Jeszcze nam w domu roboty nie brak – Opowieść o babci Wali, która po powrocie do starej chaty, mimo osiemdziesiątki, zimnej izby i samotności, potrafiła rozgrzać piec, zatroszczyć się o prawnuka i własnym przykładem udowodnić, iż serce staruszki oraz dom rodzinny nigdy nie są gotowe do końca odpocząc, bo póki żyjemy, mamy tu wciąż swoje sprawy do załatwienia.

newsempire24.com 20 godzin temu

Mamy jeszcze trochę spraw w domu…

Babcia Waleria ledwo co otworzyła furtkę, z trudem dotarła do drzwi, długo szarpała się z zardzewiałym zamkiem, weszła w końcu do swojego zimnego, dawno nieogrzewanego domu i usiadła na stołku przy niewzruszonej kaflowej kuchni. W izbie unosił się zapach niezamieszkania.

Minęły tylko trzy miesiące jej nieobecności, a już sufity pokryły się pajęczynami, dawny stołek żałośnie trzeszczał, wiatr wył w kominie dom powitał ją z wyrzutem: gdzie byłaś gospodyni, komu nas zostawiłaś?! Jak teraz zimę przetrwamy?!

Zaraz, zaraz, mój drogi, poczekaj chwilę, odpocznę Rozpalę, ogrzejemy się

Jeszcze rok temu babcia Waleria żwawo krzątała się po starym domu: wapnowała, malowała, wodę przynosiła. Jej drobna, lekka postać raz skłaniała się przed ikonami, raz doglądała pieca, raz gwałtownie przemykała przez sad a zawsze wszystko posadzone, wyplewione, podlane na czas.

Dom cieszył się razem z panią, deski skrzypiały żywo pod jej szybkimi krokami, drzwi i okna rozpościerały się chętnie na dotyk zniszczonych, ciepłych dłoni, piec radośnie wypiekał drożdżowe placki. Było im razem dobrze: Walerii i jej starej chacie.

Męża pochowała wcześnie. Troje dzieci wychowała, wszystkim wykształcenie dała, ludzi z nich zrobiła. Jeden syn kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi wojskowy, pułkownik. Obaj mieszkają daleko, rzadko wpadają w odwiedziny.

Tylko najmłodsza córka, Małgorzata, została na wsi jako główna agronomka, całe dnie w pracy, matkę odwiedza w niedzielę, nakarmi plackiem i znowu tydzień się nie widzą.

Jedyną pociechą była wnuczka Hania. To można powiedzieć, iż u babci wyrosła. A jaka wyrosła! Piękność! Oczy szare, ogromne, włosy długie, koloru dojrzałego owsa, błyszczące, kędzierzawe jakby świeciły własnym światłem. Zrobi kucyka, a pasma rozlewają się na ramionach wszyscy chłopcy w wiosce tracili rezon. Patrzyli z rozdziawionymi ustami, no naprawdę. Sylwetka nienaganna skąd u wiejskiej dziewczyny taka uroda i postawa?

Babcia Waleria w młodości była ładna, ale jak porównać stare zdjęcia, to babcia pastuszka, a wnuczka królowa

A do tego mądra. Ukończyła Akademię Rolniczą w Warszawie, wróciła do rodzinnej wsi jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza i przez program dla młodych rodzin dostali nowy dom.

A co to był za dom! Murowany, solidny, z prawdziwego zdarzenia jak na wieś prawdziwa willa, nie dom.

Jedno tylko: u babci przy chałupie sad, wszystko rośnie i kwitnie, a wokół nowego domu wnuczki na razie tylko jakieś trzy żałosne badyle. I tak szczerze, Hania nie miała ręki do roślin miała delikatną naturę, babcia chroniła ją przed przeciągiem i ciężką pracą.

A potem urodził się synek Wacek. Z obowiązkami domowymi nie było już jej po drodze.

Zaczęła Hania namawiać babcię do przeprowadzki do siebie: no chodź, babciu, do mnie! Dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba.

Babcia zaczęła podupadać, w końcu osiemdziesiątka stuknęła, nogi odmówiły posłuszeństwa, jakby czekały na okrągłą rocznicę. Uległa więc namowom.

