Krople

newskey24.com 9 godzin temu

I wcale nie jest taka straszna! Ładna jest! Maks, powiedz im!

Saszka tuliła do siebie wychudzoną, obdrapaną jak patyk kotkę i płakała głośno, iż aż sąsiedzi stojący wokół zatykali uszy.

Sasza, donośna i głośna jak wszyscy z jej licznej rodziny, miała pięć lat i nikt na podwórku nie potrafił się tak wydzierać, żeby choćby szyby dygotały.

Wszyscy już dawno przywykli do Saszki i jej licznego rodzeństwa. Nikt się ich wybrykami nie przejmował, bo dobrze wiedzieli, iż Teresa, ich matka, nie zawsze potrafi opanować taką bandę. Miała taki tryb pracy, iż inna kobieta dawno by już wysiadła i chciała się powiesić na tym pięknym, kutym ogrodzeniu.

To ogrodzenie, ozdoba całego domu, oddzielało stary dworek, dawno przemianowany na wielomieszkaniową kamienicę, od głównej ulicy. Co roku wszyscy lokatorzy, razem z Teresą, malowali je wiosną i nikt nie miał jej za złe, iż spędza na nim trochę czasu.

Ale do wiszenia na nim jeszcze się nie przekonała. Wzdychała:

Wszyscy jesteśmy jak konie pociągowe! Silne, piękne. Ale co zrobić? Nikt nie poniesie twojego, musisz sama. Ja to chyba jakiś nieśmiertelny kucyk. Biegam w kółko, nie wiedząc dokąd. Po co już rozumiem. Ale dokąd… Marzę tylko, żeby wieczór w końcu nadszedł, dzieci w czystych piżamkach, najedzone, zadowolone, w łóżkach. A w zlewie żadnych naczyń, bo ktoś już je pozmywał. I choć to dziwne, ta pusta miska to właśnie szczęście…

Teresa była z natury filozofką i całkiem atrakcyjną kobietą. Ale kto spojrzy na kobietę z szóstką dzieci, bez prawie żadnej pomocy? Z życia prywatnego dawno zrezygnowała. Miała co robić bez amory.

Matką sześciu dzieci nie bywa się dla żartu!

Nikt jej jednak tego nie miał za złe, bo wszyscy znali dobrze jej historię.

Tak, Saszka, jak i trójka innych dzieci Teresy, byli przybrani.

Ale Teresa nie przyniosła ich prosto z domu dziecka, nie szukała bohaterskich czynów. Owszem, może do tego byłaby zdolna, ale wtedy jeszcze nie. Miała zupełnie inne plany, a samotne macierzyństwo z gromadką dzieci choćby jej się nie śniło.

Tylko iż życie psoci jak chce. Podsuwa ludziom próby charakteru i nie pyta ich o zdanie.

No, proszę, masz! Zastanów się! Kim jesteś?

I Teresa musiała myśleć i decydować. Jedno było jasne: decyzja mogła być tylko jedna.

Wszystkie dzieci, które wychowywała, to było jej dziedzictwo.

A dziedzictwo bierzemy albo nie. Teresa wiedziała, iż odmowa w jej przypadku jest wykluczona. Ją przecież nie zostawiono! Czemu miałaby zrobić to komuś innemu, zwłaszcza bliskiemu?

Miała do tego powody. Wystarczające dla niej.

Terenia dorastała w latach dziewięćdziesiątych.

Jej mama była lokalną królową piękności małego miasta pod Warszawą. Już w wieku osiemnastu lat zachwycała się ślubem, w cudownej sukni, z mężem, biznesmenem w takim stylu, iż lepiej było nie znać szczegółów jego interesów.

Swoich rodziców Teresa nie pamiętała.

Odprowadzała ich z babcią na lokalny cmentarz. Pomnik był śliczny, zdjęcia wycierała mała rączka, a Teresa, szepcząc, żeby babcia nie słyszała, opowiadała o rysunku, który pochwaliła nauczycielka, i o czerwono-białym szaliku, który zrobiła babcia na drutach.

Dopiero gdy skończyła szesnaście lat, poznała prawdę.

