Kiedy Irena miała dwa lata, mieszkała w domu dziecka. Przyjechałam tam robić zdjęcia dzieciom. Powierzono mi najbardziej wymagające przypadki do adopcji.

twojacena.pl 7 godzin temu

Kiedy Irmina miała dwa lata, mieszkała w domu dziecka w Krakowie. Przyjechałam tam zrobić zdjęcia dzieciom. Przydzielono mi te najtrudniejsze do adopcji. Weszłam do jej grupy i zobaczyłam dziewczynkę z posępną, dziwnie przechyloną, niemal starczą twarzą. Jakie to jest niewyględne dziecko pomyślałam. Ale potem zaczęłam ją fotografować. I wtedy ją naprawdę zobaczyłam. Gdzieś pod maską bezruchu i smutku ona ożyła.
Złapanie wzroku dziecka z głębokiej deprywacji jest bardzo trudne. Ale ta dziwna dziewczynka patrzyła prosto w mój obiektyw. Bez mrugnięcia.
I nagle zobaczyłam jej duszę. Samotną samotną na skalę całego świata. Cierpiącą. choćby nie z nadzieją, tylko To było jej pierwsze w życiu poczucie, iż ktoś ją dostrzega. Zauważa duszę odrzuconą, wszystko rozumiejącą. Podobną do mojej. A potem odwróciła wzrok. I zobaczyłam, iż jej oczy wypełniają się łzami.
Zapytałam wychowawczynię: Proszę mi opowiedzieć o Irminie, muszę napisać tekst. A co tu opowiadać? odparła wychowawczyni. No, co potrafi, co mówi? Ona nic nie umie. I nic nie mówi. Tylko siedzi w rozkroku i kołysze się aż do podłogi. I kiedy się kołysze zawodzi. Nie ma o niej co mówić. Ona jest żadna.
Dwa miesiące przed tym spotkaniem zmarła nasza najmłodsza córka.
Nasze piękne życie uderzyło z impetem w kamienny mur i przestało istnieć. Ale my nie. przez cały czas żyliśmy w jakimś innym życiu. W życiu PO. Chodziliśmy, mówiliśmy, jedliśmy, staraliśmy się ukryć przed dziećmi naszą rozpacz, by ich nie przestraszyć. Dać im nadzieję, której sami prawie nie mieliśmy. Myślałam: Czy kiedykolwiek cokolwiek mnie jeszcze ucieszy? Jechałam na zdjęcia i płakałam w samochodzie. Potem wysiadałam, przecierałam twarz śniegiem i szłam, udając zwykłego człowieka. Mówiłam normalnym głosem, uśmiechałam się. Ale to wszystko było na niby.
Nie chciałam żadnych dzieci na zamianę. Chciałam po prostu jakoś przetrwać. I wtedy ta Irmina z tym swoim osamotnieniem i rozpaczą. Jakbym nie widziała setek dziecięcych samotności podczas tego projektu, dzieci-czekających. I nagle ona dokładnie moja, która znalazła klucz do mojego serca
W domu powiedziałam mojemu kochanemu mężowi: Nie wiem, jak zacząć z tobą o tym mówić, adekwatnie nie wiem nawet, co to jest Robiłam zdjęcia jednej dziewczynce, rozumiem wszystko, naprawdę, ale nie mogę o niej przestać myśleć Spójrz, może jednak powinniśmy o niej pomyśleć? I Andrzej odpowiedział: Zdaj sobie sprawę jesteś totalnie rozbita? Jakie dziewczynki? My tu ledwo oddychamy.
Tak, tak, jestem rozbita. Ale może już nigdy nie będę w całości. Trzeba się nauczyć żyć z tym, co jest.
Pojechaliśmy do domu dziecka. Zobaczyć Irminę. Przyprowadziła ją wychowawczyni. Była maleńka, z tym samym przechylonym obliczem, ledwie przebierała nogami jak krab. Pod nosem miała zieloną smugę od kataru. Boże, jaka ona jest brzydka, pomyślałam. To jakiś embrion człowieka. Nieudany embrion Boże, co ja w niej zobaczyłam??
Irmina dotknęła zabawki, którą przynieśliśmy, upadła na pupę, rozstawiła nogi i zaczęła się kołysać, gwałtownie i energicznie, sięgając czołem do podłogi.
