Pani Halina Wróblewska od dwudziestu trzech lat sprząta w zakrystii kościoła świętego Wojciecha na Pradze. Zna tam każdą płytkę, każdy skrzypiący zawias – i to ona pierwsza zauważyła, iż rudy kocur z podwórka od dłuższego czasu nie schodzi z wąskiego gzymsu nad bocznym wejściem.
Kocur nazywał się Kajtek. Tak go ochrzciły dzieciaki ze szkoły podstawowej numer 42, która stoi po drugiej stronie ulicy Ratuszowej. Przybłąkał się tam ze trzy lata wcześniej, chudy jak szczapa, i został. Pan Zenon, emerytowany stolarz mieszkający na parterze kamienicy obok, stawiał mu miskę z wodą na schodach. Dzieci, wracając ze szkoły, zawsze przystawały na chwilę – Kajtek ocierał się im o nogi, a one karmiły go resztkami kanapek. Parafialne wolontariuszki z koła Caritas dokładały mu suchej karmy z hipermarketu na Targówku. Był tam tak długo, iż nikt już nie pamiętał życia bez niego.
A potem ktoś z rady parafialnej postanowił, iż koty przy kościele to nieporządek. Że brudzą, iż straszą starsze panie, iż nie pasują do estetyki placu przed wejściem. Padło słowo „bezpańskie zwierzę" i sprawa miała się zakończyć po cichu – bez awantur, bez interwencji.
Tylko iż Kajtek, jakby wyczuwając, iż stał się kłopotem, wdrapał się na gzyms nad drzwiami bocznymi i tam utknął. Kamienny occiep, wąski na jakieś dwadzieścia centymetrów, wisiał ponad czterema metrami nad brukiem. Z dołu wyglądało to jak żart natury – jakby kot sam się ukarał za to, iż komuś zawadzał.
Dziewiętnaście dni. Halina liczyła je na kartce przyklejonej do lodówki w zakrystii, bo nikt inny nie zajmował się tym oficjalnie. Rano otwierała boczne drzwi i widziała ten sam obrazek: skulony kształt, uszy przyciśnięte do łba, ślepia wpatrzone w podwórko, w sygnaturkę, w ludzi krzątających się między ławkami a plebanią. Nie miauczał już od kilku dni – jakby oszczędzał siły albo po prostu przestał wierzyć, iż ktoś odpowie.
Straż pożarna z jednostki przy Grochowskiej odmówiła dwa razy – „nie interweniujemy przy kotach, chyba iż jest zagrożenie życia ludzkiego". Fundacja od odłowu bezdomniaków obiecywała przyjechać z podnośnikiem, ale za każdym razem coś wypadało: brak sprzętu, inny adres, kolejka. Pan Zenon próbował drabiny, ale gzyms był za wysoko, a stolarz miał już swoje siedemdziesiąt jeden lat i bolące kolano.
Dziewiąty dzień przyniósł deszcz. Dwunasty – porywisty wiatr znad Wisły, taki, iż okiennice w kamienicach trzaskały całą noc. Halina zaczęła się bać, iż rano znajdzie tylko puste miejsce na gzymsie. Zostawiała mu jedzenie na parapecie okna zakrystii, tuż pod występem – może przynajmniej zapach dotrze.
Ksiądz proboszcz, ten sam, który podpisał się pod decyzją o „uporządkowaniu terenu", zmienił podejście do sprawy, kiedy zobaczył, jak dzieci ze szkoły podstawowej robią transparent z brystolu: „RATUJCIE KAJTKA". Przykleiły go taśmą do płotu okalającego plac kościelny. Miejscowa gazeta, „Głos Pragi", zadzwoniła z pytaniem, czy to prawda, iż parafia „wygoniła kota na śmierć". Nikt nie chciał takiego nagłówka.
Dwudziestego dnia rano przyjechał wóz strażacki – nie z powodu procedury, tylko dlatego, iż jeden z druhów, młody chłopak z Targówka, sam zgłosił się po służbie, na własną rękę, z drabiną hydrauliczną pożyczoną od kolegi z innej jednostki. Halina stała na dole z kocem złożonym w kostkę. Pan Zenon trzymał transporter, obiema rękami dociskając wieko.
Kajtek nie zaatakował, nie próbował uciekać w głąb gzymsu. Kiedy strażak wyciągnął rękę, kot przycisnął się do niej pyskiem, jakby czekał właśnie na ten gest przez wszystkie te dziewiętnaście dni. Zjechał w dół owinięty w kurtkę munduru, drżący, ale już bez oporu.
Weterynarz z przychodni przy Ząbkowskiej stwierdził odwodnienie i lekką hipotermię, nic więcej. Trzy dni kroplówki i Kajtek wrócił na Ratuszową – tyle iż teraz mieszka w budynku szkoły podstawowej numer 42, w kąciku obok szatni, gdzie woźna postawiła mu koszyk i miskę.
Rada parafialna nigdy oficjalnie nie wycofała swojej decyzji. Po prostu nikt już o niej nie wspomniał. Halina co rano, idąc do zakrystii, mija szkolne ogrodzenie i widzi rudy łeb wystawiony przez uchylone okno korytarza. Czasem tylko przystaje na sekundę i idzie dalej, bo ma jeszcze do umycia całą nawę przed mszą o dziewiątej.














