15 marca, poniedziałekdzisiaj znowu poczułam, iż życie w szpitalu to nieustanna jazda kolejką górską, a ja jestem jedyną, która trzyma się poręczy.
Właśnie kończyłam zmieniać płaszcz, gdy zadzwoniła Ewa, koleżanka ze zmiany:
Grażyno, dziś miałaś przyjść pół godziny wcześniej, dajesz radę?
Oczywiście, idź spokojnie do dentysty, już wychodzę.
W pośpiechu zbiegnęłam w dół, otworzyłam drzwi wejściowe i napotkałam lodowaty brzeg podwórka. Nocna mróz zamienił chodnik w prawdziwą taflę lodu, a każdy krok groził poślizgiem.
Nie będzie lekko mruknęłam, stawiając ostrożnie buty na śliskiej powierzchni i ruszając w stronę przystanku autobusowego.
Na środku podwórka stał nasz wieczny wartownik, wójt Janusz, choć jego nazwisko ma już dziesięć liter, wszyscy wołają po prostu Jan. Zawstydzony wyjaśniał przechodniom:
Piasku nie przywieźli, więc ślisko.
Lecz ludzie uśmiechali się i kiwali głowami:
Nic, Janie, przejdziemy!
Kiedy opuściłam bramę, podeszło mnie kałużą brudnej wody, połączonej z drobnym, nocnym śniegiem. Poranne przechodnie już roztrzaskały go, zostawiając czarne smugi. Krocząc po tym błocie, myślałam o pacjentce z piątego pokoju czy wypisać ją już dziś, czy zostawić kilka dni w szpitalu.
Nagle podłoga pod moimi stopami zadrżała i poślizgnęłam się. Upadłam, a żeby się podnieść, musiałam oprzeć dłonie w tej samej mułowej paplaninie. Spojrzałam z obrzydzeniem na brud, który otaczał mnie z każdej strony, kiedy nagle ktoś podniósł mnie pod pachy.
Dziękuję wyszeptałam, odwracając się. Przed sobą miałem wysokiego mężczyznę z szerokim uśmiechem:
Nie ma sprawy, ale w domu już się umyjesz.
Nie mam czasu, spieszę się.
W takim razie powodzenia w pracy mruknął i odszedł wzdłuż najbliższej uliczki.
Po powrocie do oddziału przekazałam brudny płaszcz sanitariusce, prosząc ją, by go powiesiła. Słuchałam jej opowieści o nowej pacjentce:
Wszystko jak zwykle, dyżurny lekarz wciąż przy nas, nowa ciocia boi się porodu, ale już zdecydowała się zostawić dziecko. Rodzice mieszkają w Krakowie, a ona przyjechała tu do cioci.
W którym pokoju?
W siódmym.
Westchnęłam ciężko przed nami kolejny dzień. Weszłam do siódmego pokoju i spotkałam dyżurnego lekarza, który podał mi wszystkie niezbędne informacje. Po jego odejściu podeszłam do łóżka, gdzie leżała dziewczyna, odwrócona plecami do ściany. Dotknęłam jej ramienia; ona odwróciła głowę i zapytała:
Czy pan lekarz?
Tak, nazywam się Grażyna Kowalska, a ty? odpowiedziałam.
Jadwiga. odpowiedziała szybko. Już podjęłam decyzję, odrzucam dziecko.
To twoja decyzja czy rodziny?
Wszyscy tak myślą.
Ojciec wie?
Nie, ale myślę, iż nie chce dziecka.
Rozpocząłem rozmowę o obowiązkach i odpowiedzialności, przywołując stare przysłowie: Nie ma róży bez kolców. Mówiłam jej, iż każdy czyn ma konsekwencje i iż nie powinno się unikać ojca, bo dziecko nie jest zabawką. Starałam się nie podnieść głosu, ale czułam, iż zaraz wybuchnie płaczem. Przypomniałam jej o wyborze, o pięknie macierzyństwa, a potem o tym, iż teraz jest jak w pociągu: siedzimy wygodnie, ale nagle ktoś wypycha nas ze środka na zimny tor.
Nie pomóż mu! krzyknęła.
Ty jesteś jego wsparciem.
Nie chcę.
Pocałowałam jej dłoń, uśmiechając się ciepło. W jej oczach widziałam ból i nadzieję, jakby w dzieciństwie wszystko mogło się rozpuścić jak cukier w herbacie.
Cały dzień rozmyślałam o Jadwidze i o sobie. Mam 34 lata, ale nie udało mi się jeszcze założyć rodziny. Na studiach byłam zaręczona, a mój narzeczony zginął w wypadku, potrącony przez pijącego kierowcę. To był drugi rok studiów, a ja długo nie mogłam pogodzić się ze stratą. Z czasem ból przybrał przyzwoitą formę, ale patrząc na szczęśliwe pary w szpitalnym holu, łzy ciągnęły się po policzkach.