Twój ojciec to był bandyta, dziecko moje. Sam odszedł przedwcześnie i zabrał za sobą moją córkę. Źle o nim mówić nie wolno, ale nie wybaczę mu tego nigdy. Płakałam i błagałam ją, żeby go zostawiła. Nie posłuchała… Kochała go. I on ją chyba też… Podobno osłonił ją ciałem, jak przyszli po niego. Chciał ją ratować… Może i kochał, kto wie? Tobie dali przynajmniej miłość. Tyle z mojej dziewczynki zostało…

Wtedy Teresa zrozumiała, kim są ci dziwni ludzie, którzy czasem przychodzili do nich z babcią. Stali milcząc w przedpokoju albo pili herbatę w kuchni, słuchając o postępach Tereski w szkole czy muzycznej, zostawiali koperty z pieniędzmi i znikali.

Babcia nie odmawiała tych pieniędzy. Ale i nie wydawała. Odkładała je. Aż w końcu szkoły kupiła wnuczce duże własne mieszkanie.

Masz, kochanie. Spadek po mamie… i ojcu…

Ale Teresa nie chciała w nim mieszkać. Została z babcią.

Dlaczego, Teresko? Piękne mieszkanie! W centrum! Do liceum dwa kroki. Do pracy też blisko. A ty uparta!

Nie chcę bez ciebie! Albo ty przeprowadzasz się ze mną, albo zostajemy tutaj!

Babcia długo nie chciała zostawić swojej klitki pełnej wspomnień po córce. Ale zgodziła się, kiedy pojawiła się jej siostrzenica, Grażyna.

Tereska, pozwól nam zamieszkać u ciebie. Błagam! Mam dzieci, a ty i tak tam nie mieszkasz. Puste stoi. Będę ci płacić, łatwiej wam będzie z babcią. I jeszcze meldunek pomóż załatwić. Bez tego dzieci do przedszkola nie wezmą!

Grażyna była przebojową, twardą kobietą i Teresa wiedziała, iż umiała wszystkim wejść w łaski.

Nie słuchaj jej, Terenia! kręciła głową babcia. Moja ona, ale taka lisica, iż lepiej uważać! Wygoń ją!

Babciu, ona ma dzieci…

No i co? Matką jest? Niech o nich sama dba! Ja mam myśleć o tobie!

Teresa słuchała babci, ale nie potrafiła odsunąć od siebie dzieci Grażyny, wtedy jeszcze małego Maksa i Lidzi. Maluchy lgnęły do niej, czuły się kochane, a kiedy matka zabierała je z pokoju Teresy, zawsze robiły się smutne.

Teresa zawsze miała poczucie, iż niesprawiedliwie trzymać duże mieszkanie puste, kiedy inni się tułają po wynajmach. Zwłaszcza, iż Grażyna powtarzała, iż rodzinie nie odmawia się pomocy.

To sformułowanie prześladowało Teresę od dzieciństwa, gdy babcia często powtarzała, iż gdyby ojciec Teresy miał normalne życie, to i mama by żyła.

Bardzo ją to bolało. Wszystko robiła, żeby usłyszeć od babci proste: Tak trzeba, Tereska. Po ludzku. Jestem dumna.

Lepiej nikt Teresy pochwalić nie mógł. I sądziła, iż podobnie należy się zachować wobec Grażyny, jednak babcia ją zaskoczyła.

Nie to, Terenia! Wcale nie to!

Czemu? Czy sprawiedliwe, żeby Grażyna z dziećmi tułała się gdzieś, gdy u mnie pustki?

Tak! Bo nie jest Grażyna! I jeszcze przypomnij sobie bajkę o chytrej lisicy i lodowym domku. Ja ją pamiętam dobrze!

Babciu…

Cicho! Grażyna w twoim mieszkaniu mieszkać nie będzie. Kropka! My się tam przeprowadzamy.

Ale sama nie chciałaś zmieniać!

Ale przyjdzie się przestawić – czasami trzeba! Pomagać rodzinie trzeba, ale dawać wszystko od razu głupota. Ona zaradna, dzieci ustawi, mieszkanie sobie kupi. Ale chwilowo niech zamieszka u mnie, a nie u ciebie! Pamiętaj, Terenia dając za łatwo, czasem nie pomagasz.

