Kocur, który okradł całe osiedle Wilanów-Ochota

newsempire24.com 5 godzin temu

Nazywam się Bartłomiej Wachowicz, mam czterdzieści jeden lat i przez trzy lata byłem sąsiadem, który wychodził rano do pracy i znajdował na wycieraczce cudzy kapeć. Mieszkam na Ochocie, w Warszawie, w bloku przy ulicy Grójeckiej, tam gdzie na parterze jest sklep monopolowy i całą noc świeci neon z napisem „czynne”. Moja żona, Kasia, od lat powtarzała, iż coś jest nie tak z naszym kotem. Ja się z niej śmiałem.

Kocur nazywał się Kudłacz. Rudy, gruby, z jednym uchem lekko naderwanym po jakiejś bójce sprzed lat. Wieczorem wypuszczaliśmy go przez okno piwniczne na klatce, bo tak robiła połowa sąsiadów w naszym bloku — koty chodziły sobie po osiedlu, wracały nad ranem, nikt się tym nie przejmował. U nas Kudłacz wracał zwykle koło czwartej, wskakiwał przez to samo okno i szedł prosto do miski. Nigdy nie zauważyłem, żeby coś niósł w pysku. Może dlatego, iż nigdy nie patrzyłem.

Zacząłem zauważać rzeczy w korytarzu jesienią. Najpierw jedna rękawiczka, dziecięca, w żółte słoneczka — nie nasza, bo dzieci nie mamy. Potem gąbka do zmywania, jeszcze wilgotna. Potem klapek, sam jeden, rozmiar chyba trzydzieści siedem. Mówiłem Kasi, iż pewnie ktoś zapomniał, iż wpadło przez szparę pod drzwiami. Ona kręciła głową i mówiła: „Bartek, przecież my mieszkamy na trzecim piętrze, nikt tu nic nie zapomina".

Na klatce zaczęły krążyć plotki. Pani Danuta z parteru straciła dwa ręczniki kuchenne, które suszyły się na balkonowej barierce. Pan Krzysztof, elektryk spod dwunastki, przysięgał, iż zniknęła mu jedna rękawica robocza, prawa, skórzana, kupiona za sto dwadzieścia złotych. Ktoś na grupie osiedlowej na Facebooku napisał, iż ginie im bielizna z suszarki rozstawionej na trawniku. Wszyscy podejrzewali dzieciaki z bloku obok albo bezdomnego, który czasem nocował przy śmietniku.

Przełom nastąpił w listopadzie, kiedy sąsiadka z parteru, pani Ewelina, kupiła kamerę na baterie i powiesiła ją nad wejściem do klatki, bo ktoś jej zerwał firankę suszącą się na sznurku. Zapisywała nagrania trzy noce. Czwartej nocy zadzwoniła do mnie o wpół do drugiej, głosem, który brzmiał, jakby powstrzymywała śmiech i wściekłość jednocześnie.

— Bartłomiej, niech pan zejdzie. Mam coś do pokazania.

Zeszliśmy z Kasią w piżamach, w kapciach, bo choćby nie pomyśleliśmy, żeby się ubrać. Na ekranie telefonu, w zielonkawej poświacie noktowizji, mój rudy kocur szedł przez trawnik, dumnie niosąc w pysku damski klapek. Zatrzymał się, rozejrzał, jakby sprawdzał, czy nikt nie patrzy, i wskoczył przez okno piwniczne. Nasze okno.

— To niemożliwe — powiedziałem, choć w gardle mi zaschło, bo widziałem to na własne oczy.

Pani Ewelina puściła kolejne nagranie. I kolejne. Kudłacz na filmie z innej nocy niósł skarpetkę. Na następnym — plastikową zabawkę, chyba dinozaura, prawdopodobnie ukradzioną z piaskownicy. Na jeszcze innym miał w pysku coś, co przy powiększeniu okazało się być damską stringą wiszącą wcześniej na balkonie trzeciego piętra budynku obok.

Poszliśmy z Kasią sprawdzić piwnicę tej samej nocy, bo już nie dało się spać. Otworzyłem drzwi do naszej komórki lokatorskiej i poczułem, jak żołądek mi się zaciska. Cały kąt za starą pralką był zasypany rzeczami, których nigdy tam nie kładliśmy. Skarpetki, klapki, ściereczki, dziecięca rękawiczka w słoneczka, prawa skórzana rękawica robocza za sto dwadzieścia złotych, kawałek wstążki, jakaś zabawka dla psa, guma do włosów, choćby jeden but dziecięcy, malutki, w kolorze różowym. Liczyliśmy do rana. Wyszło sześćset trzydzieści dwie sztuki. Kasia usiadła na betonowej posadzce i śmiała się do łez, a ja stałem z workiem na śmieci w ręku i nie wiedziałem, czy się śmiać, czy przepraszać całe osiedle.

Najgorsza noc, jak się później okazało z nagrań pani Eweliny, przypadła na koniec października — Kudłacz w ciągu ośmiu godzin przyniósł jedenaście różnych przedmiotów, od ścierki po dziecięcy kapeć, jakby urządził sobie prywatny sylwester okradania Grójeckiej.

Rano zwołałem zebranie na klatce, coś, czego nigdy w życiu nie robiłem. Stanąłem przy skrzynkach pocztowych z workiem pełnym cudzych rzeczy i powiedziałem wprost: to nie dzieciaki, to nie bezdomny, to mój kot. Pani Danuta najpierw nie chciała uwierzyć, potem zaczęła się śmiać tak mocno, iż musiała usiąść na schodku. Pan Krzysztof odzyskał swoją rękawicę i powiedział, iż i tak już kupił nową parę, ale tę starą zatrzyma na pamiątkę. Sąsiadka z klapkiem podziękowała i zapytała, czy Kudłacz przyjmuje zamówienia specjalne.

Zrobiłem coś, czego moja żona ode mnie nie oczekiwała: kupiłem w sklepie zoologicznym przy Placu Narutowicza obrożę z małą tabliczką, na której kazałem wygrawerować napis „Jestem Kudłacz, złodziej z Grójeckiej, jeżeli czegoś wam brakuje — sprawdźcie piwnicę pod numerem 24". Zawiesiłem mu to na szyi tego samego wieczoru. Kot spojrzał na mnie tak, jakby uważał tabliczkę za osobistą zniewagę, po czym i tak wyszedł przez okno piwniczne, jak zwykle po zmroku.

Rozstawiliśmy w komórce lokatorskiej pudełko kartonowe z napisem „Zguby Kudłacza" i zanieśliśmy je na klatkę, żeby każdy mógł sam poszukać swojej rzeczy. Ustaliłem też z zarządcą budynku, żeby na tablicy ogłoszeń wisiała kartka: kto zgubił coś w ostatnich trzech latach na osiedlu — niech zajrzy do skrzyni przy windzie. Ludzie przychodzili tygodniami. Pani Ewelina odzyskała firankę. Ktoś z bloku obok znalazł swój dinozaurowy klocek. Nie wszystko się odnalazło — kilka par skarpetek zostało bez pary na zawsze, jedna rękawiczka w słoneczka do dziś czeka w pudełku, bo nikt się po nią nie zgłosił.

Kudłacz przez cały czas wychodzi wieczorami przez okno piwniczne, obroża z tabliczką grzechocze mu na szyi, a ja co rano zaglądam do komórki, zanim wypiję kawę — sprawdzić, ile tym razem przybyło.

Idź do oryginalnego materiału