No wiesz co, mam taką historię, iż aż łezka się w oku kręci, muszę Ci opowiedzieć.
No więc, wyobraź sobie, stara babcia Zofia z trudem pcha furtkę na podwórku, ledwo dociera do drzwi, długo szarpie się z tym swoim zardzewiałym zamkiem, aż w końcu wchodzi do tego swojego zimnego, nieogrzewanego domu i siada na stołku przy kaflowym piecu. W domu czuć wilgoć i taką pustkę, jakby tu od dawna nikt nie mieszkał.
A przecież babcia Zosia była nieobecna tylko trzy miesiące! Ale przez ten czas, pajęczyny oplątały sufity, stary stołek skrzypi jakby żalił się na cały świat, wiatr huczy w kominie Cały dom zdaje się narzekać: Gdzieś Ty, gospodyni, się podziewała? Na kogoś nas zostawiła? Jak my teraz przez zimę przetrwamy, co?
Już, już, mój drogi, tylko chwilę odpocznę Zaraz napalę w piecu, ogrzejemy się mówi cicho babcia.
Jeszcze rok temu babcia Zofia śmigała po tym starym domu jak młoda dziewczyna. Trochę wapna, trochę farby, wody nanosiła ze studni. Mała, zwinna postać raz pochylała się do modlitwy przed świętym obrazem, raz gospodarzyła przy piecu, raz biegała po ogrodzie siała, plewiła, podlewała.
Stary dom się cieszył, skrzypiał radośnie pod jej lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się same od dotknięcia tych pracowitych, zniszczonych już rąk, a z pieca wyjeżdżały pyszne drożdżówki. Fajnie im było razem Zosi i jej wiernemu, stulatniemu już domowi.
Męża pochowała młodo. Troje dzieci wychowała i wykształciła. Jeden syn marynarz, kapitan, drugi wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko odwiedzają.
Tylko najmłodsza córka Wiesia została na wsi, jako główna agronomka, od rana do wieczora zaganiana, u mamy wpada tylko w niedzielę, nakarmi pączkami, pogada chwilę I znów tydzień się nie widzą.
Na pocieszenie była wnuczka Jagódka. Wychowana praktycznie przez babcię.
A jaka z niej panna wyrosła! Piękność! Oczy wielkie, szare jak niebo przed burzą, włosy długie, jasne, lśniące, jak te kłosy na polu. Jak zrobiła koński ogon, to połowa miasteczka ogłupiała. Chłopakom szczęki opadały. I ta figura Skąd taka postawa i uroda u wiejskiej dziewczyny?
Babcia Zosia ładna była, jak była młoda, ale na zdjęciu to bardziej pastereczka niż królowa przy wnuczce.
Mądra była Jagódka! Ukończyła Akademię Rolniczą w Krakowie, wróciła do rodzinnych stron pracować jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza, po czym przez program dla młodych rodzin dostała nowy dom.
I co to był za dom! Cegła, wszystko porządne, prawie willa, a nie dom.
Jedno, co babcia miała lepsze, to sad wokół chałupy wszystko rosło, wszystko kwitło. U Jagódki pod domem – trzy badyle na krzyż i już. I sama się nigdy nie rwała do sadzenia, bo i nie była nauczona, baba ją zawsze chroniła od cięższych prac.
Potem syn się urodził Franek. To już w ogóle nie było czasu w ogródki.
Jagoda więc zaczęła babcię namawiać: Babciu, chodź do mnie, dom piękny, ciepły, nie trzeba palić w piecu. A Zosia już osiemdziesiątkę miała, zaczęły się choroby, nogi jakieś słabe dała się przekonać.
Zamieszkała z wnuczką kilka miesięcy. Ale pewnego dnia słyszy od niej: Babciu, ja Cię kocham, ale co Ty tylko siedzisz? Zawsze pracowałaś, a u mnie się rozsiadłaś, ja tu gospodarstwo chcę rozkręcić, liczę na Twoją pomoc… A babcia na to: Kochana, ale ja już nie mam siły, nogi już nie te… Aha, do mnie przyjechałaś, to od razu stara jesteś
No i tak, nie spełniła oczekiwań, więc babcia wróciła do siebie. Tak się tym przejęła, iż całkiem osłabła. Nogi jej już ledwo chodziły, łóżko ledwie opuszczała, a do kościoła już choćby nie próbowała.
Proboszcz, ojciec Jan, sam do niej przychodził. On ją znał od lat jako najwierniejszą parafiankę i pomocnicę przy każdym kościelnym wydarzeniu. Wszedł do chaty, przyjrzał się, a tu babcia siedzi przy stole i, wyobraź sobie, pisze miesięczne listy do synów.
Chłodno, piec tylko lekko nagrzany, podłoga lodowata. Najcieplejszy sweter już wysłużony, chustka trochę przybrudzona a przecież to była taka pedantka! Na nogach stare rozklapane filcaki.
Ojciec Jan westchnął: pomóc jej trzeba. Może poprosić Halinę, sąsiadkę? pozostało w sile wieku, ze dwadzieścia lat młodsza od babci Zosi.