Pomieszkała parę miesięcy u wnuczki. I usłyszała:

Babciu kochana! Przecież wiesz, jak cię kocham! Ale cały czas siedzisz A przecież całe życie byłaś w ruchu, pracowałaś! A teraz, zobacz, rozsiadłaś się A ja hodowlę chcę rozwinąć, liczę na twoją pomoc

Córeczko, ja już nie mogę, nogi nie te Stara jestem

No tak Jak tylko do mnie przyjechałaś, to od razu się postarzałaś

Wkrótce więc babcia, nie spełniwszy oczekiwań, wróciła do swojego domu.

Po rozczarowaniach, iż nie dała rady pomóc ukochanej wnuczce, Waleria się położyła na dobre. Nogi ledwo się przesuwały swoje już przeszły przez życie. Przejście z łóżka do stołu stało się trudnym zadaniem, a do kościółka niewykonalnym.

Proboszcz, ksiądz Jerzy, sam przyszedł odwiedzić swoją stałą parafiankę, dawną pomocnicę w sprawach parafii. Rozejrzał się czujnie.

Babcia siedziała przy stole, pochłonięta ważnym zadaniem: pisała miesiąc w miesiąc listy do synów. W izbie chłodno: piec ledwie nagrzany, podłoga lodowata. Najcieplejszy sweter już mocno zszarzały, chustka nieświeża a przecież to była największa czyścioszka, na nogach wytarte kapcie-filcaki.

Ksiądz Jerzy westchnął: babcia potrzebuje pomocy. Kogo poprosić? Może Krystynę? Mieszka niedaleko, silna, dwadzieścia lat młodsza od Walerii.

Wyciągnął chleb, pierniki, pół dużego jeszcze ciepłego placka z kapustą (podarunek od pani Zofii). Podwinął rękawy, wygarnął popiół z pieca, w trzech turach przyniósł drew i ułożył stertę obok. Rozpalił. Przyniósł wodę, postawił duży, okopcony czajnik na kuchni.

Synku drogi! Ojej, przepraszam, księże kochany, pomóż mi napisać adresy na kopertach. Bo jak ja moją kurzą łapą nabazgram, to nie dojdzie!

Ksiądz przysiadł, wypisał adresy, zerknął gwałtownie na zapisane listy. W oczy rzuciły się ogromne, drżące litery: “A żyje mi się bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu!”

Tylko iż te listy o dobrym życiu babci były całe zalane rozmazanymi słonymi plamami chyba ze łez.

Krystyna wzięła babcię pod opiekę, ksiądz Jerzy starał się regularnie ją spowiadać i przynosić komunię, w niedziele mąż Krystyny, pan Staszek, dawny marynarz, przywoził ją na motorze na mszę. Powoli życie wracało do normy.

Wnuczka przestała się pokazywać, a po dwóch latach ciężko zachorowała. Od dawna miała problemy z żołądkiem, wszystko tłumaczyła dolegliwościami pokarmowymi.

Okazało się, iż to rak płuc. Skąd się to wzięło kto wie, ale Hania spaliła się w ciągu pół roku.

Mąż praktycznie zamieszkał przy jej grobie kupował butelkę, pił, spał na cmentarzu, budził się i szedł po następną. Czteroletni synek Wacek stał się nikomu niepotrzebny brudny, głodny, zaniedbany. Zabrała go Małgorzata, ale w zabieganiu nie znalazła na wnuka czasu, więc zaczęli szykować Wacka do domu dziecka w powiecie.

Dom dziecka był ponoć niezły energiczny dyrektor, pełnowartościowe jedzenie, dzieci na weekendy można było zabierać do domu.

Ale to nie był dom rodzinny, a Małgorzata nie miała wyjścia praca do późna, do emerytury jeszcze daleko.

Wtedy na starym “Jawy” przyjechała do córki babcia Waleria. Kierował gruby sąsiad, pan Staszek, ubrany w pasiak, wytatuowany w kotwice i syrenki. Wyglądali groźnie.

Babcia Waleria powiedziała krótko:

Ja Wacka zabieram do siebie.

