Lśniący Anioł na Czterech Łapach – Historia Iry, która dzięki spotkaniu z bezdomnym, kudłatym psem w warszawskiej codzienności przezwycięża dziecięcy lęk i znajduje w swoim „Cerberze” nie tylko opiekuna, ale wiernego przyjaciela na zawsze

newsempire24.com 10 godzin temu

Lśniący Anioł

Julia powoli cofała się wzdłuż opustoszałej ulicy warszawskiej dzielnicy, nie spuszczając wzroku z ogromnego psa, który niewzruszenie siedział na środku chodnika.

Dobry piesek… grzeczny szeptała pod nosem, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu.

Pies prezentował się naprawdę imponująco potężne ciało ginęło pod długą, gęstą sierścią, miejscami splątaną w kołtuny. Czujne, ciemne oczy uważnie śledziły każdy jej krok, a uszy poruszały się za każdym dźwiękiem. Julia czuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Strach ściskał ją od środka, nogi się trzęsły, choć desperacko próbowała zachować opanowanie. Od dziecka bała się psów choćby tych maleńkich, śpiących w torebkach starszych pań. Ten lęk zagnieździł się w niej dawno temu, gdy miała zaledwie cztery lata.

Pamiętała tamten wyjazd do babci pod Lublinem. Obok niej mieszkał hodowca psów. Mała Julia była nieprzytomnie ciekawska wszystko musiała dotknąć, obejrzeć, sprawdzić. Gdy na podwórku pojawił się śliczny szczeniak, dziewczynka nie potrafiła przejść obojętnie. Gdy dorośli zajęci byli rozmową, podniosła maleństwo na ręce i ruszyła w stronę domu. Jednak gwałtownie zagrodziła jej drogę matka szczeniaka wielka suka, stanęła nad Julią, szczerząc zęby. Nie zaatakowała, tylko warknęła nisko, ale to wystarczyło. Julia czuła się całkowicie bezradna, przerażona ten lodowaty strach już na zawsze miał jej towarzyszyć.

Minęły lata, a strach nie znikał. Teraz przed nią siedział prawdziwy olbrzym i nie zamierzał choćby drgnąć. Julia nie chciała ryzykować postanowiła obejść go szerokim łukiem. Odwróciła się powoli i zaczęła iść, starając się panować nad swoim ciałem. Co chwila obejmowała się przez ramię pies szedł za nią. Trzymał dystans, ale wyraźnie ją eskortował.

Jaki mądry wymamrotała Julia, rzucając kolejne ukradkowe spojrzenie. Czuje, iż się boję, to nie podchodzi bliżej. Ale co ode mnie chce? Gdzie jest jego właściciel? pytała samą siebie.

Gdy zobaczyła blok, praktycznie pobiegła do klatki schodowej. Przebiegła przez betonowe schody, przyłożyła kartę magnetyczną do domofonu i wpadła do środka. W drzwiach jeszcze raz spojrzała wstecz pies nie ruszał się z chodnika, tylko patrzył na nią czujnym wzrokiem, aż drzwi opadły z cichym trzaskiem, odcinając ich spojrzenia.

W mieszkaniu Julia zimno odstawiła torbę, ściągnęła buty i na moment zamarła w przedpokoju. Cisza. Tylko przytłumiony szum miasta przeciskał się przez zamknięte okna. Chciała się upewnić, iż pies nie czeka już na nią pod klatką pobiegła do pokoju i wyjrzała przez okno.

W półmroku przez cały czas widziała jego postać. Jakby wyczuwał jej spojrzenie podniósł łeb, machnął powoli ogonem i spokojnym krokiem oddalił się z pola widzenia. Julia odetchnęła z ulgą. Dziś w końcu odszedł.

Z czasem stało się to jej rytuałem. Codziennie, gdy Julia wracała z biura na Ochocie, pies nagle wyrastał na ulicy, podążał za nią w milczeniu aż do bloku. Z początku trzymał się na dystans kilku metrów. Z każdym dniem jednak zbliżał się coraz bardziej najpierw pięć metrów, potem trzy. W końcu pewnego wieczoru niemal szli łeb w łeb.

Mimo iż Julia wciąż czuła lęk, paniczny strach powoli odpuszczał. Jej ciało pamiętało dziecięce wspomnienia, ale rozum coraz częściej szeptał, iż pies nie jest agresywny. Spacerował koło niej, nie okazując wrogości.

Zaczęła dostrzegać w nim cechy, którym wcześniej nie przyglądała się dokładniej. Szedł majestatycznie, pewnie, ale nie nerwowo. Uszy, kiedyś napięte, coraz częściej były rozluźnione. A oczy nie zdradzały grozy, raczej spokojną uwagę.

