Kolorowe papierki po cukierkach

newsempire24.com 2 godzin temu

– No i fanfaron z ciebie, Jędruszku! Należałoby cię porządnie przetrzepać na goły tyłek, ale już nie ma komu ani czasu! Do takich lat dożyłeś, a rozumu, jak nie było, tak nie ma!

Babcia Zofia splunęła pod nogi swojego sąsiada i, kulejąc na bolącą nogę, ruszyła w swoją stronę. Zrobiła, co do niej należało, a dalej to już niech sumienie mu mówi, jak żyć należy. Ludzie rozumu nie dali, może los jeszcze coś wyprostuje?

Ot, co sobie wymyślił?! Własną matkę do domu opieki oddać! Gdzież to widziano?! Fakt, Klaudia jest już przykuta do łóżka, ale on jej syn czy obcy wujek? Aż złość bierze! Gdyby tylko miała jeszcze siły – nie zastanawiałaby się choćby przez chwilę. Wzięłaby przyjaciółkę do siebie. A tak

Żal jej Tereni. Dobra z niej dziewczyna, ale ileż można sama dźwigać? I tak została w wiosce, nie pojechała na studia, jak matka zachorowała. adekwatnie to wyjechała, ale wróciła, nie dała rady zostawić matki i babci. Pomagała, wiedząc, iż Zofia już ledwo daje sobie radę. Po tym, jak dwa lata temu złamała nogę, wszystko się posypało. Wcześniej już się wlokła, a teraz to już w ogóle.

Młodsza córka proponowała zabrać Zofię do siebie, do miasta, ale musiała odmówić. Dokąd? Tam ciasne mieszkanko, ledwo się mieścili wszyscy. Zięć niby dobry człowiek, ale przebojowości zero. Pracuje ciężko, a efektów brak. Dwoje dzieci dorobili się, a utrzymać ciężko. No i ona, Zofia, już im nie pomoże. Dawniej gospodarstwo prowadziła, dzieciom pomagała, a teraz? Rozsypana Tereska się złości, jak tak mówi, ale co się obrażać, jak prawda? Zdrowia nie ma i siły się gdzieś rozchodzą. Rano, żeby wstać z łóżka, to już cały wyczyn. Otworzy oczy, poleży, pomyśli, zbiera się jak rozrzucone węgielki łopatą – w gromadę, w gromadę! Wstała! Idzie!

Dobrze, iż wnuczka Tereska zwinna jak kozica. Zanim Zofia się rozrusza, ona już wszystko ogarnie, matce pomoże i leci do pracy. Sprytna! Zawsze taka była. Od małego.

Córkę, matkę Tereski, Zofia urodziła późno. Już myślała, iż nigdy matką nie zostanie. Już nie liczyła.

Pierwszy mąż nie darował jej niepłodności. Odszedł. Zofia rozpaczała, ale nie za mocno. Widziała, iż specjalnie jej nigdy nie kochał. Ona się paliła, a on

Za młodu Zofia bardzo była ładna. Jak zorza poranna. Ładniejszej dziewczyny w całej okolicy nie było. Chłopaki za nią latali od szkoły, ale trzymała się zasad. Czekała na miłość. Myślała, iż zaraz pojawi się ten jedyny. Ale go nie było. Czas mijał, przestała choćby rozglądać się wokół. Matka jej docinała:

– Co wybrzydzasz? Zostaniesz starą panną!

A jak tu tłumaczyć, iż obrzydzenie bierze na byle kogo

Aż pewnego razu wrócił ze służby wojskowej chłopak z sąsiedniej wsi. Zofia go nie znała. Mieszkał gdzieś indziej, ale po wojsku zamieszkał u dziadków. Dlaczego tak, długo nikt nie wiedział. I Zofii, wiadomo, nikt nie tłumaczył.

A ona przepadła! Raz zobaczyła swego Andrzeja i spokój przepadł. Zakochała się

On długo nie czekał. Ledwo ją ujrzał, zaraz posłał swatów. Matka Zofii była prze-szczęśliwa. Co się tu zastanawiać? Dziewczyna już wszystkie terminy przegapiła, a ciągle sama!

Zrobili wesele huczne, radosne. Zofia nie wiedziała, gdzie oczy schować ze szczęścia. I nie zauważyła na początku, jak zaczęły szeptać po kątach. Dopiero gdy teściowa podeszła i wzięła ją za rękę, Zofia zrozumiała, iż coś jest nie tak.

