Przez ostatnie dwadzieścia lat mieszkałam z córką i jej mężem, ale naprawdę nie mam już sił, żeby znosić tę rzeczywistość.
Mam już sześćdziesiąt pięć lat i jestem babcią siedmiorga wnuków. Wielu myśli, iż to powód do dumy niektórzy mi choćby zazdroszczą, a ja sama też kiedyś tak uważałam… gdybym tylko nie musiała codziennie biegać za gromadką dzieciaków i znosić niekończącego się hałasu, płaczu oraz bałaganu. Moja córka, Zofia, jakby nie dostrzegała, iż ma aż tyle dzieci i żyje, jakby to była rzecz najzupełniej naturalna.
Kiedy na świat przyszła szósta wnuczka, usiadłam z Zofią przy kuchennym stole. Drżały mi ręce, serce waliło. Nigdy bym nie przypuszczała, iż w wieku trzydziestu pięciu lat będę musiała rozmawiać z własną córką o zabezpieczeniu przed kolejną ciążą. Kiedy ogłosiła, iż spodziewa się siódmego dziecka, świat zawirował mi przed oczami. Nasz dom, mimo iż ma pięć pokoi, stał się jak ul. Dziewięć osób pod jednym dachem wciąż depczących sobie po piętach.
Mogą za to dziękować losowi, iż ja i mój mąż całe życie ciężko pracowaliśmy, żeby wybudować ten większy dom na skraju wsi pod Lublinem i kupić hektar ziemi. Teraz mój zięć, Marek, zapisał się dumnie do rejestru rolników i woła, iż dogląda gospodarstwa, ale to ja dzień w dzień stoję przy garach, gotując dla całej szkolnej klasy. Dzieci rosną, apetyt im dopisuje. Wszystko musi być świeże, żadne wczorajsze zupy nie przejdą.
Gdy urodziła się szósta wnuczka, łudziłam się, iż Zofia przejrzy na oczy, da mi odetchnąć od dziecięcych wrzasków i wiecznego przewijania pieluch. Ale życie gwałtownie zweryfikowało moje naiwne marzenia.
Przez cały ten czas pomagałam bratu, Januszowi, który mieszka samotnie jego córka wyemigrowała do Niemiec i rzadko dzwoni. Kilka tygodni temu zadzwonił do mnie, prosząc, bym przyjechała, bo źle się czuł. Byłam autentycznie zmartwiona stanem jego zdrowia, ale jednocześnie pierwszy raz od lat poczułam ulgę, mogąc na chwilę wyjść z codziennego kieratu.
Teraz, gdy brat czuje się już lepiej, nie umiem sobie wyobrazić powrotu do domu. Przez kilka tych spokojnych tygodni przypomniałam sobie, jak cudownie jest móc poczytać, posłuchać ulubionej muzyki Mazowsza, czy po prostu obejrzeć polski film bez przerywania. Znowu smakuje mi ta cisza i samotność.
Ale właśnie zadzwoniła Zofia, z płaczem w głosie, błagając, żebym wracała bo ona sama już nie daje sobie rady. A ja nie wiem, czy potrafię wrócić do tego gwaru, chaosu, wiecznego pośpiechu, gotowania i sprzątania. Mam 65 lat, w portfelu tylko paręset złotych i serce pełne rozterek. Jak powiedzieć rodzinie, iż teraz też marzę o własnym życiu? Czy to mój obowiązek, czy już tylko przyzwyczajenie i lęk przed samotnością trzyma mnie przy nich?






