Już zdobłam swoje!

newsempire24.com 2 dni temu

Nie, Jadwigo. To wy macie własne dzieci, więc zajmijcie się Andrzejem sami zdecydowanie odparła teściowa. Nie mam już sił, by bawić się z maluchami.
Halino, co to za bawienie się? zapytała roztrzęsiona Jadwiga. Andrzej ma dopiero trzy lata, jest mądry i spokojny. Proszę tylko, aby go wzięłaś, nakarmiła i włączyła telewizor, a potem sam będzie czekał, aż przyjdziemy. To nie ma trwać wiecznie, w końcu sam się obejdzie.
Trzy, siedem jaka różnica? Dziecko to dziecko, a to ogromna odpowiedzialność! Mam już bóle kręgosłupa, wysokie ciśnienie Nie, już się poddałam.

Jadwiga zarumieniła się ze wściekłości i upokorzenia. Nie odpowiedziała, położyła słuchawkę i milczała. Gdyby to była inna osoba, przyjęłaby odmowę, ale Halina była wyjątkowa jej zdrowie poddawało się jedynie wybranym okolicznościom.

Całe lato teściowa spędziła na letnim domku w Mazurach. Tam, wśród ogrodu, nie doskwierało jej ani ciśnienie, ani ból pleców. Co więcej, udało jej się zorganizować mały rodzinny biznes.

Posłuchaj, Jadwigo, i tak kupujecie ziemniaki na zimę, prawda? zaproponowała Halina. Po co zaciągać kredyty, kiedy mogę wam sprzedać własny plon, z rabatem, jako zwrot kosztów. Tak pomogą sobie dwa domy.

Ziemniaki nie były jedynym towarem. Halina sprzedawała jabłka, czereśnie i bakłażany. Nikt w rodzinie nie lubił bakłażanów, ale Jadwiga i jej mąż Marek chcieli wesprzeć chorą i starą (według niej) kobietę.

Halina leczyła się nie tylko w lesie, ale i nad morzem. Na urodziny przed rokiem domagała się wyjazdu do Sopotu.

Rozumiem, iż Sopot jest drogi, a macie dziecko mówiła teściowa z wielką uprzejmością. Mamy jednak inne opcje. Ja mogłabym pojechać skromnie, bo nie wypoczywałam od dwudziestu lat. Wychowałam syna, nie było na to czasu.

Marek i Jadwiga zaciśnięci w pasy, kupowali symboliczną noworoczną odzież, przysyłali stare ubrania i odkładali wizytę w rodziców Jadwigi do innego miasta. Wszystko po to, by uszczęśliwić Halinę, głównie pod presją męża.

Marzenie Haliny się spełniło: tydzień spędziła na plaży w Sopocie, słońcu i upale, a ciśnienie nie dało się w żaden sposób.

Wtedy również Marek co miesiąc przekazywał jej jedną trzecią pensji, a od czasu do czasu przynosił zakupy i dorzucał pieniądze.

Och, mam pecha Kleszcze się pojawiły, będę musiała wezwać dezynsekcję i chyba wymienię kanapę. Marek, pomożesz? Nie zostawisz mnie samej? błagała Halina. Gdyby żył twój ojciec, ogarnęlibyśmy to sami, ale teraz muszę kupić nową kanapę, wyrzucić starą i zapłacić osobie, która to zrobi. Nie wyobrażam sobie kosztów.

Marek nie pozostał obojętny, ale Halina nie odwzajemniała jego wsparcia.

Pomoc Haliny nie była darmowa. Mogła zabrać wnuka na spacer, ale pod koniec dnia wyceniała bułkę w parku i zabawkę kupioną w sklepie. Zabawka kosztowała tyle, iż rodzice nigdy by jej nie kupili. Pieniądze w obiegu kurczyły się, głównie dzięki Halinie.

Nie mogłam mu odmówić westchnęła Jadwiga. Błagał o tę straszną lalkę, aż płakał. Kupiłam ją, bo nie mogłam zostawić chłopca głodnego. Mam tylko jedną emeryturę, a to i tak taniej niż niania.

Choć brzmiało to logicznie, w sercu Jadwigi pozostał nieprzyjemny posmak, jakby była nie członkiem rodziny, a płatnym klientem.

Nie chcieliby oni obciążać starszej kobiety, ale okoliczności zmuszały ich. Dwa lata temu Jadwiga i Marek kupili mieszkanie w nowej dzielnicy, którą deweloper zapewnił, iż będzie się rozwijać.

