Dziś znów naszła mnie refleksja na temat sytuacji sprzed kilku lat, kiedy po raz pierwszy poczułam, co znaczy mieć naprawdę trudnych sąsiadów.
Pięć lat temu, razem z mężem, Stanisławem, mieliśmy już dwójkę pociech: Marysię i Zosię. Cała nasza rodzina gnieździła się w ciasnym pokoju w starej kamienicy na Pradze w Warszawie. Zwyczajnie nie starczało nam miejsca, więc rozmowy o większym mieszkaniu pojawiały się prawie codziennie ale na rozmowach przez długi czas się kończyło.
Wszystko zmieniło się, kiedy dowiedzieliśmy się, iż spodziewam się trzeciego dziecka. Nie mieliśmy wyboru. Przy naszych zarobkach i tych ciągle wzrastających cenach w złotówkach, znalezienie większego M nie było łatwe. Zdecydowaliśmy się więc sprzedać dotychczasowe mieszkanie i dołożyć oszczędności, żeby kupić upragnione trzypokojowe lokum na Bemowie.
Byliśmy tacy szczęśliwi, kiedy dostaliśmy klucze. Mieszkanie już wyremontowane, wystarczyło tylko przywieźć meble i rozpakować się.
Niestety, bardzo gwałtownie okazało się, iż nie wszystkim sąsiadom nowi lokatorzy przypadli do gustu. Ludzie z góry, pani Janina i pani Jadwiga, postanowiły jasno pokazać, czyje zasady panują w tej kamienicy. Zjednoczyły się przeciwko nam i nie przepuszczały żadnej okazji, żeby nas pouczyć albo wytknąć najmniejszy błąd.
Ciągle słyszeliśmy pretensje:
Czemu tak długo drzwi wejściowe były otwarte?
Przecież wnosiliśmy kanapę, siłą rzeczy musiało to chwilę potrwać.
Kto zostawił samochód pod moim oknem?
Samochód stał pod moim własnym oknem na parterze; nie rozumiem, jak to mogło komukolwiek przeszkadzać.
Najbardziej mnie wyprowadziło z równowagi, kiedy przyszła kolejna uwaga:
Wasze dzieci po powrocie z przedszkola zachowują się zbyt głośno, biegają i przeszkadzają odpocząć!
Żeby tego było mało, usłyszałam zarzut, iż puszczam im bajki za głośno, mimo iż mieszkają piętro wyżej…
Prawdziwy wybuch nastąpił miesiąc przed urodzeniem naszego najmłodszego synka, Bartka. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży, Stanisława nie było w domu. Przyszły do mnie obie sąsiadki, z groźnymi minami.
Pani mąż, wychodząc na papierosa, wpuścił jakiegoś obcego faceta do klatki! Chodził od drzwi do drzwi i proponował dorabianie kluczy do domofonu!
Byłam w szoku. Przecież Staszek nigdy nie palił, choćby nie lubi zapachu papierosów. Próbowałam to wytłumaczyć, tłumaczyłam, iż musiały je pomylić.
Kiedy mąż wrócił, byłam bliska płaczu. Opowiedziałam wszystko Staszkowi, a on, straciwszy cierpliwość, poszedł prosto do sąsiadek i jasno postawił sprawę. Powiedział im szczerze, iż nie życzymy sobie już więcej takich oskarżeń ani wizyt.
Od tamtej pory panowała między nami napięta cisza. Już się nie witają, udają, iż nas nie ma, ale przynajmniej dali nam spokój. Zdarza mi się jeszcze zastanawiać, dlaczego ludzie zamiast żyć po sąsiedzku i pomagać sobie, potrafią uprzykrzać życie zupełnie bez powodu. Teraz myślę, iż może przemówił w nich stary, dobry polski syndrom pilnuj sąsiada. Ale grunt, iż my mamy już spokój i swoje, coraz bardziej przytulne mieszkanie.