Czemu?

Bo człowiek się wtedy nie stara! Po co się starać, jak już wszystko dostał? Wpuścisz Grażynę do mieszkania już jej nie wyprowadzisz. Zasiedli się, a ty będziesz się czuła winna! Ona to wykorzysta. Ale dom mojej wnuczki jest dla niej, nie dla innych!

Może… Ale czy dobrze tak myśleć o ludziach?

Nie jestem pewna, ale po co dawać pretekst do żalu? Czas pokaże, a lepiej zrobić z głową. Ja się wszystkim zajmę, z boku popatrz! Dla dzieci Grażyny to ważne, iż ktoś je kocha. Każda kropelka miłości w życiu jest drogocenna, zapamiętaj to, Teresko!

Okazało się, iż babcia miała rację.

Grażyna na wiadomość, iż ma mieszkać w kawalerce babci, tylko westchnęła:

Wiedziałam, iż nie dacie swojej Tereski skrzywdzić…

Chciałaś ją skrzywdzić?

Nie! Przecież nie mam nikogo poza wami!

No, to trzymaj się nas, dziewczyno! Pomagać będziemy, przecież wiesz.

Wiem…

Graża, wszystko rozumiem. Ale moja Tereska jest sierotą. Sieroty nie wolno skrzywdzić. Tam w niebie czeka na mnie córka, a co ja jej powiem? Oddałam jej dziecko? Nigdy! Możecie mieszkać w tej mojej kawalerce, dzielnica świetna, szkoła i przedszkole niedaleko. Dla dzieci idealnie.

Dziękuję i za prawdę, i za dom!

Nie jesteś mi obca, Grażyna! Pamiętaj o tym!

Zamieszkały razem i urządziły się po swojemu.

A czas, jak to czas, nie stoi w miejscu.

Teresa marzyła, żeby babcia w końcu odpoczęła, jednak los chciał inaczej.

Do przychodni w sąsiedniej kamienicy babcia chodziła regularnie.

Jak do pracy! żartowała, przeglądając recepty.

Zdrowie się pogarszało, Teresa bardzo się martwiła i próbowała ją odprowadzać, ale babcia odganiała ją ręką.

Nie jestem jeszcze taka niedołężna! Ty rób swoje, ja sobie poradzę!

O, jak Teresa potem żałowała, iż nie dopilnowała…

Wydawało się, iż to zwykła historia. Zima, nie sposób jej uniknąć. I choć biało i pięknie, pod śniegiem czai się lód. Wystarczy chwila nieuwagi…

Babcia Teresy przewróciła się tuż obok przychodni. Uderzyła głową, straciła przytomność. Przechodnie mijali ją, spiesząc się pewnie gdzieś bardzo ważnie, nie mając choćby chwili dla jakiejś staruszki wtulonej w krawężnik.

Dopiero taksówkarz, który wysadził klientów w pobliżu, wezwał karetkę i zadzwonił do Teresy, znalazłszy karteczkę z adresem i telefonami w torbie starszej pani. Ale było już za późno…

Babci już po dobie nie było. Teresa spędziła te godziny na szpitalnym korytarzu w ramionach Grażyny, która zostawiła dzieci sąsiadce i przybiegła zaraz gdy usłyszała co się stało.

Jak ja teraz sobie dam radę?

Nie myśl, iż jesteś bez niej. Musisz mieć nadzieję! Grażyna próbowała ją pocieszać, ale dobrze wiedziała, iż to na nic.

Lekarze odwracali wzrok, i Grażyna szybciej zorientowała się, iż nadziei nie ma.

Tereska, babcia by się nie spodobało to twoje użalanie się!

Co?

To właśnie. Była silna i ciebie tego uczyła, prawda?

Tak…

No to się ogarnij! Dla niej…

Dzień później Teresa wiedziała już, iż świat znowu się zmienił i sama odpowiada za wszystko.

Wiele się działo.

Pojawił się Paweł, z którym była prawie pięć lat i rozstali się w zgodzie, zostając z dwójką dzieci, ale przynajmniej bez bólu. Paweł był szczery do bólu, co w sumie ceniła. Znalazł inną miłość, nie owijał w bawełnę, tylko od razu Teresie wyznał, iż nie może z nią już żyć, ale dzieci nie porzuci.

