Lodowe pułapki: Prawdziwe oblicze zimowej aury w Polsce

polregion.pl 2 dni temu

– Hej, kochana, słuchaj, co mi się dziś przydarzyło. Grażyna właśnie ubierała się, kiedy zadzwonił jej kolega z dyżuru:
Grażyno, dziś miałeś przyjść o pół godziny wcześniej, dasz radę?
Jasne, idź spokojnie do dentysty, ja już wychodzę.
Pospiesznie zeskoczyła na dół i wybiegła z klatki. Nocą na podwórku zamarzła gęsta warstwa lodu, którą wiosna jeszcze nie zdążyła roztopić.
To nie będzie szybka przejażdżka pomyślała, stawiając ostrożny krok na poślizgniętym chodniku w stronę przystanku.
Na środku tej lodowatej drogi stał już znany wszystkim, choć nieco zapomniany, pan Zdzisław, zwany panem Zdzisławem, mimo iż jego imię liczy dziesięć liter. Próbował uspokajać przechodniów:
Nie ma piasku, nie przyjechał.
Ludzie jednak uśmiechali się i krzyczeli:
Spoko, Zdzisławie, damy radę!
Grażyna przeszła na drugą stronę podwórka, a na chodniku leżała błotnista mieszanka śniegu i brudu, pod którą wczesnym porankiem kręciły się ludzie, zostawiając po sobie czarne smugi. Myśląc o tym, czy wypisać pacjentkę z piątego oddziału, czy jeszcze kilka dni ją zatrzymać, szła dalej.
Nagle, w jednej chwili, zrobiło się tak, jakby los chciał ją zaskoczyć poślizgnęła się i upadła. By wstać, musiała położyć dłonie w błotnistą maź. Spojrzała z obrzydzeniem na brud, który rozciągał się wokół, ale wtedy ktoś chwycił ją pod pachy i podniósł.
Dziękuję powiedziała, odwracając się. Przed nią stał wysoki mężczyzna z uśmiechem.
Nie ma sprawy, ale potem musisz się umyć w domu.
Nie mam czasu, spieszy mnie.
W takim razie powodzenia w pracy rzekł i zniknął w pobliskiej uliczce.
Po przełożeniu brudnego płaszcza na sanitariuszkę, Grażyna usłyszała od pielęgniarki:
Wszystko jak zwykle, dyżurny lekarz wciąż tutaj, obserwuje młodą pacjentkę, która boi się rodzić, ale już postanowiła zostawić dziecko. Rodzice w innym mieście, przyjechała tu do cioci, a potem znowu wyruszy do domu.
W którym oddziale?
W siódmym.
Grażyna westchnęła, wzięła głęboki oddech i weszła do siódmego oddziału. Tam leżała dziewczyna, odwrócona plecami do ściany. Dotknęła jej ramienia, a dziewczyna obróciła się i zapytała:
Pan doktor?
Tak, nazywam się Grażyna, a ty?
Łucja, już się znamy, chciałam z tobą pogadać.
Decyzja już podjęta powiedziała pośpiesznie odrzucam dziecko.
To twoja decyzja czy rodziny?
Wszyscy tak uważają.
Czy ojciec o tym wie?
Nie, ale myślę, iż mu to nie potrzebne.
On jest ojcem, musisz mu o tym powiedzieć, to nie jest zabawka. Masz własnych rodziców po co odbierasz mu miłość?
Jestem jeszcze młoda, muszę się uczyć.
Wtedy myślałaś o tym wcześniej? Każdy czyn ma konsekwencje. Czy naprawdę chcesz zrzucić odpowiedzialność i porzucić małe życie? W pierwszych dniach dziecko potrzebuje matki. Wyobraź sobie, iż jedziesz pociągiem w wygodnym przedziale, a nagle wyrzucają cię na mróz, zupełnie nagi. Co myślisz? Jesteś dorosła, znajdziesz wyjście, a twój maluch nie ma szans przetrwać.
To go uratujecie! wykrzyknęła Łucja.
Jesteś jego jedynym wsparciem.
Nie chcę.
Masz jeszcze czas, możesz zadzwonić do ojca. Nie bój się porodu, wszystko będzie dobrze.