Tamta kobieta w ciemnej chustce rzucała się w oczy od razu, jak Zofia tylko na podwórze wyszła. Kiedy teściowa pchnęła ją lekko w stronę wózka przy tej kobiecie, Zofii oddech zabrakło, serce ścisnęło. Cóż tu dużo rozumieć? Wszystko jasne.

Andrzej potem wyjaśnił jej, iż przed wojskiem miał dziewczynę, ale nie uwierzył, iż to jego syn. Rodzina mu wmawiała, iż się daty nie zgadzają. Potem teściowa, pod naciskiem sąsiadek, poszła do byłej z narzeczonej Andrzeja. Tam leżał mały Andrzejek wykapany ojciec. Ale już było za późno. Innej już obiecali…

Dziewczyna ta nie chciała mieć z Andrzejem żadnej relacji. Nie wybaczyła zdrady. choćby nie wiedziała, iż matka zabrała dziecko na wesele byłego narzeczonego. Powiedziała jej, iż do siostry jedzie.

– Po co? Zofia, dotykając wózka, spojrzała na zmęczoną kobietę z zaciśniętymi ustami.

– Żebyś wiedziała, za kogo wychodzisz.

Po co była jej ta wiedza, Zofia do dziś nie wie. Męża kochała, a co było przed nią Świętych na ziemi nie ma. Popełnił błąd, ale człowiek przecież. Nie ma prawa do pomyłki?

Kontaktować się z synem nigdy mężowi nie zabraniała. Ale i on nie palił się do tego. Zofia gwałtownie zrozumiała, iż Andrzej kocha tylko siebie. Inni byli dla niego jak ramka do obrazu dla ozdoby.

Czepiać się nie było o co. I gospodarz dobry, dom dostatek. Ale szczęścia jakoś brakowało.

Przez ponad piętnaście lat, które z nim przeżyła, ciepła nie zaznała. Niby był, a jakby go nie było. Pusto w domu, echo.

Jeszcze miała nadzieję na dzieci tłumaczyła sobie, iż chwilowe to wszystko. Serce męża się nie otworzyło. Bywa przecież.

A kiedy mimochodem powiedział, iż nie jest choćby kobieta, a kłoda bezużyteczna, skoro nie może rodzić, Zofia zrozumiała, iż żyje na darmo. Czy będziesz iść, czy stać, i tak się nie zmieni.

Rozeszli się szybko, tak iż nie wszyscy we wsi od razu się połapali, iż już rodziny Krugłów nie ma. Została tylko Zofia.

Andrzej zaraz wyjechał, gdy tylko zakończyli papierkowe sprawy. Dom zostawił Zofii, przynajmniej tyle.

– Nie miej żalu. Winniśmy oboje, ale to ja powinienem wziąć odpowiedzialność.

Nie wybaczyła do końca, ale trochę lżej się zrobiło na sercu. Co poradzi, taki los. Pan Bóg dał urodę, ale szczęścia… nie znalazł dla niej.

Dwa lata mieszkała sama. Pracowała, chodziła po wsi z podniesioną głową i na plotki nie zważała. Inne czasy! Mąż odszedł trudno! Kto kogo.

Ale serce bolało. Chciała wracać do domu, gdzie żywy głos słychać nie do pustki.

Z Władysławem zeszła się nie od razu. Długo się przyglądała. Oboje starsi, rozsądniejsi. On przyszedł do wioski, starą chałupę dziadków wyremontował, gospodarkę założył. Pomagał sąsiadom, o pomoc nie prosił.

Spokojny, grzeczny. Zaczął się starać.

Zofia już nie pamiętała, jak to jest. A może i nigdy dobrze nie wiedziała. Andrzej jej tylko raz przyniósł bukiet stokrotek, reszta była przesadą według niego. Jak była zakochana po uszy, to się nie zastanawiała, później nie było już na to miejsca.

A Władysław był szarmancki. Zawsze coś drobnego przyniósł, nigdy pustych rąk. Jak już szedł to zaraz coś naprawił, pomógł. Zofia zdecydowała gorzej nie będzie na pewno. Mówili, co chcieli, a ona z samotności już wyła po nocach. Teraz przynajmniej nie była sama na starość.

Z nowego małżeństwa nic nie oczekiwała. Ale los spłatał figla, potańczył na jej ścieżce i podarował coś, o czym choćby nie śniła.

Pierwszej ciąży długo nie zauważała, do piątego miesiąca. Wszystko u niej zawsze było nie w porządku, rozchwiane. Ledwo chodziła, żadnej uciążliwości.

