Gdy byłam w pracy, Marcin pojechał po dzieci do przedszkola w Łodzi, a kiedy podeszłam do drzwi domu, nie otworzył mi ich.
Mieszkam teraz z rodzicami w Warszawie, a moje dzieci Janek i Zofia są pod opieką męża. Nie dlatego, iż ich kocha, ale dlatego, iż postanowił mnie w ten sposób ukarać.
Poznaliśmy się w przyjaznym gronie znajomych w Krakowie. Od razu poczuliśmy do siebie sympatię i nie zwlekaliśmy z małżeństwem. Rok później wzięliśmy ślub w kościele św. Anny. Byłam w ciąży, a jego i moi rodzice pomogli nam znaleźć małe, dwupokojowe mieszkanie na Kamionkach. Było skromne, ale nasze własne.
Zaraz po narodzinach Jana problemy wpadły jak zimny wiatr w październikowy wieczór. Marcin nie był przygotowany na nocne płacze i kaprysy noworodka. Denerwował go porozrzucany klocki i zawieszone pieluszki. Nie podobało mu się, iż ciągle muszę zajmować się synem, jakby to była moja jedyna rola.
Rok później przyszła kolejna radosna wieść spodziewaliśmy się dziewczynki. Zofia przyszedła na świat, a nasz związek jeszcze bardziej się rozedrzeł. Życie w tej skromnej kawalerce stało się przytłaczające. Marcin często był podenerwowany, kłótnie wybuchały przy każdym nieporozumieniu.
Zrzucał na mnie winę za wszystko: iż rodzice nie zapewnili nam lepszego mieszkania, iż po dwóch ciążach przybrałam na wadze, iż jestem kiepską matką, iż nie radzę sobie z dziećmi i iż hałasują bez opamiętania. Widziałam, jak rodzina stopniowo się rozpada.
Postanowiłam posłać dzieci do przedszkola i szukać pracy. Do tej pory byłam w domu, a Marcin coraz częściej wracał pijany. Jego żądania wobec mnie i dzieci rosły, jakby chciał mnie przygnieść. Uznałam, iż odejdę i zamieszkam z dziećmi w wynajętym mieszkaniu, pod warunkiem iż sama zarobię.
Znalazłam pracę w firmie logistycznej i poznałam miłego kolegę Piotra Zielińskiego. Spotykaliśmy się, co dawało mi oddech. W domu czekała mnie tylko kolejna fala sprzątania, prania, gotowania i wieszania żelazka, a Marcin wciąż był pijany. Pewnego dnia nie wytrzymałam i podjęłam decyzję.
Zabrałam Janek i Zofię i uciekłam. Przez kilka dni przebywałam u rodziców, potem wynajęłam małe mieszkanie na Pradze. Pewnego dnia, gdy pracowałam w biurze, Marcin pojawił się w przedszkolu i podniósł dzieci. Pobiegłam do niego, ale drzwi domu zamknął na klucz i nie pozwolił mi wejść, choć był w środku.
Teraz grozi mi ultimatum: albo wrócę, albo wniesie pozew o rozwód, a dzieci zostaną z nim, a ja będę płacić alimenty. Boję się, iż sąd ustosunkuje się po jego stronie, bo ma lepsze kontakty. Najgorsze jest to, iż on nie dba o dzieci używa ich jedynie jako narzędzia do manipulacji. W głębi serca wiem, iż jeżeli nie spełnię jego żądań, dzieci w końcu się do mnie przytulą i wrócą. Ale jak długo mam czekać, nie potrafię sobie wyobrazić















