Każdy myśli o sobie – Opowieść o tym, jak matka pomogła dorosłemu synowi kupić mieszkanie w Warszawie, oddając własne oszczędności, a potem została sama ze swoimi problemami, gdy rodzina ustawiła inne priorytety

polregion.pl 22 godzin temu

Każdy na własny rachunek

Mamo, nie uwierzysz, co się teraz dzieje na rynku Marek nerwowo przebierał wydruki, raz układając je w równą stertę, raz rozkładając wachlarzem po kuchennym stole. Ceny wariują co tydzień. Jak nie wpłacimy teraz zaliczki, to tę kawalerkę ktoś nam sprzątnie sprzed nosa.

Lidia podsunęła synowi filiżankę z ostygłą herbatą i usiadła naprzeciw. Na wydrukach migały projekty mieszkań, liczby, wykresy spłaty. Trzypokojowe na nowym osiedlu, pokoje dla Tymka i Jagódki, wreszcie każdy z własnym kątem.

Ile brakuje?
Trzysta trzydzieści tysięcy złotych Marek przetarł nasadę nosa. Wiem, iż to dużo. Ale Anka już chodzi po ścianach, dzieci rosną, a my przez cały czas na wynajmie…

Lidia patrzyła na syna i widziała w nim tego chłopca, który niegdyś przynosił jej bukiety mleczy. Trzydzieści dwa lata, dwójka dzieci, a ta zmarszczka między brwiami wciąż taka sama jak wtedy, gdy jako dziecko martwił się o nieodrobione lekcje.

Mam trochę oszczędności. Na koncie.
Mamo, oddam naprawdę. Jak wszystko się ustabilizuje, od razu zacznę Ci odkładać.

Położyła mu swoją, szorstką od sprzątania i gotowania, dłoń na dłoni.

Mareczku, to przecież dla wnuków. O jakim zwrocie tu mowa? Rodzina jest najważniejsza.

W banku Lidia uzupełniała formularze starannym pismem, takim, jaki wyćwiczyła przez trzydzieści lat pracy w księgowości. Trzysta trzydzieści tysięcy prawie wszystko, co przez lata odkładała. Na czarną godzinę, na potem, na a nuż się przyda.

Marek ściskał ją mocno przy okienku, nie zważając na kolejkę.

Jesteś najlepsza, serio. Nigdy nie zapomnę.

Lidia poklepała go po plecach.

Leć już. Ania pewnie czeka.

…Pierwsze miesiące po przeprowadzce zlały się w wieczną karuzelę kursów przez miasto. Lidia wpadała z siatkami z Biedronki kurczak, kasza, masło, serek dla dzieci. Pomagała Ani przy firankach, skręcaniu mebli, zeskrobywaniu pyłu z parapetów.

Tymek, uważaj z tym młotkiem! wołała, jednocześnie wieszając firanki i tłumacząc synowej, jak zrobić gołąbki.

Ania kiwnęła głową, przewijając coś w telefonie. Marek pojawiał się wieczorami, zmęczony po pracy, gwałtownie jadł obiad ugotowany przez mamę i znikał w sypialni.

Dzięki, mamo rzucał w przelocie. Bez ciebie byłoby trudno.

…Po pół roku znajomy numer zamigotał na wyświetlaczu.

Mamo, taka sprawa… rata kredytu zbiegła się z naprawą auta. Brakuje mi trzynastu tysięcy.

Lidia przelała pieniądze bez pytań. Młodym ciężko, wiadomo. Nowe wydatki, stres, dzieci małe. Nic, staną na nogi oddadzą. A jak nie oddadzą co za różnica, kiedy chodzi o bliskich?

Lata popłynęły szybciej niż Wisła pod mostem. Tymek skończył siedem lat i dostał wymarzone klocki Lego, o które prosił rodziców przez pół roku. Jagódka wirowała w nowej sukience, różowej i lśniącej jak u swojej ulubionej księżniczki z bajki.

Babciu, jesteś najlepsza! Jagoda zawisła jej na szyi, pachnąca dziecięcym szamponem i krówkami.

Co sobotę Lidia zabierała wnuki do siebie lub do teatru, do lunaparku, na lodowisko. Kupowała im lody, zabawki i książki. Kieszenie starego płaszcza zawsze wypychały cukierki i mokre chusteczki.

Pięć lat minęło w tej dobrowolnej, rozrzutnej krzątaninie. Pieniądze na kredyt mamo, w tym miesiącu ciężko. Opieka nad chorymi wnukami nie możemy się wyrwać z pracy. Zakupy i tak jedziesz, mamo.

Podziękowania brzmiały coraz ciszej…

…Tamtego ranka patrzyła na rdzawe smugi na suficie kuchni. Zalało ją, mieszkanie nie nadawało się do życia.

Wybrała numer syna.

Marek, potrzebuję pomocy z remontem. Zalało mnie, nie wiem, kiedy oddadzą pieniądze…
Mamo, przerwał. Wiesz, iż mam teraz inne priorytety. Kółka dla dzieci, treningi, Anka chodzi na kursy…
Nie proszę o wiele. Chociaż pomóc znaleźć fachowców. Albo…
Teraz naprawdę nie mam czasu, mamo, tym bardziej na takie drobiazgi Marek powtórzył, jakby nie słyszał. Pogadamy innym razem. Zadzwonię, okej?