W tle tej kołysanki pielęgniarka prowadząca mówiła spokojnie: Proszę pani, to dziecko choćby nie ma lekkiego upośledzenia! To głębokie upośledzenie umysłowe! Żadnych perspektyw. Przekazujemy ją do MOPS-u. Rozumiecie? To dziecko nie do nauczenia. Bardzo panią szanuję, bardzo szanuję pana męża, ale to naprawdę sprawa dla MOPS-u! Miałam już siedem odmów adopcji. Ona NIC nie umie i nie robi tego, co powinna w jej wieku. Tylko siedzi w szpagacie i się kołysze. Nazywamy ją naszą Małą Volochkową
I wtedy mój mąż, na którego bałam się spojrzeć przez cały czas, powiedział: Wie pani, nam się ta dziewczynka podoba. My ją zabierzemy.
Potem pytałam go: Czemu to powiedziałeś? Przecież nie chciałeś? A Andrzej odpowiedział: Zrozumiałem, iż trzeba ją ratować. I nikt jej nie pomoże, tylko my.
Adoptowaliśmy Irminę, zostawiając dom dziecka w stanie niedowierzania.
Irmina była w głębokiej depresji. Nie wierzyła światu. Świat przez dwa lata był dla niej niebezpieczny i zdradliwy. Nie zauważył jej i nie kochał. Przez te dwa lata nie potrafiła na to wpłynąć. Nie umiała prosić. Nie umiała się bawić. Wszystko dręczyła i psuła. Bała się wszystkiego wody, nocnika, taty, windy, wiatru, samochodów. Zamierała z histerii aż do bezdechu. Jadła tylko purée ziemniaczane. Ledwie chodziła.
We mnie wyło moje własne cierpienie. Z zewnątrz wyła Irmina. Wiem, czemu tak stanowczo nie zaleca się adopcji dziecka po takiej stracie. Po prostu nie masz siły. Wszystkie siły idą na to, by samemu się nie rozsypać na tysiące kawałków. A dziecko wymaga ogromnych sił. Trzeba je skądś znaleźć. Ja brałam je z naszej tragedii.
Mówiłam sobie: Jak małe jest twoje własne nieszczęście, kiedy patrzysz na dramat tego biednego dziecka. Straciłaś córkę, ale masz syna, córkę, męża, mamę, przyjaciół, ukochaną pracę, dom. Irmina nigdy nie miała nic. Nigdy. Jej jest znacznie trudniej.
Wiecie, kim okazało się to chude, posępne, połamane, nieustannie jęczące, depresyjne stworzenie, które wzięliśmy pod dach będąc w stanie rozsypania?
Stało się naszą cudowną córką Irką. Bajka się gwałtownie opowiada, ale nie gwałtownie się dzieje minęło dziewięć lat w domu.
Irmina stała się tym, kim miała być zgodnie z zamysłem Bożym dziewczynką pełną życia, zalotną i serdeczną, dobrą i bezinteresowną, czułą, wrażliwą, bardzo wyrozumiałą wobec nas, śliczną. Chodzi do zwykłej szkoły, do klasy logopedycznej. Uprawia nurkowanie. Nurkowanie!
Mówi: Mamo, podczas tego zanurzenia od razu udało mi się złapać oddech i wymienić ustnik pod wodą. W tym momencie płaczę.
Dziś Irka jest na obozie nurkowym nad Bałtykiem. Poleciała tam samolotem. Ma jedenaście lat. Dzwoni do mnie i trajkocze radośnie: Mamo, tu tak pięknie, kąpaliśmy się, tylko była burza i morze się odwróciło, stało się bardzo zimne! Ale już się ociepla, nasze pianki już przyjechały i jutro będziemy się zanurzać! Na kolację była ryba, daliśmy ją kotom, bo tu mnóstwo kotów, wiesz, nie lubię ryby! Ale zjadłam purée. Szliśmy na górę, trzynaście kilometrów, aż mi nogi odpadały Tu są śliczne rzadkie drzewa! Zaprzyjaźniłam się z fajnymi dziewczynami! I kupiłam krakersy za te pieniądze, które mi dałaś. Częstowałam je wszystkim. Huśtamy się teraz w hamaku Tęsknię!
Bo ją uratowaliśmy. Ocaliliśmy ją. I siebie. Razem, na tej tratwie.

Idź do oryginalnego materiału