To wtedy Klaudia, sąsiadka, zauważyła zmianę.

– Ty chyba ciężarna, Zofka! wykrzyknęła pewnego dnia, widząc jak Zofia się zachwiała, przecierając oczy od słońca.

– Coś ty! Skąd?! Ja przecież pusta

– Babka moja zawsze mówiła, iż to nie zawsze kobiety wina. I lekarze też. Niekiedy i facet winien, albo nie temu trzeba dzieci rodzić. Z Andrzejem, może tobie nie było przeznaczone. Może z tym nowym ci się poszczęści? Pojedź do miasta, przebadaj się. Może się euforia trafi?

Z miasta Zofia wróciła odmieniona. Ludzie obejrzeli się za nią na ulicy. Cała świeciła się jak słońce, uśmiech aż promieniował jasne, iż dobrze, a będzie jeszcze lepiej!

Jedna córka, za nią druga, a Zofia zaczęła się prostować i śmiało patrzeć ludziom w oczy. Nie miała już czego wstydzić. Została matką.

Swoje dziewczynki kochała aż zadziwiało innych. Dzień powszedni, a one w sukienkach, z wstążkami, zawsze czyste i schludne. Chociaż, jak inne dzieci po drzewach, w kałużach, w lecie nad rzeką. Nigdy nie krzyczała, nie biła. Wodę nalała do miski, dała mydło i uczyła, jak prać skarpetki. jeżeli rozdarły coś dała igłę – zszywać. Co nie umiecie, nauczę.

Władysława zabrakło po ślubie młodszej córki. Pojechał ją odwiedzić do miasta i zginął w wypadku w drodze powrotnej.

Zofia wtedy całkiem posmutniała. Gdyby nie dzieci poszłaby za mężem. Ale dała radę. A po roku starsza córka urodziła Tereskę i znów życie wróciło. Wszystko wokół rozkwitło.

Wnukami żyła. Od młodszej córki daleko, w mieście. Od święta tylko przyjeżdżali. A Tereska była na miejscu.

Wyrosła dziewczyna prawie jak babcia Zofia. Uroda ta sama, charakter silniejszy. Uparciuch. Jak sobie coś postanowi koniec. Jak zdecyduje, tak będzie.

Dopóki o naukę chodziło, Zofia się cieszyła. Ale jak wnuczka się zakochała tu były łzy.

Bo Tereska zakochała się bez pamięci. I nie w byle kim, tylko w sąsiedzie. Jędrzeju. Starszy od niej o pięć lat, już dorosły, a Tereska ledwo skończyła szesnaście. Co mogła wiedzieć? Ale uparła się, iż kocha, i koniec.

Jędrzej nie zwracał na Teresę uwagi. Sąsiadka, dzieciak. A on już dorosły, kogoś innego kochał.

Lidka, ta którą sobie upatrzył, była bardzo efektowna. Może nie najładniejsza, ale potrafiła się pokazać, ubierała się najładniej w całej wsi. Ojciec ją rozpieszczał, jedynaczka jak nie dogadzać?

Ale to jej nie wyszło na zdrowie. Wysoka duma. Jak nie u jej stóp wszyscy, dzień stracony.

Jędrzeja początkowo nie dopuszczała, przyglądała się.

Aż wydarzyło się coś dziwnego.

Lidka miała chłopaka z sąsiedniej miejscowości. Też rozpieszczony przez rodziców jak ona. Chodził za Lidką z nudów, ona chętnie chodziła na tańce. Któregoś dnia pojechali razem na motorze, i zniknęli. Co się stało, nikt nie wiedział, ale Lidka wróciła nad ranem pobita i w podartym ubraniu.

Wiedziała o tym tylko Zofia. Nie spała tamtej nocy, wyszła do ogródka o świcie. Zobaczyła, jak Lidka po cichu wraca.

Lidka choćby na Zofię nie spojrzała. Przeszła przez grządki, jakby Zofii tam w ogóle nie było.

Tydzień później wieś huczała rodzice Lidki szykowali szybki ślub.

Jędrzej był dumny i szczęśliwy, a Klaudia się zmartwiła.

– Zosiu, coś tu nie gra. A jak synkowi o tym powiem? Nie posłucha! To ich sprawa. Może to nieszczęśliwie wyszło, iż do innego chłopaka się przytuliła. Nie mnie osądzać. Ale Jędrzeja szkoda. On ją kocha. Zmarniał cały.