Syczący dźwięk rozłączonego połączenia…

Lidia opuściła telefon. Na ekranie zaświeciło świąteczne zdjęcie sprzed roku jej własna twarz, Tymek, Jagoda. Wszyscy się śmieją. Te pieniądze, którą oddawał lekkomyślnie. Te weekendy, co poświęcała jego dzieciom. Ten czas, siły, miłość to wszystko było kiedyś. Teraz są inne priorytety.

Kropla spadła jej na rękę. Chłodna…

Następnego dnia zadzwoniła sama Anka. Rzadkość wywołująca niepokój, jeszcze zanim odezwała się do słuchawki.

Pani Lidio, Marek opowiedział mi o waszej rozmowie. Anka brzmiała niechętnie. Chyba rozumie pani, iż każdy musi radzić sobie sam. My sami ciągniemy hipotekę, spłacamy raty…

Lidia omal się nie roześmiała. Hipotekę. Którą spłacała za nich raz na trzy miesiące. Zaliczka prawie w całości z jej pieniędzy.

Oczywiście, Aniu odpowiedziała spokojnie. Każdy sam.
No właśnie, ustalone. Marek się martwił, iż się pani obraziła. Nie jest tak?
Nie, wcale nie.

Bezgłośny sygnał końca połączenia…

Lidia położyła komórkę na stole i długo się jej przyglądała, jak dziwnemu owadowi. Potem podeszła do okna, ale odwróciła się zaraz za brudną szybą nic nie mogło przynieść ukojenia.

Noce zamieniły się w godzinne maratony przewracania się pod ciężkim sufitem, wśród natarczywych myśli. Lidia przesuwała przez umysł te ostatnie pięć lat jak paciorki różańca.

Sama to stworzyła. Własnymi rękami zaszczepiła synowi przekonanie, iż matka to studnia bez dna.

Rano zadzwoniła do biura nieruchomości.

Chcę wystawić na sprzedaż działkę z domkiem poza Krakowem, sześć arów, prąd podciągnięty.

Domek, który z mężem budowali dwie dekady. Jabłonie sadzone w ciąży z Markiem. Weranda, gdzie spędzili tyle letnich wieczorów.

Kupiec pojawił się po miesiącu. Lidia podpisywała umowę, nie pozwalając sobie na żal. Pieniądze wpłynęły, a ona rozdzieliła je jak automat: remont mieszkania, lokata, mały fundusz na nagłe potrzeby.

Ekipa remontowa zajęła się jej mieszkaniem następnego tygodnia. Lidia sama wybierała kafelki, tapety, baterie po raz pierwszy od lat wydawała pieniądze na siebie, nie chowając nic na potem, nie myśląc, komu w rodzinie się przyda.

Marek nie dzwonił. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Lidia też milczała.

Pierwszy telefon zadzwonił, gdy w mieszkaniu pachniało nowością, okna nie gwizdały, a rury już nie zostawiały rudych plam.

Mamo, czemu nie przyjeżdżasz? Jagódka pytała.
Byłam zajęta.
Czym?
Życiem, Mareczku. Swoim życiem.

Przyjechała dopiero po tygodniu. Przywiozła wnukom książeczki ładne prezenty, bez dawnych fajerwerków. Siedziała dwie godziny przy herbacie, rozmawiając o pogodzie i o szkole Tymka. Na obiad zostać odmówiła.

Mamo, może zostaniesz z dziećmi w sobotę? Marek zaczepił ją w korytarzu. Bo my z Anką…
Nie mogę. Plany.

Lidia widziała, jak twarz syna nieruchomieje. Nie rozumiał. Jeszcze nie rozumiał. Mijające miesiące przynosiły zrozumienie powoli i boleśnie. Bez maminych przelewów rata pożerała jedną trzecią pensji. Bez darmowej opieki dzieci nie było na kim zostawić.

Tymczasem Lidia otworzyła konto oszczędnościowe na dobry procent. Kupiła sobie nowe, ciepłe płaszcz pierwsze od lat nie z promocji. Pojechała na dwa tygodnie do sanatorium. Zapisała się na kurs nordic walking.

Myślała o rodzicach Ani zawsze trzymali dystans. Grzeczne życzenia na święta, oficjalne odwiedziny co dwa miesiące. Żadnych pieniędzy, żadnej pomocy, żadnych wyrzeczeń. I nigdy pretensji ze strony córki.

Może to oni zawsze mieli rację?

Spotkania z wnukami stały się formalnością. Lidia wpadała, wręczała drobiazgi, rozmawiała o szkole. Wychodziła szybko, nie zostawała na noc, nie brała dzieci na weekend.

Tymek raz zapytał:

Babciu, czemu już nie chodzimy do parku?
Babcia ma teraz swoje sprawy, Tymeczku.

Chłopiec nie rozumiał. Ale Marek stojący w progu chyba już zaczynał rozumieć.

Lidia wracała do własnego, pachnącego świeżością mieszkania. Parzyła dobrą herbatę, siadała w wygodnym fotelu, kupionym za pieniądze z działki.

Wina? Bywała. Częściej nocą. Ale coraz rzadziej. Bo Lidia nauczyła się wreszcie prostej prawdy: miłość nie wymaga ofiary z siebie. Zwłaszcza gdy tej ofiary nikt nie widzi i nie szanuje.

Wybrała siebie pierwszy raz od trzydziestu dwóch lat bycia matką.

Idź do oryginalnego materiału