Któregoś wieczoru Julia zorientowała się, iż obecność psa sprawia jej swego rodzaju ulgę. Wtedy, niemal nieświadomie, nadała mu imię.

Szarik wymówiła półgłosem, nawiązując do imienia psa z kultowego polskiego serialu.

Ku jej zaskoczeniu, pies od razu odwrócił głowę, jakby rozumiał, iż mówi właśnie do niego. Julia uśmiechnęła się ich porozumienie stawało się coraz bardziej naturalne.

Pracowała jako menadżerka w małej agencji reklamowej na Woli, więc jej dni były pełne bieganiny poranne zebrania, spotkania z klientami, telefony, e-maile, wieczny pośpiech. Wieczorem marzyła tylko o tym, by ściągnąć szpilki, zaparzyć herbatę i zaszyć się przed laptopem. Teraz jednak powroty do domu nabrały innego smaku dzięki Szarikowi zwykła trasa stała się czymś wyjątkowym. Jego milczące towarzystwo działało jak balsam na skołatane nerwy. Nie domagał się niczego po prostu szedł obok, jakby wyczuwał, iż to właśnie potrzebne ciche, nieoczekiwane wsparcie.

Wkrótce Julia coraz częściej i odważniej pozwalała psu podejść bliżej. Współistniał obok niej bez naciskania. Z każdym spojrzeniem na Sjarika czuła, jak zamiast niepokoju pojawia się coś nowego ostrożne, ciepłe uczucie.

Któregoś wrześniowego wieczoru została w pracy dłużej niż zwykle. Musiała w ekspresowym tempie zmieniać prezentację dla ważnego klienta, odbierała dziesiątki emaili, wprowadzała poprawki, które sypały się jak z rękawa. Gdy w końcu wyszła z pracy, na zegarze była już prawie dwudziesta.

Przeszła przez park Skaryszewski, szybciej niż zazwyczaj, rozglądając się wokoło. Tego dnia coś ją gryzło Szarika nigdzie nie było. zwykle pojawiał się, zanim jeszcze skręciła w swoją ulicę jego kudłata sylwetka stawała się już codziennością. A bez niego wszystko wydawało się dziwnie puste i niepewne.

Może mu się coś stało? tłukło jej się w głowie. Może zachorował? Może w końcu znalazł się właściciel?

Starała się nie dopuścić do siebie tych myśli, ale niepokój nie odpuszczał. Przemykała coraz szybciej przez coraz ciemniejsze ulice. Cienie drzew się wydłużały, światła latarni jeszcze się nie zapaliły. Julia nie znosiła tej pory każdy odgłos wydawał się groźny.

Prawie już doszła do skrzyżowania, gdy zza rogu podwórka dochodzi ją ochrypły męski głos:

Dobry wieczór, ślicznotko… Może się zapoznamy?

Julia przyspieszyła, starając się nie okazać strachu, choć serce biło jak szalone.

A dokąd się tak śpieszysz? drwił mężczyzna. Przestraszyłaś się?

Nieznajomy szedł za nią. Nagle poczuła, jak czyjaś ręka mocno ściska jej ramię. Uchwycenie było silne, aż bolało.

Rozmawiam z tobą, nie słyszysz? Nie lubię, jak mnie ktoś olewa powiedział, podchodząc bardzo blisko.

Julia próbowała się wyrwać. Jego palce tylko mocniej wbijają się w jej skórę. Przerażenie niemal ją paraliżowało, ale starała się myśleć trzeźwo.

Proszę mnie puścić, bo będę krzyczeć! wykrztusiła.

Uścisk stał się jeszcze bardziej brutalny.

No to spróbuj zakpił.

W świetle latarni Julia dostrzegła błysk noża. Ostrze zamigotało tuż przy niej. W tej chwili uświadomiła sobie z przerażającą jasnością, jak bardzo żałuje, iż nie wróciła do domu wcześniej. Stała teraz na pustej ulicy i nikogo wokół.

Myśli ścigały się w jej głowie. Co zrobić? jeżeli się wyszarpnie, może zostać zraniona, jeżeli spróbuje rozmawiać, facet raczej nie będzie słuchał był pijany, mówił niewyraźnie. Panika zaciskała gardło, ale Julia stłumiła ją z całych sił.

Nagle noc rozdarł potężny basowy szczek. Napastnik odskoczył; uścisk na ramieniu Julii zelżał, aż w końcu zniknął całkiem. Po sekundzie mężczyzna leżał już na chodniku, a nad nim górowała znajoma kudłata sylwetka.