Przecież jesteśmy przyjaciółmi, Tereska? pakował swój plecak, nie patrząc w jej oczy.

No, chyba… Paweł, ty siebie słyszysz? czuła się wtedy tak samo, jak w dniu smutnego telefonu od taksówkarza.

Cóż było zrobić? Złościć się za szczerość? Za to, iż odchodzi do innej? Takie jest życie. Tylko dzieci będą miały trudniej…

Nie pytała o więcej. Pomogła mu się spakować i wyprawiła za drzwi.

A potem zajrzała do dzieci, zadzwoniła do Grażyny:

Przyjedź…

Grażyna akurat mieszkała w mieszkaniu po babci, pracowała jako pielęgniarka oddziałowa i dopiero co skończyła lekcje z młodszą córką. Już miała się zirytować, ale posłuchała zmienionego tonu, niemal szeptu i powiedziała tylko:

Zaraz będę!

Po pół godziny tuliła Teresę na kuchennym taborecie, przeklinając w myślach rodzinę Pawła.

Nie rycz, nie opłakuj go! On i tak by cię zostawił! Lepiej teraz niż później.

Czemu? Co zrobiłam nie tak?

Oj, mamo… Kochana, wcale nie o ciebie chodzi. Taka męska natura. Hołota zwykła, przepraszam za słownictwo! I nie ważne, czy to ty, czy inna on odejdzie. Nieważne, nie od dzieci się nie odżegnał. Zobaczysz, dotrzyma słowa. To wiele! Ja z moim przeżyłam też kilka lat, co mam? Dzieci tylko moje, a on żyje jakby go nie było. Alimenty płaci, ale te grosze to śmiech. Prosiłam, by choć w święta zadzwonił… Nic! Jestem i mamą, i tatą! Ale dla Maksa istotny jest tata… A go nie ma…

Graża, co ja mam robić?

Nie kłócić się! To jedyna rada. Reszta się ułoży. Potrzebny czas.

Teraz powiesz, iż czas leczy?

Nie powiem, bo nie leczy. Ale pojawia się coś nowego i przesłania ból. Nie zabiera, nie uzdrawia, po prostu nakłada się na stare blizny.

Graża, skąd ty tyle mądrości w sobie masz?

Dziękuj babci! Życia nauczyła lepiej niż niejeden profesor. przez cały czas ją słyszę, jak z tobą rozmawiam… Tak samo jasno.

Dzięki, babciu… Teresa sięgnęła po ścierkę z kuchennego stołu, wyrzucając mokrą w kąt. Czemu tak boli?

Bo jesteś człowiekiem! Gorzej by było, jakbyś nic nie czuła!

Grażyna miała rację. Czas płynął, a Teresa zaczęła ochłaniać. Na cierpienie nie było miejsca.

Paweł widywał się z dziećmi, zabierał je na weekendy, starał się, by nie czuły się opuszczone.

Więc gdy powiedział, iż będzie miał kolejne dziecko, Teresa już nie przejęła się tak bardzo.

Dobrze…

Dziękuję ci!

Za co?

Za spokój! Jesteś niesamowitą kobietą!

No przecież wiem! Teresa choćby się uśmiechnęła.

Za tym przyszła nowina o Grażynie.

Graża, jak to?

Jak to jak? Tak się dzieje! Sama dwójkę masz! Tłumaczyć ci szczegóły? żartowała mimo strachu w oczach.

A kto ojciec?

Nieważne! Gdy się dowiedział, iż jestem w ciąży, zniknął. Nie zdążyłam mu choćby powiedzieć, iż to bliźniaki! Tereska, co ja mam zrobić? Medycznie wiem, ale po ludzku nie ogarniam! Co z nimi? Ani mieszkania, ani nic. Do tego Maks i Lidka…

Grażyna pobiegła do łazienki, a Teresa patrzyła na dzieci wyjadające cukierki.

No dobra, rozdzielamy po równo! Tylko nie łakomczuchy! Ciociu Teresa, a czemu jesteś taka smutna? Masz cukierka!