Zofia słuchała, kiwała głową, milczała. Nie chciała plotkować. W domu była własna tragedia.

Tereska oszalała. Wpatrzona w okno, płakała całe dni lub leżała tyłem do ściany, szlochając bez łez.

Zofia próbowała ją przekonywać, obiecywała wszystko, byle pojechała do miasta do ciotki. Może tam zostanie, wykształci się, wyjdzie za mąż i nigdy tu nie wróci, nie zobaczy Jędrzeja, który jej nie chce znać. Rozumiała, iż choćby jak opowie, co widziała nie pomoże. Miłość swoją rządzi się własnymi prawami.

Ale Tereska ani babci, ani matki nie słuchała. Ojca już nie było, nikt inny nie miał wpływu na nią.

Czego czekała? Na co liczyła? Chyba myślała, iż się coś zmieni, ale tego nikt nie wie.

Czekała aż do dnia ślubu, przyszła z Zofią i matką, pierwszy raz od dawna z suchymi oczami. Stała na uboczu, nie siadała do stołu, nie rozmawiała z koleżankami. A potem wyszła i poszła do domu.

Matka od razu zauważyła nieobecność Tereski. Wybiegła za nią, przestraszona. Ale tym razem Tereska ją zaskoczyła. Spakowała walizkę, uściskała mamę i babcię i wyjechała do miasta. Płakały, ale żegnały ją ze znakiem krzyża i postanowiły czekać.

Czas wszystko leczy.

Może by wyleczył i teraz, gdyby nie nieszczęście. Matka Tereski trafiła do szpitala i już sama nie wróciła.

Znowu Tereska spakowała walizkę. Musiała wrócić. Babcia sama, a przy chorych matkach kto da radę?

Bała się tylko, iż Jędrzej z żoną będą mieszkać obok, ale los się zlitował. Wyjechali zaraz po ślubie.

Tereska rozpakowała się, posprzątała dom, matkę ułożyła wygodnie i zaczęła pracować w gospodarstwie. Bo gdzie miała iść? Zawodu nie miała, a w wiosce pracy niewiele, tylko w gospodarstwie.

Ale pracy się nigdy nie bała. Zwierzęta zawsze kochała. Wiedziała, iż z jednej pensji nie wyżyje, więc założyła małe gospodarstwo.

Tak się żyło. Tereska pomagała Klaudii, jak mogła. Klaudia po śmierci męża też rozpadła się. Syn daleko, listy rzadko, o rodzinie kilka opowiadał. Tylko pieniądze przesyłał, pytał, jak u matki. Ale co tam u niego, Klaudia nie wiedziała. Słyszała tylko, iż Lidka urodziła dwoje dzieci. Chłopca i dziewczynkę. Ale wnuków nie widziała. Albo Lidka nie wracała do rodzinnej wsi, albo Jędrzej miał problemy. Pracował jako kierowca ciężarówki. Z trasy do trasy, żeby zarobić. Klaudia wyczuwała z listów, iż jest mu ciężko. Bez słów matka zrozumie dziecko.

Czy to troska o syna osłabiła Klaudię, czy coś innego, ale zachorowała. Tereska załatwiła jej miejsce w szpitalu wojewódzkim. Jeździła, odwiedzała, a potem cicho płakała po drodze do domu. Lekarze nie dawali nadziei.

Zofia napisała do Jędrzeja od razu, gdy Klaudię zabrano do szpitala. Ale albo list przepadł, albo coś innego, bo nie przyjechał. choćby się nie odezwał. Zofia wysłała kolejny list i powiedziała Teresce:

– Widzisz, od matki się odwrócił. Ładne fanfaronstwo… A ja go za człowieka miałam!

– Babciu, poczekaj! Sama mnie uczyłaś, iż nie można ludzi oczerniać, zanim się nie upewni, kto zawinił. A choćby potem nie trzeba. Lepiej mieć czystsze sumienie. Pora pisać do niego raz jeszcze?

– Sama nie wiem, kochanie. Nigdy bym nie pomyślała, iż tak postąpi. Taki był czuły dla matki Gdzie to się podziało?

– A czemu go wołasz fanfaron?

– Długa historia. Właśnie dlatego nie wierzyłam, iż Jędrzej tak się zachowa.

– Opowiedz!