Grażyna uścisnęła jej dłoń, uśmiechnęła się ciepło. W oczach Łucji widać było ból, zamieszanie, ale też nadzieję, iż problemy rozpuszczą się jak śnieg wiosną.
Cały dzień Grażyna nie mogła przestać myśleć o Łucji i o sobie. Ma trzydzieści cztery lata, a własnej rodziny nie udało jej się zbudować. Na studiach miałła chłopaka, planowali ślub, ale tragiczny wypadek wóz podjechał pijanemu kierowcy odbierał mu życie. To było w czwartym roku, i od tamtej pory nie rozważała już małżeństwa. Myślała, iż kiedy zacznie spotykać się z kimś, zdradzi pamięć ukochanego, więc zanurzyła się w pracę. Z czasem ból ustąpił, a koledzy z roku wciąż już mieli żony i dzieci. Odpowiedniego mężczyzny wciąż nie spotkała.
Grażyno, nie siedź w domu w weekendy, może na spacerze spotkasz kogoś namawiała matka.
Mamo, jak mam to sobie wyobrazić? Może to jakiś łobuz, który się rozbłyśnie odrzucała ją.
Czasem, przy wypisach pacjentek, stała przy oknie i patrzyła na mężów przyprowadzających żony. Łzy napływały, marzyła o tym, by kiedyś trzymać własne dziecko w ramionach.
Teraz stała przy oknie, a za nim lało się mokre, zimne śnieżne prysznice. Wieczorem znów miało być mroźno, lodowato i ślisko. Przypomniała sobie o płaszczu do wyprania i poszła do szatni i kuchni personelu.
Dzień minął spokojnie, nie było trudnych przypadków. Grażyna postanowiła jeszcze raz odwiedzić Łucję w siódmym oddziale. Dowiedziała się, iż ma osiemnaście lat, mieszka w pobliskim mieście, a tu rodzi, bo w małym miasteczku wszyscy znają się na wylot. Miała czas na przemyślenia, ale ojciec wciąż nie podpisał dokumentów.
Zaskoczyło ją, iż dotąd nie zagłębiała się w przypadki odrzuceń w praktyce było ich sporo. Teraz jednak serce podpowiadało, by nie ignorować sytuację Łucji i jej przyszłego synka. Cały dzień myślała o niej. Gdy wychodziła, jeszcze raz zajrzała do pokoju. Łucję przywiozła wczoraj ciotka, starsza kobieta, która chciała zostawić dziewczynę pod opieką, bo sama jedzie na konsultację do szpitala okręgowego. Grażyna, kiedyś pracująca w chirurgii, nie mogła odmówić.
Łucja trzymała telefon, dzwoniła do ojca, ale ten nie odbierał.
Może napisać, iż nie wiem, kto to ojciec?
Najpierw urodź, potem zobaczymy. Czy czujesz skurcze?
Coś?
Nic nie boli?
Nie.
Jak coś zacznie boleć, powiedz siostrze, ona wezwą lekarza.
Łucja uspokoiła się i uśmiechnęła.
Grażyna odchodziła, myśląc o dziewczynie. Szła wolno, obawiając się kolejnego upadku, i rzeczywiście poślizgnęła się na lodzie, tym razem raniąc kolano. Za nią szła starsza pani, ale nie udało jej się pomóc. Nagle poczuła znów pod pachami delikatny chwyt i szeroki uśmiech nieznajomego:
Dziękuję.
Jestem Jurek, a pani jak się nazywa?
Grażyna odrzekła, choć nie spodziewała się rozmawiać z nieznajomym, który już dwa razy ją uratował.
Zrobiła krok w stronę niego, choć bolało.
Może pójść do szpitala?
Nie, to po prostu kolano.
W takim razie odprowadzę panią.
Jurek był rozmowny, opowiadał, iż jest inżynierem mechanicznym w fabryce, ma młodszego brata i siostrę, których wspiera.
Mam córkę Nadzieję, a brat miał problem z dziewczyną, nie chce o tym rozmawiać, ale ja jestem starszy i mam doświadczenie.
Pomógł jej wejść na drugi piętro i podniósł Lidię Pawłównę, której udało się w dwie minuty nie tylko się przedstawić, ale i oczarować. Lidia zaproponowała mu herbatę, ale on odmówił, mówiąc, iż jego dzieci czekają.