Dziś podszedłam do okna, patrząc na mroźny, mokry śnieg, który wciąż padał. W wieczór znów zrobi się zimno, a chodniki będą oblodzone. Pomyślałam, iż muszę wyprać płaszcz, więc poszłam do szatni personelu. Dzień minął spokojnie, bez poważnych przypadków.
Postanowiłam jeszcze raz odwiedzić Jadwigę w pokoju siódmym. Zauważyłam, iż ma zaledwie 18 lat i mieszka w pobliskim powiecie, a przyjechała tu, bo w małej miejscowości wszyscy znają się na wylot. Dało jej to czas na zastanowienie się, ale wciąż brakowało zgody ojca, który miał podpisać formularz.
Zaczęłam rozumieć, dlaczego wcześniej nie wnikałam w takie decyzje w mojej praktyce było ich wiele, ale teraz serce przyciąga mnie do tej historii. Cały czas myślałam o niej, a kiedy wychodziłam, jeszcze raz zajrzałam do pokoju. Jej ciocia, starsza pani Zofia, przywiozła ją wczoraj, tłumacząc, iż musi udać się na konsultację do szpitala w Łodzi i nie mogła zostawić dziewczyny samej.
Jadwiga próbowała dzwonić do ojca, ale nie odbierał.
Może napisać, iż nie znam ojca? zapytała.
Najpierw urodź, potem zobaczymy. Jak się czujesz, skurcze?
Co?
Nic nie boli?
Nie.
Jak coś zacznie boleć, powiedz pielęgniarce, a ona wezwie lekarza.
Dobrze, uspokoiła się i uśmiechnęła.
Szłam powoli, bo bałam się kolejnego poślizgu, i rzeczywiście poślizgnęłam się na kostkę. Zza rogu podbiegła kobieta, ale nie mogła mnie podnieść. Nagle znów poczułam znajome dłonie pod pachami tym razem za mną stał uśmiechnięty mężczyzna.
Dziękuję, powiedziałam.
Jestem Marek, a pani? zapytał.
Nie miałam ochoty odmawiać, więc przedstawiłam się. Marek, inżynier mechanik w zakładzie w Pradze, opowiadał o młodszym bracie i siostrze, które wychowuje. Zrobił mi herbatę i pomógł wstać na drugi piętro, a później przywitał się z Lidią Pawłowską, starszą panią, którą znałam z korytarza. Lidia podziękowała mu za pomoc jej córce i odparła:
Dzięki panu, ale moja córeczka już ma swoje dzieci.
Mama Lidia narzekała, iż Marek jest wolnym kawalerem, choć podobno ma rodzeństwo. Ja uspokoiłam ją, iż nie jest żonaty, a jego rodzina potrzebuje wsparcia.
Rano zadzwoniłam do dyżuru:
Jak jadwiga? zapytałam.
Skurcze już się zaczęły, ale zdążyła zjeść śniadanie.
Całe przedpołudnie krążyły mi w głowie obrazy Marka trzymającego Jadwigę w ramionach z noworodkiem. Czy naprawdę zakochałam się w podeszłym wieku? Uśmiech jego twarzy sprawiał, iż i ja chciałam się uśmiechać. Przez całe popołudnie przeglądałam się w lustrze, wyobrażając, iż spotkam go jeszcze raz na ulicy.
Kiedy weszłam do holu, zobaczyłam dwóch mężczyzn jeden z nich był Marek. Podszedłem do niego:
Dzień dobry, czym mogę pomóc?
A pan tu co robi?
Pracuję w szpitalu, a pani? zapytałam o jego siostrę.
Moja siostra ma 12 lat, mam nadzieję, iż nie pójdzie w jego ślady.
Rozmawialiśmy chwilę, a potem Marek odprowadził mnie do wyjścia. W pewnym momencie wpadła mi w oko ciocia Jadwigi, pani Zofia, i zapytałam:
Czy pani wie, iż Jadwiga chce zrezygnować z dziecka?
Tak, rozmawiamy o tym.
Wieczorem, po zmianie, zadzwoniłam do szpitalu:
Czy Jadwiga w pokoju siódmym? zapytałam.
Skurcze już się zaczęły, ale zdążyła zjeść śniadanie.
Myśląc o Mareku i Jadwidze, wyobrażałam sobie ich razem, trzymających malutkie rączki noworodka. Czy jestem już gotowa na taką miłość? Zanim zasnęłam, przytuliłam się do poduszki i pomyślałam: Jutro rano znowu będę walczyć o życie i wybory innych, a może i swoje.
Zasypiam, zmęczona, ale z nadzieją, iż w tym lodowatym, śliskim świecie znajdę choć odrobinę ciepła.













