Ostatnio matka jednego z moich uczniów napisała do mnie w niedzielę tuż przed północą, o 23:57 dokładnie. Jej syn zapomniał, czy nową lekturę omawiamy od najbliższego poniedziałku, czy tydzień później. Problem? Chłopak nie zaczął jeszcze czytać książki, "bo w bibliotece szkolnej już nie było". Ta lektura była na przyszły tydzień, więc odpisałam rano na okienku, iż książka jest z pewnością dostępna w którymś z oddziałów miejskiej biblioteki, a lekturę omawiamy od przyszłego tygodnia. Po kwadransie odpowiedź: "A w którym oddziale?".
Rodzice nie szanują nauczycieli
I tak to wygląda. Żadnego "dziękuję", żadnego "pocałuj mnie w du...". Rodzic chce natychmiastowej reakcji, a do tego chce mieć wszystko podane na tacy. Nieważne, czy to noc, weekend, święto.
I to się przenosi na dzieci. Nie pamiętasz o pracy domowej? Spokojnie, nauczyciel przypomni. Nie masz podręcznika? Nauczyciel zrobi zdjęcie. Nie wiesz, jak napisać wypracowanie? Mama wyśle wiadomość do polonistki o 22:30. A potem zdziwienie, iż dzieci nie umieją samodzielnie planować i radzić sobie z obowiązkami.
Mam uczniów, którzy potrafią sami znaleźć potrzebne informacje, poradzić sobie w trudnej sytuacji, wykazać się kreatywnością. Ale mam też takich, którzy nie zrobią nic bez natychmiastowej interwencji rodzica. I wiecie co? To nie są dzieci, które same się takie urodziły. To rodzice nauczyli je, iż ktoś zawsze ich wyręczy. Ja uczę w klasach 4-8 i to nie dotyczy tylko tych najmłodszych dzieciaków. Czasem choćby 8-klasiści zachowują się jak zerówkowicze.
Chciałabym, żeby rodzice zaczęli szanować czas i pracę nauczycieli. Żeby zrozumieli, iż my też mamy prawo do odpoczynku, do rodziny, do życia poza pracą. Bo jeżeli dalej tak będzie, to niedługo nikt nie będzie chciał uczyć. W sumie to już nie chce, a ja się nie dziwię.