Kiedy Waldek przychodził do Zosi, ona dosłownie w oczach głupiała. To było ze szczęścia.

twojacena.pl 4 godzin temu

Gdy Walerian przychodzi do Zdzisławy, ona niemal natychmiast robi się jakby nieco roztrzepana. A to z radości. Zaraz zaczyna gwałtownie się krzątać, poprawiać włosy, chować pod poduszki części garderoby, które mierzyła, zanim przyszedł, i wypinać z włosów wałki. Potem biegnie do łazienki, tam się czesze, maluje usta. I taka, zrobiona na bóstwo, w końcu do niego wychodzi.

No, sami powiedzcie jak ma nie być szczęśliwa?
Zdzisława jest samotną matką, która z prawdziwym małżeństwem nie miała do czynienia. Ot, „zaręczyła się” kiedyś na dwa miesiące z Pawłem, a potem Paweł wyjechał z ich miasta gdzieś na swoją rodzinną ziemię, ale Zdzisława choćby dobrze nie zapamiętała gdzie czy to była Mołdawia, czy może Ukraina? Pracował tu u nich na targowisku, ale czym dokładnie się zajmował, też nie miała pewności.

No i pojechał, zguba Zdzisławowych marzeń, zostawiwszy ją lekko, powiedziałaby prawie niewidocznie w ciąży. Ledwie dwa tygodnie, sama jeszcze nie wiedziała. Dopiero gdy Paweł przestał u niej nocować, a nie było go przez ponad miesiąc, Zdzisława zrozumiała, iż jakby to ładnie ująć została sama.

W odpowiednim czasie urodziła synka. I to jakiego! Przystojny chłopiec, jak malowany. Nic dziwnego, Zdzisława kobieta piękna jak z obrazka, a Paweł to w ogóle wyglądał jak książę z bajki.

Trzeba przyznać, iż z synkiem jej się poszczęściło. Spokojniutki był jak baranek spał cały czas, a jak się budził to łapczywie i z powagą pił mleko matki. Dobrze, iż u Zdzisławy mleka było, jak u najlepszej, dojnej krowy. Jeszcze jedno dziecko spokojnie by wykarmiła!

Sławek bo takie dała mu imię, na cześć aktora Sławomira Zapały, którego zobaczyła przypadkiem, będąc jeszcze w ciąży w jakimś starym polskim filmie nie chorował prawie wcale na klasyczne niemowlęce przypadłości.

Dokładnie Sławek Pawłowicz Borowicz, tak wpisała w akcie urodzenia. Aż nuciła sobie to imię brzmiało jak melodia. Opowieść o codzienności, ale i trochę bajka.

Dziecko Sławek był promieniem słońca. Gdy matka musiała gotować obiad czy sprzątać mieszkanie, rozkładała na podłodze koc, otaczała go z każdej strony krzesłami, i do środka tej prowizorycznej zagrody wsadzała Sławka. Dawała mu starą torbę, kilka wałków i jakieś szmatki i dziecko się bawiło. Bez grymasów, bez płaczu. choćby kiedy raz Sławek zaklinował się głową między krzesłami (chyba próbował wyjść), tylko sapnął i próbował rączkami rozsunąć krzesła, nie wołał o pomoc.

Kiedy rósł, problemów nie przybywało. Matka wypuszczała go spokojnie na podwórko. Zawsze tylko mówiła: „Co dziesięć minut podchodź pod okno i wołaj: 'Mamo, jestem tutaj!'”. Ponieważ syn zegarka nie miał, podbiegał co trzy minuty i krzyczał, dopóki Zdzisława nie wychyliła się i nie odkrzyknęła mu: „Dobrze, synku!”. Stał wtedy jeszcze chwilę. Kiedy pytała: Co ty tak stoisz? Idź, baw się!, odpowiadał: Jeszcze nie uśmiechnęłaś się do mnie. Matka uśmiechała się szczerze, a Sławek leciał z powrotem na plac zabaw.

Aż pewnego razu zawołał spod okna swoje mamo, jestem tutaj! a kiedy Zdzisława wyjrzała, zobaczyła, iż tuli w ramionach małego kotka:

Mamo, dostałem go od jednej pani z podwórka. Powiedziała, iż kotek nazywa się Jeremiasz. I iż będziesz zadowolona, jeżeli go przygarniemy i razem się nim zajmiemy.

Sławek miał teraz tak szczery wyraz twarzy, iż Zdzisława mogła tylko uśmiechnąć się i pokiwać głową. Potem dodała:

Jeremiasz pewnie głodny. Chodźcie do domu, obaj, dam mu mleka.

Sławek z kotem wbiegł do klatki schodowej. Sławek był szczęśliwy. A Jeremiasz dopiero uczył się być szczęśliwy.

Tak sobie żyli we troje, dopóki Zdzisława nie poznała Waleriana.

Był w jej wieku, kawaler, solidny facet, pracował w fabryce mebli pod Poznaniem, zarabiał porządnie. Zaczął przychodzić do Zdzisławy na weekendy, zostawał na noc. Mówił niewiele, jadł za to porządnie, pił z umiarem. Zawsze przed jego wizytą Zdzisława przygotowywała buteleczkę schłodzonej wódki i specjalny kieliszeczek taki elegancki, kryształowy, który Walerian bardzo lubił.

Tym razem było jak zawsze. Przyszedł Walerian, podał rękę Sławkowi w przedpokoju, usiadł na kanapie, podczas gdy Zdzisława kończyła swój rytuał. Potem we troje, a adekwatnie we czworo bo przecież Jeremiasz siedział u Sławka na kolanach oglądali coś w telewizji i razem zasiedli do obiadu.

Po obiedzie tradycyjnie odpoczywali, planując wieczorny spacer po parku.

Kiedy Zdzisława zostawiła Sławka w jego pokoju i położyła się przy Walerianie, głowę na jego ramieniu, on po raz pierwszy zaczął temat ślubu:

Myślę, iż najpierw pomieszkamy u ciebie, a potem poszukamy coś większego. Albo moją kawalerkę wynajmiemy, będziemy mieć dodatkowy dochód? Ale mam jedną sprawę Nie przepadam za kotami. Tego waszego Jeremiasza trzeba by oddać

Jeremiasza poprawiła cicho Zdzisława i zrobiła się czujna.

Tak, Jeremiasza przyznał. Chwilę milczał. Potem dodał, tak jakby to dawno postanowił: A Sławka wyślemy do mojej mamy na wieś. Tam świeże powietrze, jest szkoła. My jeszcze młodzi jesteśmy, można mieć całą gromadkę własnych dzieci.

Głowa Zdzisławy na jego ramieniu znieruchomiała. Leżeli tak we dwoje, w ciszy, kilka minut. Po chwili Zdzisława wstała, niespokojnie zapinając szlafrok, podeszła do jego rzeczy leżących na fotelu, wzięła spodnie, podała mu i powiedziała:

Proszę bardzo Załóż te swoje niewyprane portki i wracaj

Gdzie?

Do swojej mamy, na wieś. Na świeże powietrze A nam, naszej trójce, wystarczy tlenu i tutaj, w naszym parku.

Idź do oryginalnego materiału