Przyniósł chleba, pierniki i pół blachy jeszcze ciepłej drożdżówki z twarogiem od żony, Marysi. Zakasał rękawy, złapany za miotłę, wyrzucił popiół z pieca, przyniósł drewna na kilka rozpaleń, nakręcił blaszany czajnik na piec.
Synku drogi! Ojej Tzn. ojcze kochany! Pomożesz mi napisać adresy na kopertach? Bo jak ja swoim bazgrołem napiszę, to na pewno nie dojdą!
Ojciec Jan usiadł, napisał adresy, rzucił okiem na list grube, roztrzęsione litery: Mieszkam świetnie, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu! Tylko, iż cały list w kleksach, które wyglądały jak łzy
Halina przejęła się losem babci, zaczęła jej pomagać. Ojciec Jan odwiedzał ją często, spowiadał i przynosił komunię, a na większe święta mąż Haliny, pan Marian, stary marynarz, woził babcię na mszę swoim starym motocyklem. I tak jakoś życie wracało na lepsze tory.
Wnuczka, niestety, przestała się pojawiać, a potem, jak minęło z dwa lata, ciężko zachorowała. Myślała, iż to żołądek, bo od lat miała z nim problemy. Okazało się, iż to rak płuc. gwałtownie Jagódka odeszła, w pół roku
Mąż Jagódki zupełnie się załamał codziennie na cmentarzu, z flaszką, spał na grobie, budził się i znowu po flaszkę. Czteroletni Franek został sam zaniedbany, głodny, smutny.
Wzięła go pod opiekę Wiesia, ale jako zapracowana agronomka nie mogła się nim naprawdę zająć, więc zaczęli szykować Franka do domu dziecka.
Dom dziecka w powiecie był w porządku dobry dyrektor, porządne jedzenie, na weekend można zabierać dzieci do domu. Ale przecież to nie to samo, co rodzina. Wiesia nie miała wyboru, musiała pracować do emerytury, często wracała późno.
Wtedy, któregoś dnia, na motocyklu, w wózku bocznym starego Junaka, przyjechała babcia Zofia. Motocykl prowadził pan Marian, w pasiastej koszulce z kotwicą, tatuaże, taki marynarz z jajem. Oboje wyglądali na gotowych walczyć o dziecko z całym światem.
Ja Franka do siebie wezmę mówi krótko babcia.
Mamo, Ty ledwie chodzisz! Jak Ty dasz radę z małym dzieciakiem, musisz gotować, prać
Dopóki żyję, do domu dziecka go nie oddam powiedziała twardo babcia.
Wiesia aż zaniemówiła ze zdziwienia, bo przecież babcia zawsze była pokorna i cicha, a tu taka stanowczość! No i zaczęła pakować wnukowi rzeczy.
Pan Marian dowiózł ich do chaty, praktycznie zanieśli ich oboje do środka. Sąsiedzi gadali: Oj, dobra babka, ale chyba jej się na starość pomieszało. Sama siły nie ma, a jeszcze dzieciaka do siebie wzięła Toż to nie kociak Dzieckiem trzeba się zająć A Wiesia gdzie patrzy?!
Po niedzielnej mszy ojciec Jan poszedł do Zosi, lekko zestresowany, czy nie trzeba będzie zabierać biednego, zaniedbanego Franka od schorowanej staruszki.
Wstępuje do chaty: ciepło, piec aż huczy, Franek czysty, najedzony, siedzi na wersalce i słucha bajki o Czerwonym Kapturku z patefonu. A babcia Zosia ledwie poznajesz krząta się po izbie jak młoda: smaruje blachę pędzelkiem, wyrabia ciasto, bije jajka do sera. Nogi same fruwają!
Ojcze kochany! Właśnie robię drożdżówki… Zaczekaj chwilę, zaraz i dla Marysi i dla Jurka się trochę ciepłych upiecze
Ojciec Jan wrócił do domu i jeszcze nie mógł uwierzyć własnym oczom, opowiada o wszystkim żonie.
Marysia zamyśliła się, wyjęła z regału starą niebieską księgę i czyta mu kawałek o prababci Walerii, która całe życie poświęciła rodzinie, a jak już naprawdę było źle i wszyscy myśleli, iż umiera, to usłyszała płacz noworodka świeżo narodzona prawnuczka, Ania, wróciła z mamą ze szpitala. Prababcia niedomagająca, już prawie na drugi świat się wybierająca, zebrała ostatnie siły, podniosła się z łóżka, zaczęła bujać malutką, a matka mogła spokojnie odpocząć. Przestała myśleć o odchodzeniu, odzyskała siły i jeszcze długo pomagała rodzinie.
Marysia zamknęła zeszyt, popatrzyła na męża i radośnie mówi: Moja prababcia, Weronika, kochała mnie nad życie i po prostu nie mogła umrzeć, bo wiedziała, iż ma tu jeszcze robotę. Jak w starej piosence: 'A umierać za wcześnie, jeszcze tyle tu do zrobienia!
I żyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, Twojej teściowej, Anieli, wychować mnie swoją ukochaną prawnuczkę.
Ojciec Jan tylko się uśmiechnął do żony, a ja Ci, przyjacielu, powiem jedno jak człowiek jest komuś potrzebny, to choćby starość nie jest taka straszna.
















