Już w wieku czternastu lat zmagałam się z migrenami hemiplegicznymi – rzadkimi atakami, które potrafią unieruchomić połowę ciała.

newskey24.com 18 godzin temu

Wiesz co, miałam czternaście lat, kiedy zaczęłam zmagać się z migrenami hemiplegicznymi takimi naprawdę dziwnymi napadami, które potrafią sprawić, iż połowa ciała po prostu przestaje działać. Przez pierwszą dekadę dało się to jeszcze przewidzieć miałam te ataki raz w miesiącu, może trochę rzadziej, zawsze z tym samym efektem: paraliż jednej strony i taką niewyraźną, powolną mowę, jakbym przeszła udar. Ale jak skończyłam dwadzieścia cztery lata, wszystko zmieniło się z dnia na dzień. Migreny przestały być przewidywalne, weszły w tryb ciągły, codzienny, zupełnie bez litości. Nagle nie mogłam już pracować, myśleć normalnie mój świat się skurczył w jednej chwili.

Lekarze próbowali wszystkiego: kolejne serie leków z nazwami, których nie dało się wymówić, botoks wstrzykiwany w głowę i żuchwę (serio!), blokady nerwowe, jakieś drastyczne diety. Nic, dosłownie nic nie działało. Tylko silne leki przeciwbólowe sprawiały, iż mogłam funkcjonować na tyle, żeby wrócić do pracy, choć na pół etatu. Z czasem znienawidziłam te tabletki, ale bez nich nie dawałam rady.

A jeszcze kilka lat wcześniej pracowałam jako młodszy koordynator projektów w biurze architektonicznym w Warszawie i naprawdę to lubiłam. Kochałam pośpiech związany z terminami, tę satysfakcję po skończonym projekcie Ale kiedy ból wszedł do codzienności, coraz częściej nie mogłam choćby podnieść głowy z poduszki. Były dni, kiedy mój mąż Tomek musiał pomagać mi wejść pod prysznic, bo moja lewa strona ciągle była pozbawiona siły bałam się, iż się przewrócę. Straciłam pracę, potem niezależność, a na końcu, co najgorsze pewność siebie.

Potem lekarze już chyba trzech neurologów wpadli na pomysł, od którego z początku mnie zamurowało. Wie pani, czasami po ciążach z migrenami bywa lepiej. Organizm resetuje się hormonalnie, czego nie potrafimy jeszcze sztucznie odtworzyć. Może warto spróbować? usłyszałam. Z Tomkiem zawsze chcieliśmy kiedyś mieć dziecko, ale nie w ramach, wiesz, eksperymentu medycznego. Dr Kowalczyk rozkładał ręce: to ruletka ale czasami działa cuda.

Temat wisiał nad nami tygodniami. Za każdym razem, gdy pojawiała się nowa migrena a bywało, iż nie czułam w ogóle ręki, iż wypadał mi kubek z dłoni widziałam, jak Tomek chce coś powiedzieć, ale nie wie jak. Żadne z nas nie miało odwagi zapytać wprost: czy na pewno powinniśmy ryzykować? Czy to w porządku, jeżeli nasze dziecko przyjdzie na świat w tak niepewnej sytuacji?

Ale Dr Kowalczyk był szczery wymienił wszystkie zagrożenia i opcje, a na koniec dodał cicho, iż widział takie przypadki, które naprawdę wracały do zdrowia. Ta myśl nie dawała mi spokoju, siedziała mi w głowie jak kamień.

Pewnej nocy, po wyjątkowo ciężkim ataku, leżałam na kafelkach w łazience, przyciśnięta policzkiem do zimnej podłogi. Język się plątał, lewa strona bezwładna, czułam się jakby mnie nie było. Tomek siedział obok i głaskał mnie po włosach. Gdy znowu odzyskałam czucie, wyszeptałam tylko: Nie dam już tak rady. Nie próbował mnie przekonywać, tylko po prostu był.

Rozmawialiśmy długo o strachu, o odpowiedzialności, o hipotetycznym dziecku i o tym, czy można się na coś takiego zdecydować. W końcu Tomek powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę: jeżeli to pozwoli ci żyć naprawdę, nasz dzieciak nigdy nie poczuje się ciężarem. Będzie wiedział, iż cię uratował.