Patrząc w oczy temu bystremu chłopcu, Teresa podjęła decyzję, której wielu by może nie zrozumiało.

Zwariowałaś! Grażyna machała rękami z aktem darowizny. Nie mogę…

Możesz wszystko, Graża! Tak będzie dobrze. Babcia by się ucieszyła. Dzieci będą mieć dom, a później zobaczymy.

Babciną kawalerkę Teresa przepisała na Grażynę i cała ta dziwna rodzina czekała bliźniaków.

Saszka i Maryska przyszły na świat punktualnie. Malutkie, jak lalki, od razu pokazały światu, iż muszą się z nimi liczyć.

Głośne dziewczyny! Dobrze! Jak je nazwiesz?

Jedną po mamie Aleksandra, drugą po cioci Maria.

To widocznie dobra była ta ciocia, skoro dziecko nazwać jej imieniem…

Najlepsza! Gdyby nie ona, tych dzieci by nie było!

Z porodówki Grażynę odbierały dzieci i Teresa.

I patrz! Jest nas już trochę więcej! Teresa odsunęła koronkowy rożek Jakie ładne!

Oby były szczęśliwe… Grażyna tłumiła jednak swoje niepokoje.

Gdyby powiedziała Teresie o obawach, gdyby poszła szybciej do lekarza, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.

Ale która matka myśli o sobie, gdy ma niemowlę?

Źle Grażyna poczuła się tydzień po powrocie ze szpitala. Zawołała Maksa zbierającego się do szkoły, skinęła w stronę łóżeczek.

Popilnuj ich. Wezwałam pogotowie. Zadzwoń do Teresy. I nie płacz! Nie strasz Lidki. Na razie nie mów jej nic…

Nie dało się Grażyny uratować.

Serce, na które nigdy nie narzekała, odmówiło posłuszeństwa.

I znowu na Teresie spadła trudna decyzja. Tylko, czy mogła inna być?

Jesteście jedyną rodziną, to prawda, westchnęła zmęczona pani z opieki społecznej. Ale to wielka odpowiedzialność… Czworo, a ma pani jeszcze dwójkę swoich! Może trzeba by się zastanowić. Sprawa trudna.

Teresa nie dyskutowała.

Nie było o czym. Oddanie Maksa, Lidki i bliźniaków do domu dziecka albo obcym to było nie do pomyślenia. Wiedziała, iż za każdą decyzję, każde słowo trzeba kiedyś odpowiedzieć. Tego nauczyła ją babcia.

Skoro tak, to i sprawy do dyskusji nie ma. Dzieci muszą być razem.

Paweł pomógł. Znalazł prawnika, pomógł w papierach, zajmował się dziećmi, gdy Teresa biegała po urzędach.

A twoja żona nie ma nic przeciwko?

Nie. Sama jest matką. I dobrze rozumie ty mnie nie przyjmiesz z powrotem, prawda?

Prawda.

To się nie boi niczego Paweł wzruszał ramionami. Słuchaj, Tereska, jesteś pewna?

Niczego nie jestem pewna, Pawle. Boję się, owszem, jestem w panice. Ale nie potrafię inaczej. One wszystkie są moje… Jak wybrać? Jak oddać?

A czego się boisz?

Myślisz, iż nie ma czego? A jeżeli nie dam rady? Przecież jestem sama…

Nie jesteś sama. jeżeli pozwolisz, będę pomagać. Wisisz mi jeszcze coś! ocierał łzy z policzka byłej żonie. Nie płacz! Damy radę, zobaczysz. I wiesz co?

Co?

Lepszej kobiety od ciebie nie spotkałem! Takiej osoby nie ma! Nie bój się, na pewno dasz radę! Kto inny nie wiem, ale ty tak!

Oby Pan Bóg usłyszał twoje słowa!

Słyszy, nie bój się! Tam jest twoja babcia, jak coś nie zrozumieją, to ona już im wytłumaczy.

To fakt! Teresa uśmiechnęła się pierwszy raz po śmierci Grażyny.

Potem było… trudno.