– Co tu opowiadać Był małym chłopcem, góra siedem lat. Wtedy wszyscy zbierali papierki po cukierkach. Kolekcjonowało się, wymieniało, ale zdobyć je było trudno. Ciężkie czasy, żyliśmy od wypłaty do wypłaty, a słodyczy nie było na co dzień. Najlepsze na święta. choćby na proste cukierki czekało się długo. Każdy, kto zbierał papierki, trzymał je jak skarb. jeżeli już się wymieniał, to na coś ważnego. A u Klaudii były wtedy kury nie byle jakie, rasowe, dwie sztuki, ale jakie piękne! Białe jak śnieg, z pióropuszem na głowie. Klaudia je traktowała jak oczko w głowie. Marzyła o rozmnażaniu. Ale nieszczęście Najlepszy kolega Jędrzeja miał psa, też rasowego, ojciec przywiózł z miasta. Pies szalony, na wszystko się rzucał. Jędrzej zaprosił kolegę, ten przyszedł z psem i rozszarpał Klaudii obie kury…

– Babciu, naprawdę

– Tak, Teresko, obie. Klaudia płakała jak dziecko. Syna nie skarciła, ale przez parę dni się do nikogo nie odzywała. A wiesz, co zrobił Jędrzej?

– Co?

– Oddał wszystkie swoje cenne papierki koledze, którego ojciec jeździł do miasta. Poprosił, żeby zabrał go ze sobą, jak znów pojadą. Wytrzepał skarbonkę, w której zbierał na rower, i przywiózł matce taką samą kurę.

– Bohater z niego!

– Kto by przypuszczał Klaudia była oszalała ze szczęścia! Bo marzenie się spełniło biegały po podwórku tak samo piękne kury! Ale szczęśliwa była, bo syn pokazał, iż jest człowiekiem. A teraz co? Gdzie to się znika w ludziach, Teresko? Zofia westchnęła i nie dała się przekonać wnuczce.

Jaki to syn, co matkę zostawia, gdy ta chora?

Ale mowę straciła, gdy tydzień po powrocie Klaudii ze szpitala, ta wróciła do domu. Tereska dogadała się z tutejszym felczerem, pojechała do miasta i zorganizowała przewóz.

Cóż było robić? Czekać nie można, a oddać Klaudię do placówki bez zgody rodziny też nie mogła.

Jędrzej pojawił się niespodziewanie. Tereska już była wprawiona w opiece nad dwiema chorymi najpierw matka, potem Klaudia. Starczyło sił. Babcia co prawda marudziła, iż Tereska się przepracowuje, ale przecież nie zostawi obcej kobiety to matka Jędrzeja

Tereska akurat myła podłogi u Klaudii, gdy drzwi w sieni stuknęły i wbiegł chłopczyk, zostawił ślady na świeżo umytej podłodze i stanął przed Tereską:

– Ty jesteś moją mamą?

To pytanie było tak proste i szczere, iż Tereska zamarła z mopem w dłoni.

– Sąsiadka – Jędrzej położył mu rękę na ramieniu i przywitał się z Tereską. Przepraszam, iż tak późno się pojawiam. Wiem, iż zawiniłem. Maks był w szpitalu, nie mogłem zostawić go samego. A Milki nie miałem z kim zostawić.

– A co z Lidią? palnęła Tereska i zaraz tego pożałowała.

Po co jej wiedzieć o życiu Jędrzeja?

– Lidii już nie ma. Zostawiła nas. Wyjechała z nowym mężem. Zostałem sam.

– Jak to sam? A dzieci? Tereska odetchnęła. Nagle przestała się wstydzić tego wysokiego, mocnego mężczyzny trzymającego za rękę małą dziewczynkę, całą podobną do niego.

– No właśnie, sam nie jestem. Co ja mówię Przepraszam, Teresko. Śpi? wskazując na łóżko, Jędrzej kucnął i zdjął córce buciki.

– Śpi. Padła. Musi odpoczywać jak najwięcej. Lekarze mówią, iż tak lepiej. Ale według mnie lepiej, jakby chodziła. Twoja mama zawsze była aktywna. Nigdy nie usiedziała w miejscu, a tu tylko leżeć.

– Wszystkie boki odleżała! odezwała się Klaudia, więc Tereska się pośpieszyła. Jędrzej tu, a ona musi już iść do domu.

Szybko skończyła myć podłogi, postawiła na stole garnek ze świeżo ugotowanym rosołem i mleko dla dzieci, po czym wybiegła, nie żegnając się z Jędrzejem. Nie miała już siły na rozmowy.

