Pewnej nocy, która zdawała się być jednocześnie wczoraj, jutro i dawno temu, urodziny świętowała moja szwagierka, która nazywała się Ludmiła. Nigdy nie darzyłam jej ciepłymi uczuciami, ona także patrzyła na mnie jak na obcą twarz w tłumie na dworcu Warszawa Centralna, a nasze wzajemne chłody przeradzały się w lodowatą uprzejmość. Cała rodzina przybyła na jej uroczystośćod sędziwych babć pachnących pieprzem z młynka, po rówieśników dziecięcych biegnących w pantoflach przez duszne pokoje na Pradze. Każdy z gości uznał za słuszne pogratulować mojemu mężowi, Dominikowi, urodzin siostry, a jednocześnie podziwiać jego szczodrość z ustami pełnymi makowca.
Zbieraliśmy gratulacje i szeleszczącą kopertę, w której tkwiło pięćset złotych. Prezent wyglądał przyzwoicie, jak na polskie zwyczaje urodzinowe, ale słowo hojność płynące ze wszystkich ust pasowało do tej sumy jak szalik w maju. Dopiero gdy moja teściowa, Barbara, podeszła z tortem pełnym świeczek, wszystko nabrało abstrakcyjnych kolorów jak w snach malowanych wyłącznie dla lunatyków.
Dominiku, twoja siostra przez cały czas żyje w pustce miłosnej, nie ma wybranego, więc jako jej starszy brat twoja rola jest święta, powinieneś ją chronić jak wilk w Puszczy Białowieskiej. Masz dwa mieszkaniajedno dziś przekazujesz Ludmile! Oczy Barbary błyszczały jak świeże monety z kiosku Ruchu.
Głośne oklaski wypełniły pokój jak deszcz gradowy na czerwcowej burzy, a ja przez chwilę poczułam się, jakbym opadała z wysokości na krzesło wykute z marzeń i nieuprzejmości. Ale to nie był koniec surrealistycznego przedstawienia.
Dominiku, chcę to mieszkanie w nowym bloku przy ulicy Twardej! Mamo, kiedy mogę porozstawiać tutaj swoje sny w walizkach? Szwagierka prawie tańczyła wokół stołu.
Nie było w tym żadnej logiki rzeczywistej. Mieliśmy z mężem dwa mieszkania. Jedno odziedziczyłam po swojej babci Jadwidze, gdzie cegły w ścianach pamiętały jeszcze czasy komuny. Wszystko tam odmalowaliśmy, wynajmujemy je, a pieniądze z wynajmu przeznaczamy na spłatę kredytu hipotecznego za nowe gniazdo na Muranowie. W tym drugim mieszkaliśmy i recytowaliśmy codzienne sny. Dominik nie miał żadnych praw do babcinego lokum, planowałam oddać je naszej córce, Zofii, a nie Ludmile.
Zapomnij o tym, bo to, co wynajmujemy, jest moim dziedzictwem, a w nowym mieszkaniu snujemy wspólnie własne historie.
Kochana córko, mylisz się bardzo! rzuciła Barbara, robiąc dramatyczny gest ręką Co jest twoje, to także jest mojego syna, a więc wasza własność powinna być w jego dłoniach, jak jabłka w koszu na rynku w Krakowie.
Nie mam zamiaru dzielić mojej własności jak chałkę w niedzielny poranek! Dominiku, czy masz coś do powiedzenia? Starałam się złapać krążące po pokoju sensy.
Mąż spojrzał na mnie sennym wzrokiem jak ul na wiosnę.
Jolu, zarobimy jeszcze więcej, kupimy nowe mieszkanie, to stare podarujmy Ludmile, dzisiaj przecież jej święto.
Żartujesz? Wpadłam w zdumienie. o ile faktycznie chcesz jej oddać cokolwiek, zrobimy to dopiero po rozwodzie, a wtedy możesz jej dać choćby klucze do piwnicy!
Tak zwracasz się do męża? jeżeli pragniesz rozwodu, to go załatwimy natychmiast! wtrąciła się Barbara kręcąc się jak gołąb w fontannie. Synu, pakuj rzeczy, wracaj pod mój dach, a ty, Jolu, jesteś chytra jak lis na polanie!
Po tych słowach wyszłam, zostawiając ten dom tonący w odmętach nierzeczywistości i parabankowych podziałów majątku, bo nie zamierzałam pozostać wśród ludzi, którzy chcą rozkładać moje życie na kafelki z rozbitego snu.