Puść mnie, ty cholerny psie! wrzasnął z histerią, próbując uwolnić rękę z uścisku Szarika.

Nóż upadł na ziemię, Julia natychmiast kopnęła go daleko w krzaki.

Puść go, Szarik, ale nie pozwól mu uciec powiedziała drżącym głosem. Zaraz zadzwonię po policję!

Posłusznie pies puścił dłoń napastnika, ale nie odsunął się na krok. Siadł obok niego, bacznie obserwując każdy ruch. Gdy tylko mężczyzna próbował wstać, Szarik szczerzył kły i ostrzegawczo warczał. Nie spuszczał z niego wzroku.

Na ulicy pojawił się patrol. Policjanci błyskawicznie obezwładnili napastnika, założyli kajdanki i odprowadzili do radiowozu. Dopiero wtedy Szarik powoli podszedł do Julii, która wciąż siedziała na chodniku, ściskając kolana.

Pies przytulił łeb do jej kolan i cicho westchnął. W tej jednej chwili Julia poczuła tyle ciepła, iż nie zdołała powstrzymać łez. Ręce drżały, ale zebrała się na odwagę, by objąć swojego wybawcę.

Dziękuję ci Dziękuję, iż byłeś wyszeptała, zanurzając palce w jego splątanej sierści.

Od tego wieczoru zmieniło się wszystko. Julia nie wyobrażała sobie już życia bez Szarika. Zabrała go do mieszkania na warszawskiej Pradze i od tej pory był jej cieniem. Codziennie czekał pod drzwiami, przyglądał się, jak chodziła po mieszkaniu, zawsze był gdzieś obok. Nie był już tylko towarzyszem stał się jej niezawodnym ochroniarzem; cichym aniołem stróżem, który zawsze wiedział, kiedy Julia najbardziej go potrzebuje.

Choć czasami przez cały czas wzdrygała się na gwałtowne dźwięki, nie czuła już samotności. Miała przy sobie kogoś, kto raz na zawsze udowodnił: zrobi wszystko, by ją ochronić.

***************

Pierwsze dni w mieszkaniu nie były łatwe dla Szarika. Wszedł ostrożnie, z uszami położonymi po sobie, czujnie obwąchując każde pomieszczenie. Zderzenie zapachów: środków czystości, jedzenia, mebli sprawiało mu wyraźny dyskomfort. Zamykał się, zatrzymywał, napinał mięśnie przy każdym nowym dźwięku.

Chodził powoli po wszystkich pokojach, zaglądał pod stolik, do łazienki, węszył pod drzwiami. Julia nie poganiała go, pozwalała, żeby sam zdecydował, co mu odpowiada. W milczeniu była blisko, mówiła do niego cicho i spokojnie. Pozwalała na własne tempo.

Z czasem dom stał się mniej groźny. Najpierw polubił kąt przy przedpokoju, potem miejsce przy oknie w salonie. Z tego punktu mógł obserwować ulicę ludzi, samochody, dzieci wracające z podwórka; to go wyraźnie uspokajało.

Julia zrobiła wszystko, by życie Szarika było wygodne kupiła miękką legowisko z wysokimi krawędziami, dużą stalową miskę, kilka zabawek: gumową kość, piłkę, pluszowego zajączka. Na początku Szarik nie wiedział, co z nimi robić, ale gwałtownie zaczął się interesować: trącał łapą, podgryzał delikatnie, śledził, jak zabawki toczą się po panelach.

Każdego dnia czuł się coraz pewniej. Najbardziej pokochał parapet przy oknie, skąd mógł wyczekiwać Juli, gdy wracała z pracy. Słyszał jej kroki na klatce i już w progu podbiegał, szczerząc zęby w szerokim, psim uśmiechu.

Wieczorami razem wychodzili do parku Żeromskiego. Julia maszerowała alejką, a Szarik spokojnie szedł przy nodze. Te wspólne spacery miały w sobie coś terapeutycznego. Cały strach przed psami przestał istnieć nie przed Szarikiem. Jego obecność dodawała jej odwagi. Był kimś więcej niż pupilem został jej opiekunem, cichym obrońcą.

Jego lojalność rozgrzewała Juli serce. Kiedy była naprawdę zmęczona, siadała na kanapie, a Szarik kładł łeb na jej kolanach. Wtedy czuła, jak mocno do niego się przywiązała.

Pewnego ranka, szykując się do pracy, Julia zauważyła, iż pies jest osowiały. Zamiast przywitać ją radosnym merdaniem ogona, zwlekł się powoli z materaca i tylko popatrzył smętnie na miskę. W ogóle nie miał apetytu, ledwo podszedł do wody.