Wydawało się Teresce, iż przez te lata, kiedy nie widziała Jędrzeja, jej serce się uspokoiło. A jednak Przeraziła się. Teraz to już nie tamten chłopak wyrywający jej warkocze przez płot dzielący działki. I ona nie jest już tą nieśmiałą dziewczynką, która rumieniła się na każde jego cześć. Zmienili się. Starsi, mądrzejsi? Nie wiadomo, ale na pewno inni.

Za dzień Klaudia powiedziała Zofii, iż chce syna poprosić, żeby ją zawiózł do domu opieki.

Zofia tak się oburzyła, iż całkiem jej się siły wróciły. Wyszła z domu, zawołała Jędrzeja, splunęła mu pod nogi i wróciła do siebie. Nie chciała go ani widzieć, ani słyszeć. I choćby pytania Teresce nie dała zadać.

– Nie ma co go tłumaczyć! Chłop, nie dziecko! I takie coś matce?! Zofia rozkleiła się i rozryczała.

A Tereska, w starym szlafroku roboczym, wyskoczyła do sieni, włożyła kalosze i popędziła do sąsiadów.

– Jędrzej! Jędrzej! Gdzie jesteś?! otworzyła drzwi, stanęła na progu, potargana, rozgniewana i piękna, jak wiosna. Co ty wymyśliłeś, co?! Nie oddam ci cioci Klaudii! Nie próbuj! Jedź, skąd przyjechałeś! My sobie damy radę! Czy to jedna do opieki, czy dwie wszystko jedno! Postawimy drugie łóżko w pokoju i po sprawie! A ty! A ja cię…

Zamilkła, patrząc jak Klaudia śmieje się przez łzy, a Jędrzej się uśmiecha.

– Ale się rozszalałaś! Teresko, uspokój się. On mnie wcale nie chciał oddać! To ja chciałam. Powiedziałam Zofii, iż nie chcę być ciężarem, a ona nie dosłuchała i obraziła się!

– Ja tu zostaję, Teresko. Nie zostawię matki.

– Tak? Tereska zmieszana spojrzała na walizkę. To dokąd się wybierałeś?

– Do domu muszę pojechać. Pracę załatwić, rozliczyć się. Rzeczy pozabrać. Nie wiem ile to potrwa, dzieci ze mną. Ale już załatwiłem z felczerem popilnuje mamy.

I tu Tereska pokazała charakter.

Podeszła do Jędrzeja, stanęła naprzeciw, spojrzała mu w oczy i powiedziała:

– Nie targaj dzieci w tę i we w tę! Niech zostaną tutaj. Ja przypilnuję. I będę czekać na ciebie. Zrozumiałeś?

– Zrozumiałem Jędrzej patrzył na nią, jakby pierwszy raz ją widział. Jak ja mogłem tak długo cię nie dostrzegać?

– Okulary sobie spraw w mieście. Jeszcze coś przegapisz Tereska wzięła na ręce dziewczynkę, która objęła ją za nogi. Chodź do babci Zofii, zaraz pierogi będą. Lubisz pierogi? To świetnie!

Kilka lat później Jędrzej wyprowadzi najpierw Klarę, potem swoją teściową na ganek:

– No, mamusie! Spokojnie, powoli. Patrzcie, jakie fotele wam z miasta przywiozłem!

Można siedzieć, leżeć, świeże powietrze, czyż nie pięknie?

Delikatnie, dostosowując się do powolnego kroku matki, pomoże usiąść w leżaku, nasłuchuje.

– Młodsze dzieci się obudziły! A Tereski jeszcze nie ma. Idę zobaczyć, co tam się dzieje.

– A Tereska wróci niedługo?

– Dziś ma ostatni egzamin. Powiedziała, iż będzie w pierwszej piątce, szybciej wróci. Zaraz będzie w domu.

Samochód zatrzyma się przy bramie, a dzieciaki, które z drzewa zrywały wiśnie na konfitury dla babci Zofii, zjeżdżają szybko:

– Mama! Mama przyjechała!

I Tereska, już nie tamta nieśmiała dziewczynka, tylko kobieta pewna siebie, otwiera ramiona, łapie swoje roztrzepane szczęście i puszcza oko do męża.

– Piątka!

– Nikt nie wątpił! Jędrzej kiwa głową i idzie do domu.

Bliźniaki, oczywiście, po matce, rozumne, ale niecierpliwe no i tu są jak ojciec.

Fanfarony!

Idź do oryginalnego materiału