Jeszcze nie czas umierać – w domu czekają sprawy… Babcia Wala z trudem otworzyła furtkę, powoli …

twojacena.pl 5 godzin temu

Wciąż mamy jeszcze tyle do zrobienia w domu

Babcia Wanda z trudem uchyla furtkę, powoli sunie do drzwi, długo mocuje się z zardzewiałym zamkiem, aż wreszcie wchodzi do swojego chłodnego, nieogrzewanego domu i siada na stołku przy zimnym piecu kaflowym.
W chacie czuć zapach pustki.
Zaledwie trzy miesiące jej nie było, a już powała obrosła pajęczynami, wiekowy stołek poskrzypuje żałośnie, wiatr świszcze w kominie dom przyjmuje ją z wyrzutem: gdzieś ty się, gospodyni, podziewała, na kogo zostawiłaś? Jak my tu przez zimę przetrwamy?!
Już, już, mój drogi, daj chwilę Odpocznę trochę, zaraz napalę i się ogrzejemy…

Jeszcze rok temu babcia Wanda kręciła się po starym domu żwawo: tu wymalować, tam poprawić, to wodę przynieść. Jej drobna postać co rusz pochylała się przed ikoną, krzątała przy piecu, albo uwijała się po ogrodzie, zdążała wszystko posadzić, odchwaścić, podlać.
Dom radował się razem z nią: podłoga skrzypiała pod lekkimi krokami, drzwi i okna szeroko otwierały się od pierwszego dotyku jej spracowanych dłoni, piec z zapałem wypiekał drożdżowe placki. Było im dobrze razem, babci Wandzie i jej starej chacie.

Męża pochowała wcześnie. Wychowała troje dzieci, wszystkich wykształciła, na ludzi wyprowadziła. Jeden syn kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi wojskowy, pułkownik, obaj żyją daleko, rzadko odwiedzają rodzinne strony.
Tylko najmłodsza córka Jagna została na wsi, jest główną agronomką, całymi dniami w pracy, do matki wpada tylko na niedzielne obiady nakarmi cię rosołem, pierogów da, ale cały tydzień znowu się nie widzą.
Pocieszenie wnuczka Renatka. Można śmiało powiedzieć, iż wychowała się prawie cała u babci.

A jaka z niej dziewczyna wyrosła! Cudo! Oczy szare, duże, włosy długie po pas, w kolorze dojrzałego zboża, falujące, lśniące jakby z nich płynęło światło.
Zrobi koński ogon, a kosmyki opadają na ramiona i chłopakom na wsi szczęki opadają. Taka sylwetka, taka postawa aż dziw, skąd wiejskiej dziewczynie tyle wdzięku i urody?
Babcia Wanda w młodości do urodziwych należała, ale jak się porówna stare fotografie z Renatkową tam pasterka, tu królewna…

I bystra przy tym. Skończyła w Warszawie studia rolnicze, wróciła do rodzinnej wsi jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza, a w ramach programu dla młodych rodzin dostała nowy dom.
Ten ich dom murowany, pewny, z czerwonej cegły. Na tamte warunki to był prawdziwy dworek.
Jedno tylko: wokół babcinej chaty żegna, wszystko kwitnie i rodzi się, a pod nowym domem wnuczki póki co pustki trzy krzaczki. Do ogrodowych spraw Renatka, trzeba powiedzieć, serca nie miała.
Dzieciak się pojawił Stasio. To już o doglądaniu zagonów nie było mowy.