To teraz peryferia miasta podkreślał Marek. Za parę lat będą tam przedszkola, szkoły, wszystko zaplanowane.

W rzeczywistości w miejscu, które miało stać się szkołą, był tylko zarośnięty dół. Musieli szukać alternatyw. Najbliższa szkoła znajdowała się pół godziny drogi autobusem, z dwiema przesiadkami. Dla pierwszoklasisty to nie tylko trudny, ale i niebezpieczny szlak. Z drugiej strony, do mieszkania babci było pięć minut pieszo.

Jadwiga zwróciła się więc do Haliny, tej samej, której tak bardzo pomagali. Myślała, iż to logiczne, wygodne i sprawiedliwe. Teściowa nie podzielała tej opinii. Jej odmowa była dla Jadwigi jak cios w brzuch. Szkoły w pobliżu nie było, przeprowadzka nie wchodziła w grę, rodzice mieszkali za daleko, a zwolnienie z pracy nie było możliwe. Wszystkie drogi prowadziły donikąd, aż Jadwiga, w przypływie bezsilnej złości, przypomniała sobie słowa Haliny: To i tak taniej niż niania.

Mama nie chciała nam pomóc powiedziała wieczorem mężowi. Mam pomysł. Zredukujmy wsparcie twojej mamy i przeznaczmy te pieniądze na nianię.

Marek uniósł brew, po czym zmarszczył się. Był zdecydowanie przeciwny planom żony.

Co ty mówisz? Nie mogę jej nie wspierać! To ona mnie wychowała. Żyje z jedną emeryturą, nie wytrzyma wszystkiego sama!
Marek, przypomnijmy sobie, iż nie głoduje. Żywi się z ogrodu, a choćby handluje warzywami. My czasem bierzemy od niej więcej, niż potrzebujemy.
Ile ona z tego zarabia? Kopiejka! Gdyby prywatni kupcy płacili, zarabiałaby więcej!

Jadwiga westchnęła ciężko. Może w tym była odrobina prawdy, ale to nie rozwiązywało ich problemu.

Co proponujesz? Nie stać nas na nianię, a ja nie mogę odejść z pracy. Nie prosimy o pieniądze, a o pomoc w granicach możliwości Twoja matka sama powiedziała: zajmijcie się nim sami. Posłuchajmy jej rady.

Rozpoczęła się długa, bolesna rozmowa. Marek walczył z poczuciem winy i manipulacjami matki, Jadwiga z poczuciem obowiązku. Ostatecznie zwyciężyła rzeczywistość.

Marek odważył się sam poinformować Halinę o zmianach w budżecie domowym. Odpowiedź była gniewna: oskarżyła Jadwigę o wszystkie grzechy, krzyczała, iż zięć podkłada mu ostatnie grosze, ale Marek nie ugiął się, bronąc swojego syna.

Mamo, nie zostawiłaś nam wyboru podsumował pod koniec rozmowy.

Jadwiga nie stała bezczynnie. Na rodzinnym czacie poznała Annę, matkę kolegi Andrzeja, mieszkającą przy szkole. Anna była w ciąży po drugim dziecku, żyła spokojnie i zgodziła się po godzinach odbierać chłopców, przygotowywać im obiad i czuwać aż do wieczora za skromną opłatą.

Mijał miesiąc. Anna sumiennie wywiązywała się ze zobowiązań. Za każdym razem Jadwiga odbierała sycącego i uśmiechniętego syna. Andrzej łatwo nawiązał przyjaźń z kolegą, razem bawili się i oglądali kreskówki. Budżet domowy nieco się wyrównał: okazało się, iż Halina kosztowała ich więcej niż niania.

Pierwsze tygodnie teściowa była obrażona i próbowała wykrzykiwać litość, ale nie uzyskała pożądanej reakcji i w końcu ucichła. Jej zainteresowanie wnukiem również przygasło.

Czas poukładał wszystko na swoim miejscu. Może kiedyś Jadwiga i Marek przytulili się do siebie z przymusu, ale zrobili to z miłości. W porę znaleźli siłę, by powiedzieć nie i skierować zasoby tam, gdzie naprawdę były potrzebne w bezpieczeństwo i szczęście własnego syna. Bo przecież rodzący się na świat są dla nas, a nie dla innych, i o Andrzeja lepiej zatroszczyć się samemu niż zostawiać go w rękach obcych.

Idź do oryginalnego materiału