił.

Czułam się zagubiona, błądząca owieczka. Koleżanka, która miała za sobą trzy małżeństwa, radziła mi, żebym odpuściła kochanków i odpoczęła. Jej rady wydawały się rozsądne. Dziewczyny z doświadczeniem wiedzą, co mówią. Ale to była tylko teoria. Zakończyłam romans dopiero, gdy Igor podniósł na mnie rękę.

To był koniec. Podróż przez piekło dobiegła kresu.

Igor jeszcze długo próbował mnie odzyskać. Czekał na mnie wszędzie, prosił o wybaczenie, choćby na kolanach Pozostałam nieugięta. Przyjaciółka obdarowała mnie kubkiem z napisem Dobra decyzja!

Co do Tomasza wiedział o moich zdradach, bo Igor mu wszystko wyśpiewał. Kochanek był pewien, iż odejdę. Tomasz przyznał mi się:

Słuchałem tej paplaniny twojego adoratora i chciałem umrzeć po cichu. To moja wina! Sam uzależniłem się, straciłem żonę. Co miałem ci powiedzieć?

Minęło dziesięć lat. Mamy z Tomaszem dwie wnuczki. Siedzimy razem przy kawie, patrzę w okno. Tomasz bierze mnie za rękę:

Ola, spójrz na mnie. Ja jestem twoim szczęściem. Wierzysz mi?

Oczywiście wierzę, mój jedyny…

W życiu szczęście nie zawsze oznacza brak burz. Czasem jest to umiejętność odnalezienia siebie na nowo, wybaczenia, trwania i powrotu do tego, co naprawdę ważne.

Idź do oryginalnego materiału