Lidia, słysząc o dzieciach, powiedziała:
Dziękuję za pomoc mojej córce.
Jurek odszedł, a matka Lidii lamentowała:
No i mężczyzna dobry, ale żonaty, co za pech
Grażyna nie chciała jej tłumaczyć, iż Jurek nie ma żony, ma rodzeństwo. Matka zaś powtarzała:
Aż umrę, i zostaniesz sama, bo poza moją siostrą Małgorzatą, która ma dwa lata mniej niż ja, nie masz nikogo.
Grażyna przytuliła matkę i powiedziała:
Trzeba żyć dalej, nie wyobrażam sobie bez ciebie. Teraz idę spać, zmęczona. Jutro wstaję wcześnie, bo martwię się tą dziewczyną.
Wstała o szóstej rano i zadzwoniła do szpitala:
Jak tam Łucja z 7 oddziału?
Skurcze zaczęły się, ale zdążycie zjeść śniadanie.
Całe poranki myślała o Jurku i wyobrażała sobie, jak stoi przy łóżku Łucji z maleńkim w ramionach.
Czy to miłość w podeszłym wieku? rozmyślała, patrząc na jego uśmiech, i sama zaczęła się uśmiechać. Przebierała się przed lustrem i myślała, iż może go spotkać dziś na ulicy.
Ale nie spotkała go. Weszła do holu szpitala i zobaczyła dwóch mężczyzn; jednego rozpoznała to był Jurek. Podeszła do niego:
Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
Jak tu trafiłeś?
Pracuję tutaj, a pani siostra? Coś się stało?
Moja siostra ma dwanaście lat. Mam nadzieję, iż nie pójdzie w ślady tego nieodpowiedzialnego chłopaka i najpierw skończy studia.
Co się stało z panem odwróciła się do brata Jurka, chłopakiem.
Ten gość naprawdę potrafi zrobić dziecko, a teraz unika dziewczyny, bo nie chce jej mieć. Łucja dzwoni do niego dwadzieścia razy dziennie. Musi się ożenić, przyjacielu.
Łucja i tak planuje odrzucić dziecko bronił się brat Władysław.
Grażyno, gwałtownie do sali porodowej! zadzwonił telefon.
Grażyna już się ubierała, kiedy usłyszała:
Kto?
Z 7 oddziału.
Poczekaj, pogadamy później.
Łucja była przestraszona, bała się śmierci, wyobrażała sobie zarozumiałego, uśmiechniętego Władka, a ból przerywał jej myśli, rosnąc gniew wobec niego.
Gdzie jest Grażyna, czemu nie przychodzi? krzyknęła.
Łucja się ucieszyła, uśmiechnęła.
Nie bój się, wszystko będzie dobrze.
Skończyło się szybciej niż się spodziewaliśmy.
Chłopczyk pokazała mała pielęgniarka, trzymając go w ramionach i odprowadziła go na oddział.
Łucja odpoczywała w swoim pokoju.
Nazwać go Jurkiem? zapytała Władek.
Dlaczego?
W podzięce za Twoją opiekę. A Łucja ma się dobrze.
Jurko, patrząc na Grażynę, szeroko się uśmiechnął.
Najpierw zapytam Łucję, bo już urodziła.
Po tygodniu bracia i siostra przywitali małego Jurka z mamą, a potem wszyscy udali się do domu, gdzie Lidia Pawłowna szykowała świąteczny obiad. Tymczasowo zamieszkała u nich, żeby pomóc Łucji, bo ciocię przyjęto do szpitala. Jurek często chichotał, mówiąc, iż będzie nocował u przyjaciela, ale wszyscy widzieli, jak szczęśliwa jest Grażyna i jak bardzo mu zależy.
Młodszy brat Jurka został zaprezentowany rodzicom Łucji, a potem odbyły się jego chrzest. Chrzestną była Grażyna, a Jurek chrzestnym. Dwa miesiące później wzięli ślub. Nowożeńcy byli w siódmym niebie, a Lidia Pawłowna cieszyła się najbardziej w końcu jej córka ma rodzinę, pełną i szczęśliwą, a ona może wreszcie czekać na wnuki. Wszystko w swoim czasie.

Idź do oryginalnego materiału