Łucja miała trzydzieści lat, ważyła 120 kg i zmagała się z problemami zdrowotnymi; jej życie w zapom…

polregion.pl 6 godzin temu

Jadwiga jest otyła. Ma trzydzieści lat i waży ok. 120kg. Najprawdopodobniej ma jakąś chorobę, zaburzenia metabolizmu lub coś w tym rodzaju. Mieszka w małym, zapomnianym miasteczku na kresie Polski, gdzie do specjalistów trzeba jechać daleko i kosztownie.

W tym miasteczku, które leży na skraju mapy niczym ostatni pyłek, czas nie płynie według zegara, a według pór roku. Zamarza w surowe zimy, rozmarza w wiosenne rozdroża, letnio drzemię, a jesienią szaro pada deszcz. W tym leniwym, ciągnącym się nurcie tonie życie Jadwigi, którą wszyscy nazywają po prostu Jadwiga.

Jadwiga ma trzydzieści lat i całe jej życie wydaje się utknęło w bagnie własnego ciała. Jej waga to nie tylko liczba, ale prawdziwa twierdza pomiędzy nią a światem twierdza z mięśni, zmęczenia i cichego rozpaczy. Podejrzewa, iż przyczyną jest wewnętrzna usterka, choroba lub zaburzenie przemiany materii, ale wyjazd do specjalisty wydaje się niemożliwy zbyt daleko, upokarzająco drogo i, jakby, bez sensu.

Pracuje jako opiekunka w miejskim przedszkolu Dzwoneczek. Jej dni pachną dziecięcą prochą, gotowaną kaszą i stale mokrymi podłogami. Jej duże, niezwykle ciepłe dłonie potrafią jednocześnie pocieszyć płaczące dziecko, starannie pościelić dziesięć łóżek i wytrzeć kałużkę, nie wzbudzając w maluchu poczucia winy. Dzieci ją uwielbiają, przytulają się do jej łagodności i spokojnej troski. Jednak w oczach trójletnich obserwatorów kryje się drobna zapłata za samotność, którą czeka za drzwiami przedszkola.

Jadwiga zamieszkuje w starym, ośmiomieszkaniowym bloku z lat siedemdziesiątych, pozostałym po wspaniałych czasach PRLu. Budynek wydycha kadzidło, skrzypi belkami nocą i drży przy silnym wietrze. Dwa lata temu opuściła ją matka cicha, wyczerpana kobieta, która pogrzebała wszystkie marzenia w murach tej samej huty. Ojca Jadwiga nie pamięta zniknął dawno temu, pozostawiając po sobie jedynie kurz i starą fotografię.

Codzienność jest surowa. Zimna woda leci ze zardzewiałych kranów, jedyne wc jest na zewnątrz, niczym lodowa jaskinia zimą, a w lecie w pokojach panuje dławiąca upałość. Największym tyranem jest piec. Zimą pożera dwie pełne ciężarówki drewna, wysysając z jej skromnej pensji ostatnie soki. Wieczorami Jadwiga wpatruje się w płomienie przez żeliwną drzwiczkę, mając wrażenie, iż piec pożera nie tylko drewno, ale i jej lata, siły, przyszłość, zamieniając wszystko w zimny popiół.

Pewnego wieczoru, gdy przytłumione zmierzchy zalewają jej pokój szarą tęsknotą, następuje ciche cudowne zdarzenie delikatne stuknięcie w drzwi, jak w butach sąsiadki Nadii, sprzątaczki w lokalnym szpitalu.

Jadwigo, przepraszam, proszę Boga. Weź mówi Nadia, wkładając w dłonie dwie tysiące złotych. Nie płakały mi się, wybacz.

Jadwiga patrzy na pieniądze, dług, którego już dwa lata temu mentalnie odpisuje.

Nie ma sprawy, Nadio, nie musiałaś się martwić.