Renatka zaczęła babcię namawiać: przyjdź do nas, zamieszkaj, duży dom mamy, ciepło, nie musisz pieca palić.
Babcia Wanda trochę podupadła na zdrowiu, w osiemdziesiąte urodziny nagle nogi przestały jej służyć, jakby choroba czekała na okrągłą rocznicę. Dała się namówić przez wnuczkę.
Pomieszkała u niej parę miesięcy. Ale potem nasłuchała się:
Babciu, ja cię naprawdę kocham, ale co ty tak ciągle siedzisz? Zawsze w ruchu byłaś, a u mnie rozsiadłaś się… Chciałam, byś pomogła, gospodarkę założyć
Córeczko, ja już nie dam rady, nogi odmawiają posłuszeństwa…Do starości swoje się nabiegały.
Niezła sprawa, jak do mnie przyjechałaś, to od razu na starość ci się zebrało…

Szybko wyszło na to, iż babcia nie spełniła oczekiwań i pożegnała się z „młodymi”, wróciła do swego domu.
Z żalu, iż nie dała rady pomóc ukochanej wnuczce, całkiem już opadła z sił.
Nogi szurały po podłodze powoli, nie chciały się poruszać przez całe życie się nachodziły. Przejść z łóżka do stołu to już wyczyn, a dojść do ukochanego kościoła rzecz ponad siły.

Proboszcz ksiądz Borys sam przyszedł do wiernej parafianki, kiedyś prężnej pomocnicy przy starym kościele. Rzucił doświadczonym okiem na izbę.
Babcia Wanda siedziała przy stole, pisała cotygodniowe listy do synów.
W chacie chłodno, piec ledwie dogrzany, podłoga zimna. Ma na sobie ciepły, znoszony sweter, przybrudzoną chustkę a to pierwsza gospodyni i czyścioszka! Na stopach wytarte filcaki.
Ksiądz Borys westchnął: babci trzeba pomocy. Kto by się nadał? Może Anna? Niedaleko mieszka, silna jeszcze, z dwadzieścia lat młodsza od Wandy.

Wyjął chleb, pierniki, połowę świeżo upieczonej rybnej zapiekanki (pozdrawia matka Aleksandra).
Zakasał rękawy ornatu, wybiera popiół z pieca, trzy razy informuje drewno, składa porządnie w kącie. Rozpala. Przynosi wodę, stawia nad ogniem duży, osmolony czajnik.
Synku drogi! Oj! To znaczy księże kochany! Pomóż mi zaadresować koperty, bo jak ja swoim koślawym pismem napiszę, to nie dojdzie!

Borys siada, wypisuje adresy, rzuca okiem na krzywe wiersze na kartkach. Na każdej wielkimi, drżącymi literami: A ja tu bardzo dobrze, synku, żyję. Wszystkiego mi nie brak, Bogu dzięki!
Lecz listy babci Wandy o dobrym życiu są pokryte rozmazanymi kleksami, najpewniej słonymi łzami.

Anna zaczęła się opiekować staruszką, ksiądz Borys spowiadał ją i udzielał komunii. W wielkie święta Anna z mężem Piotrem, emerytowanym marynarzem, wozili babcię motocyklem do kościoła. Życie powoli wracało do normy.
Wnuczka nie pokazywała się, aż w końcu zachorowała ciężko. Od lat narzekała na żołądek, sądziła, iż to tylko niestrawność.
A to był rak płuc. Skąd przyszła taka choroba, kto wie Renatka zgasła w pół roku.
Jej mąż niemal zamieszkał na cmentarzu: kupował wódkę, pił, spał na grobie, budził się i znowu pił. Czteroletni syn Stasio był nikomu niepotrzebny brudny, zasmarkany, głodny.
Wzięła go Jagna, ale przy swojej pracy nie miała czasu i zaczęto szykować Stasia do domu dziecka w powiecie.

Dom dziecka był ponoć niezły: energiczny dyrektor, dobre wyżywienie, na weekendy można dzieci zabierać do domu.
To nie domowa opieka, ale Jagna nie miała wyboru: w pracy do późna, a do emerytury jeszcze daleko.
Wtedy do córki w koszu starego Urała przyjechała babcia Wanda, a za kierownicą sąsiad Piotr, w pasiaku z tatuażami kotwic i syren na ramionach. Oboje wyglądali wojowniczo.
Babcia Wanda krótko powiedziała:
Stasia wezmę do siebie.