I wtedy zdecydowaliśmy.

Nie było łatwo. Zajęło nam siedem miesięcy, masa badań, ciągłych wizyt u lekarzy, cała huśtawka emocji. Ale, jak zobaczyłam dwie kreski na teście, płakałam tak, iż Tomek myślał, iż coś jest nie tak a to była mieszanka ulgi, strachu i nadziei.

Pierwszy trymestr był masakryczny. Hormony szalały jednego dnia energia, innego mdłości nie do zniesienia. Ataki nie zniknęły, ale coś się lekko przesunęło: było ich mniej, szybciej mijały, paraliż ustępował szybciej. To było minimalne, ale po tylu latach, czułam się jakby to był cud.

W szóstym miesiącu nagle zauważyłam, iż mam tylko dwa, trzy ataki tygodniowo da się z tym żyć. Pierwszy dzień bez migreny po tylu latach Płakałam w kolejce do kasy w Biedronce, a kasjerka patrzyła jak na wariatkę ale miałam to gdzieś. Tyle lat bez wolności, aż się zapomniało, jak to jest.

W siódmym miesiącu przyszedł atak inny niż zwykle. Totalnie rozmazany obraz, zero czucia w dłoniach. A potem padła ta fatalna diagnoza: stan przedrzucawkowy ciśnienie niebotyczne, zagrożenie pra mnie i dla dziecka. Trzeba było trafić do szpitala na Banacha w Warszawie. Tamte dni były trudne: okropne szpitalne jedzenie, Tomek śpiący na rozkładanym fotelu i godziny monitorowania przez pielęgniarki.

A migreny? Ku zdziwieniu cichły. Ale ciśnienie rosło.

Lekarze zaczęli rozważać wcześniejsze wywołanie porodu. Codziennie była walka na czas mój organizm kontra zegar. Tomek praktycznie się nie ruszał, trzymał mnie za rękę przy każdym pomiarze ciśnienia.

W końcu, po trzydziestu pięciu tygodniach, parametry wystrzeliły. Dostałam taki ból głowy, iż myślałam, iż to powrót tamtych ataków ale nie, tym razem to ten potworny ucisk.

Pani doktor przyszła z poważną miną i mówi: Pani Julio, dziś rodzimy. Pamiętam strach w oczach Tomka. To już? A z nią wszystko będzie dobrze?. Jest silna, szepnął, ale aż mu głos zadrżał.

Wywołanie porodu wszystko działo się błyskawicznie. Magnez pod kroplówką, żeby zapobiec drgawkom, pokój pełen sprzętu i lekarzy gotowych na wszystko. Poród trwał dwanaście godzin.

O 3:12 nad ranem nasza córeczka, Zosia, pojawiła się na świecie z takim wrzaskiem, iż wszystkie położne się uśmiechnęły. Była malutka, ale zdrowa. Żywa. Idealna.

Przytuliłam ją do siebie mokre łzy cieknęły po twarzy. Tomek całował mnie w czoło i szeptał: Dałaś radę. Ona tu jest.

Ale najbardziej niezwykłe wydarzyło się potem. Po dwóch miesiącach nagle się zorientowałam to była czwarta rano, kołysałam Zosię w ramionach, i pomyślałam: Ej, ja nie miałam migreny od tygodni!. Ani razu, choćby lekkiego bólu głowy.

Po czterech miesiącach dziewięćdziesiąt dni bez ataku. Po dziewięciu pani neurolog powiedziała: Wygląda na to, iż migreny hemiplegiczne są w remisji.

Wróciłam do pracy na pełny etat, wróciłam do biegania. Pierwszy raz od lat zaczęłam planować przyszłość bez strachu, iż rano obudzę się sparaliżowana.

Czasami patrzę nocą, jak Zosia śpi i zastanawiam się, jak coś tak małego mogło odmienić całe moje życie. Lekarze mieli rację ciąża wszystko zmieniła. Nie od razu, nie magicznie, ale powoli, jak świt, którego nie zauważasz z minuty na minutę, ale nagle widzisz na własne oczy.

Migreny nie tyle się skończyły.

One pozwoliły mi być wreszcie wolną.

Idź do oryginalnego materiału