Trzeba było! odzywa się sąsiadka, zaciśnięta. Mam już pieniądze! Słuchaj

Nadia, obniżając głos niczym szepcząc tajemnicę państwową, zaczyna opowiadać niesamowitą historię. O Tadzikach, którzy przyjechali do ich miasteczka. Jeden z nich, podchodząc do niej, gdy zamiatała ulicę, zaproponował dziwny, przerażający zarobek piętnaście tysięcy złotych.

Potrzebują obywatelstwa, wiesz, szybko. Kręcą się po naszych dziurach, szukają żon fikcyjnych, do małżeństwa. Wczoraj mnie już zapisali. Nie wiem, jak oni w Urzędzie Stanu Cywilnego się dogadują, ale pieniądze wleją, wszystko szybko. Mój chłopak, Rafi, teraz u mnie siedzi, na bliskim, jak zmrok przyjdzie wyjedzie. Moja córka Świetlana też się zgodziła. Musi kupić nową kurtkę, bo zimę już czuć. A ty? Patrz, szansa jaka. Potrzebujesz pieniędzy? Potrzebujesz. A kto cię poślubi?

Ostatnie słowa nie brzmią złośliwie, ale z gorzką, codzienną szczerością. Jadwiga czuje, jak zwykły ból znów przyciska serce, i w jednej sekundzie decyduje, iż Nadia ma rację. Prawdziwego małżeństwa nie widać w jej przyszłości. Nie ma pretendentów, nie może ich być. Jej świat ogranicza się do przedszkola, sklepu i tego pokoju z pożerającym piecem. A tu pieniądze. Pełne piętnaście tysięcy złotych. Za nie można kupić drewna, w końcu położyć nowe tapety, by choć trochę odgonić przygnębienie wyblakłych, podartych ścian.

Dobrze mówi cicho Jadwiga. Zgadzam się.

Następnego dnia Nadia przyprowadza kandydata. Jadwiga otwiera drzwi, drży i instynktownie cofa się w progu, chcąc ukryć swoją masywną sylwetkę. Przed nią stoi młodzieniec, wysoki, szczupły, z twarzą nie dotkniętą jeszcze życiową surowością, z dużymi, bardzo ciemnymi i niezwykle smutnymi oczami.

Boże, on przecież chłopczyk! wykrzykuje Jadwiga.

Młodzieniec prostuje się.

Mam dwadzieścia dwa lata mówi wyraźnie, prawie bez akcentu, jedynie z lekkim, melodyjnym tchnieniem.

No i co wtrąca Nadia. Mój jest piętnaście lat młodszy, a wy różnicę macie zaledwie osiem lat. Człowiek w soku!

W Urzędzie Stanu Cywilnego nie chcą od razu zawrzeć małżeństwa. Urzędniczka w sztywnym garniturze spogląda na nich podejrzliwie i ogłasza, iż prawo wymaga miesiąca oczekiwania po to, by pomyśleć.

Tadzikowie, których sprawy już załatwiono, wyjeżdżają. Muszą wrócić do pracy. Przed odjazdem Rafi, tak ma na imię młodzieniec, prosi Jadwigę o numer telefonu.

Samotny w obcym mieście tłumaczy, a w jego oczach Jadwiga dostrzega znane sobie uczucie zagubienie.

Dzwoni codziennie wieczorem. Na początku krótkie, niezręczne rozmowy, potem coraz dłuższe. Rafi okazuje się znakomitym rozmówcą. Opowiada o górach, o słońcu, które tam jest inne, o matce, którą kochał szaleńczo, o przyjeździe do Polski, by pomóc dużej rodzinie. Dopytuje Jadwigi o życie, o pracę w przedszkolu, a ona, ku własnemu zdumieniu, opowiada. Nie narzeka, a po prostu opisuje zabawne sytuacje w Dzwoneczku, swój dom, zapach pierwszej wiosennej ziemi. Łapie się na tym, iż śmieje się do słuchawki dźwięcznie, dziewczęco, zapominając o wadze i latach. W ciągu tego miesiąca dowiadują się o sobie więcej niż niektórzy małżonkowie przez całe lata wspólnego życia.