Mamo, ty już ledwo chodzisz! Jak ty z małym dasz radę? Trzeba mu gotować, prać
Dopóki żyję, Stasia do domu dziecka nie oddam ucięła babcia.
Oszołomiona taką stanowczością Jagna milknie, zbiera rzeczy wnuka.
Piotr odwiózł babcię i chłopca do chaty, prawie wniósł ich oboje do środka. Sąsiedzi mieli do babki żal:
Tak dobra kobieta, a na starość coś jej się poprzestawiało Sama ledwie się trzyma, a jeszcze dziecko bierze To nie szczeniaczek Opieki potrzebuje A Jagna pozwala!

Po niedzielnej mszy ksiądz Borys idzie do babci Wandy z obawami: czy trzeba będzie zabierać głodnego, zaniedbanego Stasia od schorowanej kobiety?
W chacie cieplutko, piec nagrzany jak należy. Czysty, zadowolony Staś siedzi na wersalce, słucha bajki o Czerwonym Kapturku z gramofonu.
A słaba, schorowana babcia zwinnie krząta się po domu: smaruje blachę, zagniata ciasto, wbija jajka do twarogu. Jej stare nogi poruszają się żwawo, jak dawniej, przed chorobą.

Księże kochany! Ja tu właśnie serniki robię Poczekaj chwilkę, jeszcze ciepłe dla matki Aleksandry i Kubusia będą
Ksiądz Borys wraca do domu wciąż zaskoczony i opowiada żonie, co widział.
Matka Aleksandra zamyśla się, po chwili wyciąga z kredensu stary, niebieski zeszyt, kartkuje i znajduje odpowiednią stronę:
Stara Eufrozyna dożyła swego wieku. Przeminęły wszystkie marzenia, uczucia, nadzieje wszystko śpi pod białym śniegiem. Czas w drogę, gdzie nie ma już choroby, smutku, ni westchnień
Pewnego lutowego wieczoru Eufrozyna długo się modliła przy ikonach, po czym położyła się i powiedziała rodzinie: Zawołajcie księdza ja już odchodzę.
Twarz jej była biała jak śnieg za oknem.
Zawołano księdza, Eufrozyna wyspowiadała się, przyjęła komunię, a przez całą dobę nie jadła, nie piła tylko cichy oddech świadczył, iż dusza jeszcze nie uleciała z ciała.

Wtem drzwi do sieni otwierają się: zimny podmuch, dziecięcy płacz.
Cicho, cicho, babcia umiera.
Przecież nie zamknę dziecku ust, dopiero się urodziło

Do domu wróciła wnuczka Eufrozyny, Ania, z malutką córeczką. Z rana wszyscy poszli do pracy, zostawiając umierającą staruszkę i młodą matkę same. Ani jeszcze nie pojawiło się mleko, a córka darła się wniebogłosy, przeszkadzając babci w spokojnym odchodzeniu.
Eufrozyna podniosła głowę, niewyraźnie patrzyła, aż w końcu wzrok się rozjaśnił. Usiadła na łóżku, szukała kapci bosą stopą.
Gdy rodzina wróciła, wszyscy przyszli się pożegnać z babcią, a tu: Eufrozyna nie zamierzała umierać, przeciwnie wyglądała lepiej niż zwykle.
Krzątała się po pokoju i uspokajała płaczącą wnuczkę, gdy zmęczona Ania odpoczywała na wersalce.

Aleksandra zamyka pamiętnik, patrzy z uśmiechem na męża i kończy:
Moja prababcia, Wera Eufrozyna, bardzo mnie kochała i po prostu nie mogła umrzeć. Powtarzała: Jeszcze za wcześnie odchodzić mam tu jeszcze robotę w domu!
Przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie i waszej teściowej, Anastazji, wychowywać mnie, swoją ukochaną prawnuczkę.
Ksiądz Borys odwzajemnił uśmiech swojej żonie.

Idź do oryginalnego materiału