Co się dzieje, kochanie? zamartwiała się, delikatnie głaszcząc go po grzbiecie.

Szarik cicho westchnął, złożył głowę na łapach. Julia od razu zadzwoniła do przychodni weterynaryjnej.

Lekarz przyjechał tego samego dnia. Obejrzał psa, zmierzył temperaturę, osłuchał i postawił diagnozę:

Ma lekką infekcję, prawdopodobnie przeziębienie lub coś po życiu na ulicy. Nic poważnego, ale trzeba go wyleczyć.

Co powinnam robić? zapytała natychmiast.

Proszę podkarmiać go specjalną karmą, dodać leki dwa razy dziennie, dbać, by pił dużo wody. Za tydzień będzie w świetnej formie.

Julia stosowała się do wszystkich zaleceń dawała mu małe porcje, podgrzewała jedzenie do temperatury pokojowej, ukrywała tabletki w żółtym polskim serze. Pilnowała miski z wodą, zachęcała, by pił.

Pies jakby rozumiał jej troskę. Po posiłku czy leku liżął jej dłoń, potem spoglądał mądrymi oczami, jakby mówił: Dziękuję, będzie dobrze.

Już po kilku dniach widać było poprawę. Na początku delikatnie interesował się piłką, potem coraz częściej wybiegał do drzwi na powitanie. Gdy tygodnie minęły, Szarik znowu skakał z radości, kiedy Julia wracała z pracy. Dziewczyna śmiała się wtedy bez skrępowania i odczuwała ogromną ulgę jej pies jest zdrowy.

Ich dni nabrały domowego rytmu. Julia stała się prawdziwą właścicielką gotowała psu zdrowe posiłki, pilnowała pór spacerów, wszystkiego się nauczyła. Zdecydowała, iż warto rozpocząć naukę komend to zacieśnia więzi i przydaje się w mieście. Zapisała Szarika do szkoły szkolenia; gwałtownie okazało się, iż jest wyjątkowo pojętny: siadał, leżał, wracał na zawołanie już po kilku zajęciach. Trener chwalił jego chęć do nauki. Julia była dumna.

W dni wolne chodzili razem na Pola Mokotowskie. Tam Szarik biegał bez końca za piłką, poznawał inne psy, a Julia przypatrywała się z uśmiechem jego psim zabawom. Rosło w niej poczucie szczęścia i bezpieczeństwa pierwszy raz nie była sama.

Lecz pewnego wieczoru ich spokój został przerwany. Julia wracała po ciężkim dniu, myślami była już przy gorącej herbacie i wygodnych kapciach. Pod blokiem czekał na nią mężczyzna.

Stał oparty o mur, uważnie się jej przyglądał. Gdy podeszła bliżej, wyszedł jej naprzeciw.

Dobry wieczór, chyba jest pani Julią? uśmiechnął się łagodnie.

Julia zatrzymała się, spięta.

Tak, a pan to?

Nazywam się Tomasz. Byłem właścicielem tego psa, Szarika.

Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.

Pańskim? Ale dlaczego błąkał się tyle po ulicach?

Tomasz westchnął ciężko, jakby chciał się usprawiedliwić.

Długa historia zaczął. Wyjechałem do pracy za granicę. Zostawiłem psa w opiece przyjaciela, myślałem, iż da sobie radę. Ale Szarik okazał się zbyt żywiołowy, wymagający ciągłej opieki. Przyjaciel nie dawał sobie rady i… w końcu wypuścił go na ulicę.

Przerwał i spojrzał gdzieś na bok. Po chwili ciągnął dalej:

Po powrocie długo go szukałem. Rozklejałem ogłoszenia, pytałem ludzi. Zniknął. Aż ostatnio zobaczyłem go z panią. Szliście razem, wyglądał na szczęśliwego jak nigdy. To ja nie mogłem w to uwierzyć.

Julia słuchała z przejęciem. Wyobrażała sobie los psa porzucony, błąkający się po mieście. Milczała przez chwilę, po czym zapytała:

I co teraz? Chce go pan odzyskać?

Tomasz patrzył zawstydzony.

Myślałem o tym przyznał. Ale widzę, iż jest u pani bezpieczny, zadbany, szczęśliwy. Może lepiej zostawić wszystko tak, jak jest. Chciałem tylko się upewnić, iż ma dobre życie.

Julia skinęła głową z wdzięcznością i ulgą. Tomasz uśmiechnął się lekko, pożegnał i odszedł. A Julia, patrząc na zamykające się drzwi do klatki, wiedziała, iż Szarik już szczeka zza drzwi. Czeka na nią jej anioł stróż z warszawskich ulic.

Idź do oryginalnego materiału