Po miesiącu Rafi wraca. Jadwiga, zakładając jedyne eleganckie, srebrne suknie, które obcisło jej kształty, czuje dziwne uczucie nie strach, ale podniecenie. Świadkami są jego rodacy, równie zadbani i poważni młodzi ludzie. Ceremonia jest szybka i bez emocji, typowa dla urzędników. Dla Jadwigi to jednak błysk: blask obrączek, oficjalne słowa, poczucie nienaturalności chwili.

Po wszystkim Rafi odprowadza ją do domu. Wchodząc do znajomego pokoju, pierwsze co robi, to ceremonialnie wręcza jej kopertę z obiecanymi pieniędzmi. Jadwiga bierze ją, czując dziwny ciężar w dłoni to ciężar jej decyzji, rozpaczy i nowej roli. Potem Rafi wyciąga z kieszeni małe, aksamitne pudełeczko. Na czarnym aksamicie leży delikatny złoty łańcuszek.

To prezent mówi cicho. Chciałem kupić pierścionek, nie znałem rozmiaru. Nie chcę wyjeżdżać. Chcę, żebyś naprawdę stała się moją żoną.

Jadwiga zastyga, nie mogąc wymówić słowa.

Przez ten miesiąc słyszałem twoją duszę przez telefon kontynuuje, a jego oczy płoną poważnym, dorosłym ogniem. Jest dobra, czysta, jak u mojej matki. Moja mama zmarła, była drugą żoną mojego ojca i on ją bardzo kochał. Zakochałem się w tobie, Jadwigo. Na prawdę. Pozwól mi zostać tutaj, z tobą.

To nie była prośba o fikcyjne małżeństwo. To była propozycja ręki i serca. Jadwiga, patrząc w jego szczere, smutne oczy, widziała w nich nie litość, a to, o czym przestała kiedyś choćby marzyć szacunek, wdzięczność i rosnącą czułość.

Następnego dnia Rafi wyjeżdża, ale to już nie rozstanie, a początek oczekiwania. Pracuje w stolicy z rodakami, a każdy weekend przyjeżdża do niej. Kiedy Jadwiga dowiaduje się, iż spodziewa się dziecka, Rafi dokonuje kolejnego kroku: sprzedaje część udziału w wspólnej firmie, kupuje używany van i wraca na stałe do miasteczka. Zajmuje się przewozem ludzi i towarów do centrum powiatu, a jego interes gwałtownie rośnie dzięki pracowitości i uczciwości.

Rodzi się syn. Po trzech latach kolejny dwóch przystojnych, lekko opalonych chłopców z oczami ojca i dobrą, uśmiechniętą naturą matki. Ich dom wypełnia krzyk, śmiech, tupot małych nóżek i zapach prawdziwego, rodzinnego życia.

Mąż nie pije, nie pali religia mu tego nie pozwala jest niesamowicie pracowity i patrzy na Jadwigę z taką miłością, iż sąsiadki złośliwie krzyżują wzrok. Różnica w wieku zniknęła w tej miłości, stała się niewidzialna.

Najbardziej niesamowite zmiany zachodzą w samej Jadwidze. Owszem, macierzyństwo, szczęśliwe małżeństwo i troska o rodzinę sprawiają, iż jej ciało przeistacza się. Nadmiar kilogramów topi się sam, dzień po dniu, jakby była to niepotrzebna skorupa, chroniąca delikatne stworzenie aż do adekwatnego momentu. Nie stosuje diet, po prostu życie wypełnione ruchem, obowiązkami i euforią odchudza ją. Zyskuje blask w oczach, pewność w kroku.

Czasem, stojąc przy piecu, który teraz Rafi starannie rozpalają, Jadwiga patrzy na bawiące się na dywanie synki i łapie ciepłe, pełne uwielbienia spojrzenie męża. Myśli o tamtej niezwykłej nocy, o dwunastu złotych, o sąsiadce Nadzie i o tym, iż największy cud przychodzi nie w błysku piorunów, a w delikatnym stuknięciu w drzwi, przynosząc nieznajomego z smutnymi oczami, który raz dał jej nie fikcyjny ślub, a całą nową, prawdziwą życie.

Idź do oryginalnego materiału