Teresa trzymała się, ale nocami pozwalała sobie na płacz. Biła się w poduszkę i gryzła róg, żeby dzieci nie usłyszały.

Babciu, co mam robić? Co dalej? Zawsze wiedziałaś! Powiedz mi!

Dziwne rzeczy sprawiały, iż tęsknota stawała się znośniejsza. Przypominały się słowa, czyny, podpowiedzi. I to wystarczało, by smutek cichł i można było zasnąć, czując, iż ścieżka, którą trzeba iść, znowu się znalazła. Czasem nie była idealna, ale dzieci rosły i wiedziały, iż tylko do Teresy można biec ze wszystkim, bo ona rozumie, pocieszy, wybaczy. I nigdy nie skrzywdzi.

Tak i teraz Saszka tuliła znalezioną kotkę, złośćliwie kręcąc głową na sąsiedzkie:

Wyrzucą cię z domu przez to zwierzę! Zobacz, Saszka, jaka brudna! Choroby pewnie ma! Zostaw ją!

Nie! Saszka nieporadnie zerknęła na starszego brata, potem na klatkę schodową.

Tego dnia Teresa miała zabrać dzieci do zoo. Wstała wcześniej, przygotowała śniadanie, ogarnęła rodzinę i w godzinę zorganizowała wyjście. Jedynie na chwilę zabawiła, wysyłając młodszych pod opieką Maksa na podwórko.

Na huśtawki ich weź, Maks! Daj mi dwie minuty! Gdzie ja te stare tenisówki wcisnęłam?

U Lidki w szafie! Porządek robiła! Idziemy!, Maks wypchnął siostry za drzwi. Mamo, oko popraw! I się nie śpiesz, ja pilnuję.

Teresa kręciła się po domu. Znalazła buty, pomalowała nie tylko drugie oko, ale i usta, co zwykle sobie w weekend odpuszczała. Bo na co się malować na spacer z dzieciakami?

Ale właśnie tego dnia spojrzała w lustro i pomyślała, iż nie ma powodu, by rezygnować z siebie. Trochę szminki, trochę koloru. Bo mimo góry kłopotów, życia do przeżycia wystarczy. Lepiej odrobinę dbać o siebie i o humor. To bardzo polskie zadbać tak, by nie tylko wyglądać, ale i się poczuć lepiej.

Odtąd wiedziała już, jak to jest. Można cały dzień biegać za dziećmi i z zacięciem wytykać im ubrudzoną bluzkę albo kupić watę cukrową sobie, dać dzieciom po lodzie i ogłosić:

Idę do słonia kto ze mną?

I przypomnieć sobie, jak z babcią w zoo się chodziło, kompot piło, kromkę na ławce przy słoniu jadło. Jak chciało się, by dzień się nie kończył.

Dziś sama gotuje kompot. Kanapek już przygotowała cały worek. Jej dzieci też kiedyś zrobią to dla swoich. Tak powinno być.

Jeszcze raz zerknęła w lustro, złapała plecak i wybiegła z mieszkania.

Sąsiadka, wchodząca na schody, uśmiechnęła się pod nosem.

Idź, Tereska, idź! Czeka tam na ciebie niespodzianka!

Saszka wybiegła jej naprzeciw, pokazując łup.

Mamo! Mamo! Zobacz! Ładna, prawda?

Co można było odpowiedzieć?

Nic.

Wzięła kotkę za kark, obejrzała ją i westchnęła.

Zoo dziś odpada. Teraz mamy własnego tygrysa. Maks, gdzie tu najbliższy weterynarz? Ruszamy!

To był dobry dzień. Nie pojechała z dziećmi do zoo ale i bez zoo mieli co robić.

A wychudzona i obdrapana kotka, którą Saszka triumfalnie na oczach całego podwórka wzięła do domu, po paru miesiącach zamieniła się w śliczną, zadbaną, przymilną kocicę. Przyniosła do domu Teresy jeszcze jedną kropelkę radości, a adekwatnie cały ocean szczęścia.

I nikogo to nie zdziwiło. Ani Teresy, ani dzieci. Bo dla nich było jasne jedno tam, gdzie jest miłość, tam nigdy nie jest jej za dużo.

Idź do oryginalnego materiału