Mamo, ty sama ledwo chodzisz! Dasz radę z dzieciakiem? Trzeba mu ugotować, wyprać!

Dopóki żyję, Wacka do domu dziecka nie oddam ucięła babcia.

Zszokowana stanowczością zwykle łagodnej matki, Małgorzata zamilkła, poszła zbierać rzeczy wnuka.

Pan Staszek odwiózł staruszkę i chłopca do chałupy, prawie na rękach wtaszczył oboje do środka. Sąsiedzi nie rozumieli:

Dobra babka, ale na starość chyba jej już w głowie się pomieszało: sama nie dojdzie, a dziecko wzięła To nie szczeniak! Jemu opieka potrzebna Gdzie Małgorzata patrzy?!

Po niedzielnej mszy ksiądz Jerzy poszedł z niepokojem do Walerii czy nie trzeba będzie odbierać zaniedbanego Wacka biednej, słabej babci?

W izbie było ciepło, piec dobrze rozgrzany. Czysty, zadowolony Wacek słuchał bajek na gramofonie o Bolku i Lolku.

A staruszka biegała żwawo po izbie: smarowała piórkiem blachę, ugniatała ciasto, wybijała jajka do twarogu. Jej nogi chodziły lekko i sprężyście jak za dawnych lat.

Księże drogi! Właśnie… rogaliki piekę… Poczekaj chwilkę matce Zofii i Jankowi dam gorące dla spróbowania…

Ksiądz Jerzy wrócił do domu zdezorientowany, opowiedział żonie, co widział.

Pani Zofia zamyśliła się na chwilę, sięgnęła do starego, niebieskiego zeszytu, przewertowała i przeczytała odpowiedni fragment:

Stara Eufrozyna przeżyła swój długi wiek. Wszystko już minęło marzenia, uczucia, nadzieje wszystko spało pod białym śniegiem. Już pora, pora tam, gdzie nie ma smutku, ani wzdychania Pewnego zimowego wieczoru Eufrozyna długo się modliła przed świętymi obrazami, potem położyła się i powiedziała rodzinie: ‘Zawołajcie księdza będę umierać’.

Twarz jej stała się biała jak śnieg za oknem.

Przyszli z kapłanem, Eufrozyna wyspowiadała się, przyjęła komunię, potem dzień i noc zastygała bez ruchu, nie przyjmując ani kropli wody. Tylko cichy oddech świadczył, iż dusza jeszcze nie opuściła starego ciała.

Nagle drzwi się otworzyły: powiew świeżego mroźnego powietrza, dziecięcy krzyk.

Cicho, cicho, tu babcia umiera!

No nie zatkam dziecku twarzy, dopiero się urodziła, nie rozumie jeszcze, iż nie wolno płakać

Z porodówki wróciła wnuczka Eufrozyny, Jadzia, z noworodkiem. Rano wszyscy byli w pracy, zostawiając umierającą staruszkę i młodą matkę same. Jadzi nie napłynęło jeszcze mleko, sama niedoświadczona, nie umiała przystawić córeczki, więc dziecko wyło jak opętane, przeszkadzając Eufrozynie umierać.

Umierająca babcia podniosła głowę, zamglony wzrok nabrał jasności. Z trudem usiadła, spuściła bose stopy na podłogę i powoli zaczęła szukać kapci.

Kiedy rodzina wróciła z pracy, wszyscy przyszli wcześniej ze względu na umierającą babcię, zobaczyli obrazek: Eufrozyna już nie wybierała się w zaświaty, przeciwnie odzyskała siły.

Chodziła energicznie po pokoju, kołysząc uspokojone niemowlę, podczas gdy wyczerpana Jadzia odpoczywała na kanapie.

Pani Zofia zamknęła zeszyt, uśmiechnęła się do męża i dodała:

Moja prababcia, Weronika Eufrozyna, bardzo mnie pokochała i po prostu nie mogła umrzeć. Powtórzyła słowa starej piosenki: A umierać nam za wcześnie bo mamy jeszcze w domu sprawy!

Przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, Anastazji, wychowywać mnie swoją ukochaną prawnuczkę.

Ksiądz Jerzy uśmiechnął się do żony…

Idź do oryginalnego materiału